Titanic Sea Moon — potem długo, długo tylko Bałtyk

Wyruszyli w podróż w 2017 r. Nie jest tajemnicą, iż duch Ewy Braun usadowił się na ich pokładzie automatycznie z racji składu i jest jak maszt, który trochę wbrew ich woli był punktem nawigacyjnym dla pierwszych i kolejnych odbiorców sygnału ze statku, którym sterują.
Pierwsza płyta „Exit No. 2020” ukazała się w Fonoradar Records w 2020 r. W kolejnym roku ukazała się „Live At Na Sianno 2020” wydane przez Na Siano (sublabel Nasiono Records).
W ich graniu uświadczymy powolnie rozwijającego się transowego grania z okolic post rocka i wielu innych przylegających „szufladek”, które w sposób naturalny rozprzestrzeniają się po powierzchni uderzając jak fale, delikatne, nieprzemierzone, i w swej wytrwałości przebijające się do słuchacza wciągając w głębiny autostrady morskiego kosmosu. O przeszłości, przyszłości, teraźniejszości i wielu innych przestrzeniach rozmawiam z Piotrem, Darkiem i Rafałem.

Artur Mieczkowski

Artur Mieczkowski: Cześć jesteście po trasie po Polsce. Jak się Wam grało. Koncerty były różne od tych klubowych po duże, festiwalowe jak ten w piekle na Zamku w Bytowie :).

Piotr Sulik: To raczej kilka koncertów zagranych w  dwa weekendy – choć przy naszej obniżonej mobilności, wygląda to jak mini-trasa.  Koncerty udały się bardzo – i ten  „większy” na Thunder Fest – i te „mniejsze”,  klubowe, które chyba bardziej preferujemy, dały nam dużo energii i utwierdziły nas w przekonaniu, że to co gramy, spotyka się z pozytywnym odbiorem, że mamy swoją publiczność – to budujące doświadczenie. Można się spotykać, poznawać ludzi, odświeżać stare znajomości sprzed dekad, no i – co najważniejsze – doświadczać tego, czym może być droga, trasa, podróż, ruch – tego chyba wszystkim nam brakuje. Wynikające z tego poczucie zmęczenia jest przyjemne, jak po wygranym meczu „oldbojów” gdzieś, na bocznym, treningowym boisku… z dala od głównego nurtu wydarzeń.

Dariusz Dudziński: Bytów – zimno (pogoda, nie publiczność); Gdynia – piwnica i głośno, Olsztyn – świetny klubik LAS, ale po schodach do góry… nie na moje nogi. W Łodzi natomiast pełen spokój, nie pamiętam tak spokojnego naszego koncertu. Jak się przyjeżdża do klubu, to zawsze leci jakaś muzyka, na ogół Ministry albo RHCP, w najlepszym razie Joy Division. A jakie dźwięki nas powitały w łódzkim Konkrecie? Kojące frazy zespołu Mazzy Star. To nas ustawiło na cały wieczór.

Rafał Szymański: Od jakiegoś czasu lubię grać w plenerach. Mam poczucie, że nasza muzyka fajnie pasuje do otwartej przestrzeni. Komponuje się z nią na jakimś poziomie. Świetnie sprawdziło się to na Fląder Fest w Gdańsku. W Bytowie też, chociaż dobrze, że nagłaśniał nas Toni z Kinskiego, trzeba było tam mocno zapanować nad dźwiękiem. Za to koncerty w pubach mają zaletę – bliskość osób które cię słuchają, a w tym jest jakaś intymność. Lubię to. W pubach też jest to, że nawet jak przyjdzie mało osób, to i tak wytwarza się fajna atmosfera. A inna sprawa, że mam wrażenie, iż ostatnio dobre dźwięki wychodzą nam spod rąk. Nie wiem czy dobrze mamy opanowane instrumenty, czy potrafimy grać, ale jak się spotkamy i razem gramy, to jakoś to wychodzi, słuchający nas mają potem w sobie dobre emocje. I po takich koncertach jestem tak samo zdziwiony jak publiczność.

AM: Zanim cofniemy się w czasie, pobędziemy trochę w aktualnościach. Nagraliście już kolejną płytę w HAGAL STUDIO, która jest w fazie miksów. Jak daleko odpłynął Wasz statek względem dwóch poprzednich płyt?

PS: Pierwszą płytę (studyjną) nagraliśmy sami, popełniając wszystkie możliwe błędy, a Gosia i Jacek zajęli się miksem i masteringiem. Teraz nagraliśmy u nich w studiu drugą płytę studyjną, która teraz jest na etapie miksu i masteringu. Gdzieś pomiędzy tymi płytami archiwizujemy wszystko, co da się zarchiwizować, nauczeni doświadczeniem wyniesionym z Ewy Braun, (kiedy to ja zgubiłem kasetę z nagraniem koncertu z nowojorskiego CBGB’s) dbając, żeby nic „nie zginęło”. Tak powstały koncerty: „walentynkowy” z Warszawy czy NaSianno, wakacyjny z festiwalu NaSianno. Bardzo nam zależy na tym, aby zachować z tej przygody jak najwięcej wspomnień. Jeśli chodzi o aspekty „artystyczne”, to zmienia się wiele a zarazem nic. Z każdej próby wynosimy jakieś nowe pomysły, nadające się do dalszej pracy. Te same utwory są grane za każdym razem trochę inaczej, albo świadomie nadajemy im inny wymiar. Dobrym przykładem jest „Wanda”, która teraz na koncertach jest modlitewnym peanem przemijania, transowym podsumowaniem każdego koncertu, swego rodzaju „zamykaczem”, symbolicznym pożegnaniem z „ja”, z „ego” i z publicznością. Przemija zawsze innym torem, ale ze wspólnym mianownikiem. Muzycznie też będziemy się zmieniać na przestrzeni miesięcy, czy lat, ale w jaką stronę tego nie wiadomo. Ja chciałbym myśleć, że będzie mniej dźwięków, a więcej przestrzeni i mądrości w naszej muzyce. Ale mogę się mylić, może będzie na odwrót? Nie mam zamiaru nadawać naszym doświadczeniom określonego toru, to stanie się samo. Ja sam wiem, że chcę poszukać u siebie czegoś nowego. Myślę o zmianie instrumentu i zabawek/parafernaliów we floorboardzie. Ciągle chcę zacząć zgłębiać akordeon, który mamy po dziadku. Mój dziadek marzył, że będziemy grać na jego akordeonie (moje rodzeństwo jest bardzo muzykalne). Po tym, jak się okazało, że akordeon w rękach Gosi skleja się pięknie z moim pomysłem na gitarę (mówię o That’s How I Fight) zdałem sobie sprawę, że trzeba spróbować. Jeszcze tylko muszę wiedzieć jak to wykorzystać „na żywo”.

DD: Nie jestem kompetentny, żeby mówić o naszej muzyce. To chyba zadanie słuchacza, określić, jak się zespół zmienił czy rozwinął. Ja raczej widziałbym to jako ilość zajmowanej przestrzeni – jest jej więcej, bo są na tej płycie numery nowe i najnowsze, ale i najstarsze, które nie zmieściły się na płycie pierwszej: jest utwór, który był naszą pierwszą kompozycją w ogóle, jest utwór, którym otwieraliśmy nasz pierwszy koncert. Tak że to chyba nie podróż, a „poszerzenie pola walki”.

RSz: Oby jak najdalej. Szukam dojrzałości w muzyce, nie wirtuozerii. Współpraca z Hagal Studio to gwarantuje. A też ważnym wydaje mi się że mówimy z Jackiem i Gosią z Hagal podobnym językiem. Oczywiście nieraz są nieporozumienia, ale jak powiem „Chcę dół bliski środka na basie”, to dostaję „dół blisko środka”, albo pomysł jak go osiągnąć. To sobie cenię. 

zdj. z Wikipedii

AM: Właśnie, jak to było z tym słynnym CBGB, zagrać w NYC to…?

RSz: Głupia sprawa, wiele osób nas pyta o ten koncert uważając, że jest to coś wielkiego i pokazuje jakie szczyty osiągnął zespół, w którym wtedy graliśmy  – Ewa Braun. A my uważamy go za jeden z wielu koncertów, chociaż za jeden z niewielu w USA. Pojechaliśmy tam na dwa albo trzy tygodnie i zagraliśmy na miejscu dwa koncerty, w Austin na SXSW i właśnie w NY w CBGB. Najwięcej zapamiętałem to, jak się przemieszczaliśmy po USA – samochodem z NY do Austin i potem z Austin do NY. Auto z wypożyczalni, musieliśmy gonić ile sił, by zdążyć na koncerty, tak więc podróż trwała dzień i noc. Typowe kino drogi.  Z Ewą Braun w teorii mieliśmy to na drugiej płycie, w praktyce właśnie wtedy w USA. Nasza wersja  „W drodze” Keroucka. W NY mieszkaliśmy u Łukasza Bułki, tego z piosenki Kazika i Dupa. Byliśmy nawet u niego w pracy w „Nowym Dzienniku”. Ja kupiłem w NY gitarę…  „A CBGB? Cóż CBGB może cię rozczarować. Liczy się podróż do CBGB”. Małe drzwi na ulicy, które prowadziły do TEGO KLUBU. Fajnie wyszły nam zdjęcia sprzed, takie typowe na fb, chociaż wtedy jeszcze nie było fb. Wchodzisz i patrzysz na wąską salę, na mały bar i myślisz „O KURWA to tutaj? To TO?! Jestem w raju?”. A potem grasz próbę na nieswoim sprzęcie (bo do USA polecieliśmy samolotem), na nie swojej gitarze (bo my dolecieliśmy, nasze gitary już nie. A jak doleciały potem, to w mojej był uszkodzony gryf). I już na próbie wiesz, że to chyba nie będzie ten dzień, w którym zaliczysz wszystkie bazy. Dajesz z siebie wiele na koncercie, a to jednak bas ci brumi, a to piec wysiada. I zanim wejdziesz w trans, to już się z niego wybijasz. I tak do końca tego dnia. Cieszysz się, że grasz w CBGB, podchodzisz do konsolety, pytasz czy koncert nagrany, pan mówi że tak, i że za nagranie taśmy mamy zapłacić 10 dolarów, za wideo 20 dolarów itp. No to chociaż na kasetę się złożyliśmy. I wychodzisz wieczorem na nowojorski bruk, na niebo przeszyte wieżowcami (wtedy jeszcze stały w NY Twin Towers), z poczuciem że byłeś blisko tego nieba, a jednocześnie daleko, bo mogłeś dać ten koncert lepszy. A potem wszyscy pytają jak było w CBGB. No to mówisz już automatycznie jak Domarski – „naszło, zeszło, wpadło”. I szukasz pocieszenia w kolejnych koncertach wiedząc, że już nigdy w życiu nie zagrasz w CBGB. I potem oglądając różne filmy dokumentalne, gdzie słowa „legendarny” i „CBGB” odmieniane są bardzo często, pytasz sam siebie „Grałem tam? Na pewno?”. No grałem. 

PS: Koncert był chyba średni, lub średnio-słaby, niestety. Nie nasz sprzęt, paczka basowa z zepsutym wejściem, jakieś kłopoty techniczne – chyba 20-30 osób. Bardziej pamiętam panią księgową z budynku obok, która jakoś po koncercie podeszła do nas i powiedziała, że siedziała po godzinach w biurze robiąc „paper work” i przez ścianę usłyszała, że gramy jak Pink Floyd, więc przyszła nas posłuchać. Toaleta i backstage takie jak na zdjęciach w internecie – to prawda. Koncert nagraliśmy na kasetę, ale się zgubił gdzieś przy którejś tam przeprowadzce… Ja nie czułem, że to „ta scena i ten klub”, może już za bardzo byłem zmęczony trudami podróży Austin,Texas (SXSW)  – Nowy York.

DD: Nie wiem, koledzy chyba jakieś zaniki pamięci mają. Był zajebisty fun, z Lou żeśmy z jednej strzykawki grzali, Debbie zrobiła nam… już nie powiem co, a potem z Johnnym se poszliśmy postrzelać. Dwa tygodnie trzeźwiałem.

AM: Właśnie, tak też słyszałem, że było grubo :). Co się działo z Wami w przerwie pomiędzy Ewą Braun a TSM.

PS: Po rozpadzie Ewy Braun grałem z kolegami z miasta grindcore dla frajdy (Extremis Necrosis). Nawet płytę nagraliśmy, jakieś koncerty były. Potem był długi rozbrat z instrumentem i graniem jako takim. Od 2012 gram dość regularnie i staram się nie odpuszczać. Teraz czuję, że przerwa była potrzebna. Dojrzałem jako człowiek i myślę, że to ważne.

DD: Był moment, kiedy myślałem o sobie już nie jako o muzyku, który czasem coś o muzyce pisuje, tylko o pismaku muzycznym, który kiedyś coś tam grywał. Regularnie pisywałem recenzje do „Lampy”, ostatniego pisma drukowanego, które coś znaczyło, i byłem tam chyba recenzentem od spraw beznadziejnych. Nikt nie wie, co napisać o Joannie Lewandowskiej-Zbudniewek, zespole Dr. Huckenbush czy nowym projekcie Mike’a Pattona? – dawaj do Dudzińskiego, on da radę. Później napisałem kilka ciut większych rzeczy do internetowego Dwutygodnika, szczególnie jestem dumny z wywiadu z Markiem Ałaszewskim, liderem zespołu Klan. Trochę też, o czym mało kto wie, blogowałem o muzyce – Pan Mietek to właśnie ja :) i mam nadzieję, że choć odrobinkę przysłużyłem się popularyzacji dokonań kompozytorskich Eugeniusza Rudnika czy Tomasza Sikorskiego.  A później już z powrotem mnie wciągnęło granie, trio Najprzyjemniejsi ze Świetlickim i Wandzilakiem (płyta „Wzięli i zagrali”, jak Michałowi podrosną dzieci, to nagramy drugą), oczywiście cały czas od 1991 roku mój jednoosobowy zespół Przyzwoitość, no i w styczniu 2018 Piotr zaprosił mnie do piwnicy, w której stały perkusja i wzmacniacze i ja – jak ten Stirlitz, co to nie lubił masowych rozstrzeliwań, ale odmówić jakoś nie wypadało.

Guernica Y Luno Koncert charytatywny dla Amelki, 2012, fot. Łukasz Capar

RSz: Słuchałem dużo, czytałem dużo, i nie grałem. A jak grałem to sporadycznie i doraźnie, m.in. na jednej próbie a właściwie jam session, w którym to pograliśmy sobie w czwórkę w składzie znanym z Ewy Braun, potem była koncert reaktywowanej na jeden dzień Guernica y Luno, potem mieliśmy taki zespół z Piterem i Tomkiem z GYL, który nazywał się Tornado Space Ship, a potem już był skład Titanic Sea Moon. 

AM: Jak już padła kilka razy nazwa Ewy Braun, jak się czujecie z tymi nawiązaniami do przeszłości w kontekście tego zespołu? Słynne hasło: Love Peace Noise wciąż jest przez Was kultywowane? :).

RSz: Ja słabo, ale rozumiem, że jest to część mojego muzycznego życia i muszę się z tym w różny sposób mierzyć.  

PS: Tak, jest różnie. Nie ukrywam, nazwa zespołu ułatwia rozmowę o koncertach i nie trzeba tłumaczyć skąd się wzięliśmy i o co chodzi. Myślę, że artystycznie chcemy już być dalej, gdzie indziej, ale ciężko się odciąć od tego ogona.

DD: Ja to widzę trochę inaczej. Jak miałeś jakąś koleżankę w liceum i spotykasz ją teraz, po 20 latach, to to jest ta sama osoba, ale inaczej się nazywa, inaczej wygląda, trochę jest inna. Z nami jest tak samo, Ewa Braun to było nazwisko panieńskie, teraz jest TSM, ale to przecież podobne klimaty – nie gramy czegoś zupełnie innego, techno ani folku, to cały czas jest gitarowa psychodelia.

AM: Darek, jesteś autorem okładki Exit No. 2020, zajmujesz się też grafiką?

DD: Zawsze miałem takie ciągoty, wczesne wydawnictwa Ewy Braun też były w moich okładkach. I akurat początki Titanica zbiegły się w czasie z tym, że na chwilę zmieniłem zawód i rzeczywiście byłem grafikiem, więc daleko nie trzeba było szukać projektanta okładki. Do nowej płyty jednak zaangażowaliśmy już kogoś, kto nie myli laserunku z laserem – Wojciecha Stefańca.

thatshowifight

AM: Piotr, nagrałeś z muzykami Rigor Mortiss świetny materiał That’s How I Fight „Movement One”. Słyszałem, że powstaje już druga płyta. Jak Ci się pracuje w takim składzie? 

PS: No ja nie lubię w tym kontekście wyrazu „pracuję” używać – wolę „grać”. Bardzo się lubimy i podskórnie chyba rozumiemy, a co najważniejsze, ciężar związany z założeniami „jakie to ma być” nie istnieje. Z faktu, że sobie trochę pograliśmy, bez żadnych założeń, zobowiązań, wynika bezpośrednio swoboda współbrzmienia i współistnienia w jednym miejscu w jednej chwili – czasem ja się „wycofam” czasem Jacek słysząc, że ja z Gosią mamy wspólną trajektorię „wycofa” się i da pola do rozwinięcia jakiegoś wątku. Siłą tego projektu jest brak zobowiązań i brak założeń formalno-strukturalnych. Możesz wszystko, więc się nie blokujesz a otwierasz. To dla mnie całkiem nowe doświadczenia. No i gramy w studio – ja w dead roomie – to nowość dla mnie. Nie czuję się tam dobrze, ale to dobrze robi nagraniom. Uczę się pokory i ślę pokłony dla Gosi i Jacka, jeszcze mnie tolerują :)

AM: Rafał, jest jakakolwiek szansa na kontynuację Guernica y Luno?

RSz: Nie. No co ty. Ja mam bardzo radykalne podejście do zespołów, w których grałem. Nie lubię ich. Tak, Ewy Braun też.  

AM: Po tych wspominkach, wracamy na pokład Titanic Sea Moon. Jak bardzo różnią się utwory TSM w wersji studyjnej vs. koncertowej, pozwalacie sobie na improwizację czy staracie się odwzorować to co zostało uwiecznione na płycie?

DD: Koncert się rządzi innymi prawami, nie ma mowy o odegraniu wszystkiego jota w jotę – i nie ma takiej potrzeby. Priorytetem jest przekazanie jakiejś energii, emocji, a jeszcze dochodzą do tego kwestie prozaiczne typu równomierny rozkład sił, żeby dociągnąć do końca koncertu bez defibrylatora.

PS: Płyta to też, w pewnym sensie, zapis dwóch czy trzech improwizacji z tej sesji nagraniowej po której się ukazała. Jeden utwór na płycie to utwór „z próby” a jeden to faktycznie „utwór studyjny prawie sklejony z klocków”. To w naszym przypadku ewenement. Ja, szczerze mówiąc, nie umiem konceptualizować bytu jakim jest płyta na zaś. Nie rozumiem tego i nie potrafię. Utwory zawsze wypadają lekko inaczej, ale teraz koncertowe wersje są prawie zawsze do siebie podobne.

RSz: Tak 1:1 to chyba nigdy te utwory nie są takie same. Na płycie są krótsze od improwizacji, z których powstały na próbach. Na koncertach są w różnych wersjach, chociaż mamy miejsca, w których może być improwizacja w danym utworze. To się wciąż kształtuje i nie jest do końca zdefiniowane. Koncertowo jest lepiej, bo jest jeszcze atmosfera. 

AM: Jak Wam się układa współpraca z Fonoradar Records? Kolejna płyta też w tej wytwórni?

RSz: Tak. Artur Więch i jego Fonoradar zaproponował nam wydanie pierwszej płyty w chwili gdy zostaliśmy bez wydawcy na pierwszy materiał. To było świetne. Nie znając naszej muzyki zaproponował, że nas wyda. Ja ucieszony wysłałem mu tę muzykę. I dopiero potem odpisał, „Ej to jest fajne”. No i poszło, bo Artur zna się na muzyce. Kiedyś jak byliśmy malutcy, pisaliśmy do siebie i wymienialiśmy się różnymi płytami, jeszcze na kasetach. Potem nie pisaliśmy przez 20 lat i nagle znów jesteśmy blisko. Teraz współpraca układa się fajnie, jak niezależne wydawnictwo z niezależnym zespołem. Chyba on nam i my jemu możemy coś dać. Oczywiście przy tej okazji, aż mnie ręka swędzi, aby dokopać labelowi, który miał nas wydawać wcześniej. Ale wciąż to tylko ręka, więc nic krzyczącego nie napiszę. 

PS: Tak tak. Polecamy ten Label wszystkim „małym” zespołom, które szukają wydawcy. Współpraca wspaniała, obustronny szacunek i do tego pełen luz. No i najważniejsze to chyba zaufanie, które należy rozumieć tak, jak w latach 90. Mi osobiście to pasuje i druga płyta też wyjdzie w FONORADAR. 

AM: Na nowej płycie pojawią się goście. Możecie uchylić rąbka tajemnicy?

RSz: To goście nieplanowani nawet w chwili wejścia do studia. W nim okazało się, że siedzi z nami przy konsolecie Gosia, która gra na akordeonie, więc dlaczego nie skorzystać z tego. Tym bardziej, że TSM ma z różnych powodów sentyment do tego instrumentu. Po nagraniu nasz kolega Paweł, wysłał do nas prośbę, że chce zagrać w jednym kawałku. My to tacy otwarci jesteśmy i nie opanowaliśmy. Więc pojawił się saksofon. Fajny saksofon.    

AM: Wersja winylowa jest w planie rozumiem. Kultowy nośnik jak kaseta również jest w planie? :)

RSz: Z tym jest problem, bo w Covidzie do wytwórni winylowych jest długa kolejka. Wygląda na to, że najpierw wyjdzie CD, a dopiero potem winyl. I to minie od tego kilka miesięcy. Kaseta? To gadżet, gdyby się znalazł ktoś, kto chce to zrobić, to może byśmy się zastanowili. Na dzisiaj to jest dodatek. 

DD: Kilka osób chciało wydać pierwszą płytę na kasecie i jakoś nie wyszło to poza sferę gadania, więc chyba nie jest ten nośnik aż taki kultowy. 

AM: Reasumując, gdzie Titanic popłynie w najbliższym czasie?

PS: Piła Szczecin Wrocław i Kraków, potem długo długo tylko Bałtyk.

DD: W tysiąc miejsc naraz.

AM: Dzięki za rozmowę i trzymam kciuki za Wasze morskie i lądowe wyprawy.

PS: Dzięki i pozdrawiamy czytelników ANXIOUS!

DD: Również!

►BANDCAMP
FB

Anxious arrow