
Muzyka Zu jest jak monument, solidnie skonstruowany, taki, w którym rezyduję na dziko, odkąd pamiętam. Ponad 27 lat czystego nonkonformizmu w tworzeniu dźwięku. Tytani gęstego i wytrawnego eksperymentu, perfekcjoniści i stworzyciele burz. Koncerty na żywo? POEZJA i czysta magia. Naliczyłam ponad 20 albumów (każdy z nich to arcydzieło i każdy jest inny), splity i kolaboracje z (dla przykładu) Matsem Gustafssonem, Eugene’em Robinsonem, Dälekiem, Mikiem Pattonem, Nobukazu Takemurą. Może i jestem słaba z matmy, ale kurwa… jeśli to nie jest imponujące, to już nie wiem co jest. Po dziś dzień ich eksploatacja wszelkich gatunków i idei trwa i nic nie wskazuje na to, by mieli w najbliższym czasie stracić choć kroplę z tego morza inspiracji szarpanego falami szalonego pędu. Mam naprawdę szczerą nadzieję, że właściwie tu Panów przedstawiłam i że wszystko jest jasne.
Natomiast… Gdy poproszono mnie o rozmowę z Zu w ramach współpracy Avant Art Festival/Anxious Musick Magazine, natychmiast sparaliżował mnie strach. Wiem, że to irracjonalne. Zdecydowałam się jednak spisać wszystkie nurtujące mnie pytania, a potem poprosiłam znajomego o pomoc w nieuchronnie czyhającej na mnie rozmowie twarzą w twarz. Dlatego poniżej zobaczycie, że Paweł Zwoliński (Deerhunter Booking Agency) skupiał się na procesie/czasie, a ja koncentrowałam się na przepływie energii/nagrywaniu, gdy rozmawialiśmy z ojcami Zu – Massimo F. Pupillo i Lucą T. Mai – o naprawdę interesujących kwestiach.
Avant Art Festival, Chmury, Warszawa, 17.09.2025
Marta Podoska

Paweł Zwoliński: Czy pamiętacie jakiś dźwięk z dzieciństwa, taki który został z Wami do dziś? Może miał wpływ na Wasze muzyczne ścieżki i rozwój, a nawet na kształt Waszej muzyki takiej, jaką znamy na rok 2025?
Massimo Farjon Pupillo: Dla mnie to bardzo łatwe, ponieważ jest to w ogóle moje pierwsze wspomnienie, z takich, które zostały. Kiedy miałem około trzech i pół roku mój starszy kuzyn puścił mi Pink Floyd Atom Heart Mother (album z krową na okładce). Pink Floyd było uosobieniem ekstrawagancji, więc potem, siłą rzeczy oczekiwania były wysokie i ukształtowały mój gust. To było magiczne przeżycie.
Marta Podoska: Całkiem bajkowo…
M.F.P.: To była bajka, dokładnie. Poza tym mój kuzyn wyjaśnił mi ten album jak bajkę podczas jego odtwarzania. Nie wiem, czy pamiętasz teraz Atom Heart Mother, ale są tam różne fantastyczne dziwne dźwięki, a on mówił w trakcie „Widzisz te owady, a teraz zwierzęta, a teraz ludzi, a na końcu jest bomba”, a potem powiedział „teraz wszystko zaczyna się od nowa.”. Takie były moje pierwsze wrażenia.
M.P.: Całkiem bliskie rzeczywistości, jak na bajkę…
M.F.P.: Cóż, miejmy nadzieję, że bez bomby. Zostawmy bombę w domysłach.
Luca Tommaso Mai: Moim pierwszym wspomnieniem był program telewizyjny o różnych zespołach, angielskich i amerykańskich. To było bardzo zabawne, pamiętam muzykę, była bardzo akwatyczna, pamiętam też ubrania, grali w szpilkach… tak naprawdę to był szok, ale później postanowiłem zostać muzykiem, a dokładniej gitarzystą, jednak los chciał, żebym grał na saksofonie.
M.P.: Ile miałeś lat?
L.T.M.: Byłem bardzo młody, może cztery lata.
M.P.: To było moje ulubione pytanie, tak przy okazji… Staram się je zadawać zawsze podczas wywiadów.
M.F.P.: Tak, możemy dużo o tym mówić i dużo o tym dyskutujemy, ponieważ we Włoszech mieliśmy coś w rodzaju listy przebojów, nazywała się Hit Parade. Jeśli spojrzeć na listę przebojów we Włoszech w latach 70., to jest to szaleństwo. Na pierwszych pięciu miejscach znajdowały się takie zespoły jak Van der Graaf Generator, Pink Floyd, Genesis, Emerson Lake and Palmer, Tangerine Dream… Tak wyglądały Włochy. Musieli naprawdę ciężko pracować, aby zniszczyć kulturę.
M.P.: Czy naprawdę… trudno było zniszczyć kulturę? Wyglądało to na dość łatwe.
M.F.P.: Tak, na pewno bardzo celowe.
P.Z.: Jak wyglądały warunki tworzenia muzyki w malowniczym otoczeniu starożytnej Ostii i jak się znaleźliście? Pytam o to, mając na uwadze, że eksperymentalne, acz skromne podejście do sztuki nie jest łatwo znaleźć.
M.F.P.: Ostia jest okropna. Mam na myśli miasto, Ostia była starożytnym miastem. To już inna historia. Teraz jest częścią Rzymu, nadmorska Ostia, ale starożytna Ostia, Ostia Antica, znajduje się poza miastem, jest mała, samodzielna, stanowi jakby pomnik. Sama Ostia jest naprawdę brzydka. Przypomina akademik dla 500 000 osób, które przyjeżdżają do Rzymu zwiedzać, a kiedy dorastaliśmy, nie było tam żadnych klubów, teatrów, nic ciekawego.
M.P.: Tym bardziej nurtuje mnie jak udało Wam się odnaleźć!
M.F.P.: Cóż, ja i Luca poznaliśmy się na moim pierwszym koncercie. Oczywiście wcześniej chodziłem z mamą na koncerty włoskich piosenkarzy, ale mój pierwszy samodzielny koncert zaliczyłem z Claudio Cacopardo, moim przyjacielem ze szkoły. Miałem 14 lat i był to występ metalowego zespołu Saxon. Kiedy masz 14 lat i idziesz na swój pierwszy koncert, chcesz być w pierwszym rzędzie, więc poszliśmy o 11 rano przed bramę namiotu teatralnego. Byliśmy ja, mój przyjaciel Claudio, Luca i jego brat. Jedyne cztery osoby! Spędziliśmy tam razem cały dzień, jedząc kanapki przygotowane przez naszych rodziców.

M.P.: Czyli zwyczajnie mieliście szczęście.
M.F.P.: Tak, piliśmy sobie piwo Peroni, a na koniec zapytaliśmy „Skąd jesteś?”. A Luca odpowiedział: „Z Ostii”. „My też jesteśmy z Ostii!”. Nie znaliśmy się wcześniej.
M.P.: To brzmi jak przeznaczenie.
M.F.P.: Tak, tak. Czysta magia. 40 lat temu, wyobraź sobie. 1984 rok.
M.P.: Pięknie!
P.Z.: Więc idźmy dalej.
M.P.: Tak, nie rozmawiajmy. hahaha
M.F.P.:/L.T.M.: Hahaha To jest najlepszy kierunek. Idźmy prosto w przyszłość haha!
P.Z.: Sprawdzam tylko czas, mamy jeszcze kilka pytań (poważny ton). Jak wyglądało zagłębianie się w kulturę Shipibo Conibo, kiedy szukaliście inspiracji w parnej peruwiańskiej dżungli podczas nagrywania albumu Terminalia Amazonia i, oczywiście, jak to się stało, że zdecydowaliście się przebyć ocean i kontynent, aby doznać tego objawienia?
M.P.: Tak, to mnie też bardzo zastanawia.
M.F.P.: Zawsze interesowały mnie starożytne kultury, kultury rdzennych mieszkańców, tradycje, tradycje duchowe. Podróżowałem do wielu różnych miejsc, ale podczas jednej z tras koncertowych, byliśmy w Londynie i chodziliśmy do księgarni, tak jak robią to wszystkie zespoły metalowe…
M.P.: Kujony!
M.F.P.: Tak! Chodzimy do księgarni i kościołów.
L.T.M.: Dzisiaj byliśmy w cerkwi. Śpiewał chór. Wspaniale było uczestniczyć w tym koncercie, a największe wrażenie zrobiło na mnie zakończenie bardzo inspirującym alleluja. Tak bardzo, że cisza, która nastąpiła zaraz po nim, była naładowana pozytywnymi wibracjami.

M.P.: Tak, powiedziano mi kiedy na Was czekaliśmy, wyobrażam sobie, że to też musiało być magiczne.
M.F.P.: No więc… wracając do księgarni… Była tam książka, która naprawdę mnie poruszyła i pomyślałem: „ok, muszę ją kupić” i koniecznie chciałem porozmawiać z kimś, kto tam był. Zacząłem intensywnie szukać informacji, ale nie bardzo rozumiałem, jak się tam dostać, gdzie jechać, no i kiedy… Zawsze byliśmy zajęci, ale gdy zrobiliśmy sobie przerwę, a ja byłem już w innej części świata, ponieważ w tym momencie przebywałem w Stanach Zjednoczonych, w domu Gabe’a Serbiana z zespołu The Locust, który był naszym perkusistą, po prostu zdecydowałem się tam pojechać. Śledziłem bloga angielskiego antropologa, dr. Paula Robertsa, z którym później się zaprzyjaźniłem. Napisałem do niego, że wiem, iż przebywa w miejscu, do którego muszę się udać. Odpowiedział mi, zapraszając mnie, ale też nie do końca, pisał: „Kim jesteś? Dlaczego?”. Jednak pojechałem tam i zostałem na kilka miesięcy…
M.P.: Kilka miesięcy?!
M.F.P.: Tak! W pewnym momencie zadzwoniłem do Luca, kiedy czasami podróżowałem do małego miasteczka, gdzie był telefon i internet, i powiedziałem: MUSISZ PRZYJECHAĆ!
M.P.: Przyjedź tutaj, stary, jest fajnie!
L.T.M.: Tak, powiedział: „Musisz przyjechać”. Odpowiedziałem: „OK, jesteś pewien? Tak. OK!” haha! Muszę jednak przyznać, że było to wyjątkowe doświadczenie, które jeszcze bardziej umocniło więzi między nami.

P.Z: Pozostając przy temacie tego albumu, dlaczego tytuł Terminalia Amazonia, ponieważ nie ma w sieci żadnych konotacji między plemieniem a drzewem powszechnie znanym jako Biała Oliwka?
M.F.P.: Nie, Terminalia Amazonia to nazwa botaniczna drzewa, które oni (ludzie Shipibo) nazywają Noya Rao, a po hiszpańsku Palo Volador, ponieważ, jak twierdzą, drzewo to odlatuje, gdy nadchodzi cywilizacja. Mówią też, że istnieją tylko trzy takie drzewa. Tylko trzy, o których wiedzą, ale dla nich to drzewo życia.
M.P.: Widziałeś to drzewo?
M.F.P.: Nie, nie widziałem drzewa, ale spróbowałem drzewa. Spróbowaliśmy. Są ceremonie, podczas których przyjmujesz drzewo w postaci herbaty, a nawet korzeni, które ścierasz na proszek i palisz lub wrzucasz do gorącej wody. Więc spróbowaliśmy drzewa.
M.P.: I jak było?
M.F.P.: Niesamowicie.
M.P.: Ok. Więc to był album Terminalia Amazonia w formie instant.
P.Z.: Jeszcze jedno pytanie na ten temat, ponieważ jest to naprawdę interesujący aspekt albumu. Czy czujecie duchową bliskość z pradawnymi plemionami, czy też wierzycie w duchowość i siły, które w jakiś sposób przeważają nad rzeczywistością?
M.F.P.: Tak, tak, tak, oczywiście! To znaczy oczywiście, ponieważ dla nas to oczywiste. Nie jest to „oczywiście” w sensie, że wszyscy powinni wierzyć w tę przewagę, ale tak, absolutnie. Ten temat jest ważny dla nas wszystkich.
L.T.M.: To część życia.
M.F.P.: To część naszej muzyki.
M.P.: Naprawdę da się to wyczuć.
M.F.P.: Dziękujemy. To ważne, to znaczy, nie podkreślamy zbytnio, że ta część istnieje. Tylko trochę dla tych, którzy mają oczy, by to dostrzec. Nie tworzymy tego na siłę, nie narzucamy niczego, ale to część życia, naszego osobistego i duchowego, która wpływa na to, co robimy. I jest to najważniejsza część tego, co robimy. Wszystko inne to życie. Wszystko inne jedynie to podtrzymuje.

M.P.: Ok, a co z „Zu”? Czy chodzi o ptaka Zu, czyli Anzû, boską istotę kojarzoną z południowym wiatrem i burzowymi chmurami, wywodzącą się ze starożytnej mitologii mezopotamskiej? A może ma to jakieś znaczenie wewnętrzne, które tylko wy potraficie wyjaśnić?
M.F.P.: Ta nazwa po prostu na nas spadła. Nagle stało się jasne, że nazywamy się Zu. Dopiero potem zaczęliśmy dostrzegać wiele znaczeń, a Anzû jest jednym z nich, jedną z ukrytych rzeczy. Więc to coś, co wyłapałaś.
L.T.M.: Przez dwa lata byliśmy zamknięci w sali prób, prawie codziennie. Potem kiedy zaczęliśmy grać koncerty na całym świecie, spotykaliśmy ludzi, którzy odkrywali przed nami różne znaczenia Zu. Na przykład w Chinach jest góra o nazwie Zu. W języku japońskim “zu” oznacza rysunek. W ten sposób i dzięki temu z „zamkniętych” staliśmy się bardzo otwarci.
P.Z.: No to teraz coś związanego z teraźniejszością. W sieci krążą informacje, że obecnie pracujecie nad nowym albumem. Czy to prawda? Proszę, powiedzcie nam; co, kiedy i jak, a także czy dzisiaj zagracie coś z tego enigmatycznego nowego materiału?
M.F.P.: Nie. Dzisiaj jest ostatni koncert ze starym materiałem. Zamykamy wieloletni rozdział, grając materiał z albumów Carboniferous, Cortar Todo… Dzisiaj to kończymy.
L.T.M.: Więc przeszłość kończy się tutaj. Dzisiaj wieczorem.
M.F.P.: Nadal nie możemy powiedzieć nic więcej, a wytwórnia poprosiła nas o zachowanie milczenia do 14 października, kiedy to ogłosimy pierwszy singiel, tytuł albumu i wszystko inne.
P.Z.: Jedno pytanie dotyczące muzyki. Ile czasu w ciągu dnia poświęcasz muzyce? Czy muzyka towarzyszy Wam na co dzień? Przez cały dzień?
L.T.M.: Tak, bardzo często. Czasami nie jest to muzyka, ale po prostu przebywanie w dźwięku. Czasami cisza. Rozmawialiśmy o tym wcześniej. Słucham sporo mantr lub muzyki duchowej, czasem pewnego rodzaju opowieści, aby znaleźć skupienie, a co ważniejsze, spokój. Po niektórych doświadczeniach łatwiej jest się w ten sposób uziemić. To pomaga.
M.P.: W ciszy też jest dźwięk. Myślę, że cisza też może być satysfakcjonująca.
P.Z.: Muszę zacząć lubić ciszę, hahaha! Czy piszecie muzykę, czy może jest to głównie improwizacja?
M.F.P.: To wcale nie jest improwizacja.
L.T.M.: W ogóle.
M.F.P.: To znaczy, możemy improwizować tylko w zakresie dynamiki. To jedyna rzecz, która jest improwizowana. Każdej nocy, kiedy czujemy się nawzajem i bawimy się dynamiką, idziemy w nieco innym kierunku. Ale wszystko nadal jest jakby wyryte w kamieniu. Ciekawe, że wiele osób uważa to za improwizację…
PZ: Ktoś mógłby powiedzieć, że to free jazz…
M.F.P.: To nie jest free i to nie jest jazz.
P.Z.: Wiem, że tak nie jest, ale ktoś, kto interesuje się Waszą muzyką, mógłby tak powiedzieć.
M.F.P.: To naprawdę dziwne, ponieważ nie jest to muzyka free jazzowa ani jazzowa. Ale rozumiem to, ponieważ wiele z tego, co się zwykle słyszy, jest takie samo. Nie chodzi więc o to, że staramy się być inni, po prostu tacy jesteśmy. Kiedy pisaliśmy nowy album, spędziliśmy rok, cały rok, z wyjątkiem koncertów, w piwnicy, a Luca na początku powiedział: „nie próbujmy nawet brzmieć jak Zu”. Wiesz, po prostu wyrażamy to, co czujemy i ta muzyka powstaje, ale nie jest to coś, do czego dążymy, ona naprawdę przychodzi.
P.Z.: Czego ostatnio słuchacie, może jakiejś polskiej muzyki?
L.T.M.: Szczerze mówiąc, tylko Chopina.
M.P.: Chopina. Wiesz, że on nie żyje. Prawda?
L.T.M.: Haha, tak. Jest też kilku młodych gadulców haha! A z bardziej nowoczesnych, to Decapitated.
M.F.P.: Dzisiaj słuchałem Lenny’ego Rosołowskiego, który używa czegoś w rodzaju dźwięków binauralnych, aby bardzo szybko się ponownie połączyć z rzeczywistością po próbie dźwięku, musiałem iść do hotelu i słuchać tego przez 40 minut. Nie wiem dokładnie, skąd on pochodzi. Nazywa się to Advanced Mind Institute. Jest to bardzo interesujące i naprawdę dobre.
M.P.: Sprawdzę to.
M.F.P.: Tak, rzuć okiem.
M.P.: To coś, co dosłownie penetruje czaszkę.
M.F.P.: Tak, używają różnych częstotliwości jednocześnie, a mózg wytwarza między nimi kolejną częstotliwość.
M.P.: Łącząc się z dźwiękami dochodzącymi z zewnątrz…
M.F.P.: To zależy od tego, kto gra przed nami, ale czasami odtwarzamy niektóre z tych częstotliwości przed naszymi koncertami, aby oczyścić energię w pomieszczeniu.
P.Z.: OK, dotarliśmy do ostatniego pytania. Będzie to pytanie dotyczące przyszłości… Jeśli taka istnieje. Ponieważ wydaje się, że zbliżamy się do końca czasów – eksploatacja planety, kapitalizm, wojny i psychopaci u władzy. Czy ma to jakiś wpływ na Waszą sztukę? Houellebeckq twierdzi, że „sztuka jest najlepsza jeśli pochodzi z cierpienia”. Co o tym wszystkim sądzicie?
M.F.P.: To ma ogromny wpływ na naszą muzykę. Prócz cierpienia… To znaczy, ma wpływ na naszą muzykę od wielu lat, nie tylko teraz. Już dawno mieliśmy przeczucie, że nadchodzi gównoburza…
L.T.M.: Jeśli przeczytasz nasze tytuły, to właśnie o tym mówią.
M.P: Tak, muzyka i tytuły podpowiedziały mi, że to jest pytanie, które powinnam zadać.
M.F.P.: Bardzo dobre pytanie. To naprawdę pierwszy raz, kiedy ktoś o to zapytał i doceniamy to.
P.Z.: Więc może możemy założyć, że Wasza muzyka jest w pewnym sensie apokaliptyczna.
M.F.P.: Nawet postapokaliptyczna, tak. To znaczy, albo żyjesz na bardzo powierzchownym poziomie, ale jeśli wiesz, zagłębiasz się i wchodzisz w coś w rodzaju mitologicznego spotkania ze światem… Ponadto termin „apokalipsa”, jako słowo, jest źle rozumiany, ponieważ w rzeczywistości nie oznacza zniszczenia, ale objawienie. Teraz widzimy rzeczy znacznie lepiej. Widzimy, to znaczy… jeśli nie widzisz, jak bardzo ludzie u władzy są popieprzeni i jak bardzo są psychopatyczni, to w zasadzie można powiedzieć, że jesteś ślepy.
M.P.: I martwy w środku.
M.F.P.: Nie da się tego nie widzieć! Zasłony opadły…
M.P.: Czy mogę więc postrzegać Waszą muzykę jako sposób na dostosowanie się do obecnych czasów?
M.F.P.: Myślę, że staramy się… pobudzić i przywołać energie. Dla nas na początku była to swego rodzaju autoterapia poprzez dźwięk, a potem zdaliśmy sobie sprawę, że to samo dzieje się z innymi ludźmi. Ludzie zazwyczaj czują się lepiej i to dziwne, ponieważ ta muzyka jest dość… Na pierwszy rzut oka dość surowa i ciężka, ale zazwyczaj widzimy, że po koncercie ludzie się uśmiechają i czują się lepiej, a nie graliśmy przecież reggae, więc po prostu energia naprawdę się podnosi.
M.P.: Wydaje się też,jest to wyczuwalne, że bardzo to kochacie. Jestem Wam za to ogromnie wdzięczna.
L.T.M.: Dziękujemy. Z każdą godziną i minutą, niezmiennie. Jesteśmy jak częstotliwość. Czasami pozostajemy naprawdę skupieni, ale emocje związane z innymi rzeczami muszą odejść. O rany!
M.P.: Czysta płynność tworzenia.
M.F.P.: Jest w tym coś terapeutycznego, to nowoczesna forma terapii, ale nie oznacza to, że po terapii powinno się czuć lepiej. Są natomiast chwile, w których naprawdę odczuwam namacalną radość. Jest jej mnóstwo!
L.T.M: To zupełnie nie jest cierpienie.
M.P.: Żryj to, Houellebeckq!
*Noya Rao/El Palo Volador
W dżungli amazońskiej w pobliżu Iquitos w Peru rośnie drzewo zwane Noya Rao. Noya Rao oznacza „latające lekarstwo (roślina)” w języku Shipibo, rdzennym języku amazońskim, i rzeczywiście wielu członków plemienia Shipibo wierzy, że Noya Rao posiada niezwykłą zdolność nadawania mocy latania ludziom, którzy podejmują się nauki od niej. Kilkadziesiąt lat temu, w czasach, gdy wielu rdzennych Shipibo uważało, że drzewo to wyginęło lub jest jedynie mitem, mistrz uzdrawiania Shipibo rozpoczął rytualną praktykę zwaną „dietą” fajki, używając fajki wykonanej z drewna tego drzewa. Wdychał dym i modlił się do drzewa, aż pojawiło się ono przed nim i ujawniło swoje miejsce zamieszkania daleko od ojczyzny Shipibo w Ucayali.
Lorna Headlock/ Centrum Studiów Latynoamerykańskich/ Uniwersytet Chicago.
Z pracy doktorskiej: Wezwani przez rośliny: Wielokulturowy, wielonaturalny świat ludzi i roślin-nauczycieli w peruwiańskiej Amazonii.
zuism.net
Facebook
Instagram
Youtube