The Taps of the Holy Trinity – Tworzymy coś wykraczającego poza nas samych

The Taps of the Holy Trinity interview
Photo by: Paul Rodgers

The Taps of the Holy Trinity to projekt, który powstał na styku różnych muzycznych światów, ale bardzo szybko odnalazł własny język. Tworzą go artyści od lat związani ze sceną eksperymentalną, psychodeliczną i improwizowaną, którzy tym razem sięgnęli po inspiracje zakorzenione w greckiej muzyce ludowej, tradycji anatolijskiej i bałkańskim folklorze. Zamiast jednak rekonstruować dawne formy, budują z nich nową opowieść – pełną rytuałów, wyobraźni i osobistych doświadczeń.

Ich album Customs & Rituals Of nie jest próbą odtworzenia przeszłości ani etnograficznym dokumentem. To muzyka, w której pamięć kulturowa spotyka się z psychodelią, improwizacją i eksperymentem, a tradycja staje się żywym materiałem do twórczych poszukiwań. W rozmowie Michael Plater i Arthur Karanikas opowiadają o greckim dziedzictwie, fascynacji folklorem, analogowym procesie nagrywania, znaczeniu rytuału oraz o tym, jak rodził się jeden z najbardziej intrygujących projektów ostatnich miesięcy.

Artur Mieczkowski

The Taps of the Holy Trinity interview
Photo by: Paul Rodgers

Artur Mieczkowski: The Taps of the Holy Trinity tworzą muzycy wywodzący się z bardzo różnych projektów i muzycznych światów. Kiedy pojawił się moment, w którym poczułeś, że właśnie ta grupa ludzi powinna wspólnie stworzyć coś nowego? Czy od początku wiedziałeś, jak ma brzmieć ten projekt?

Michael Plater: Powstanie zespołu było chyba nieco bardziej przypadkowe niż mogłoby się wydawać! Pod koniec 2022 roku wróciłem do Australii po trzech lub czterech latach mieszkania w Wielkiej Brytanii i spędziłem trochę czasu w domu mojego dawnego przyjaciela Arthura w Melbourne. Wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić razem coś muzycznego, a pierwotny plan zakładał, że spędzimy jeden weekend, nagrywając wspólnie album. Ten jeden weekend zamienił się jednak w trzy lata!

Kiedy mieszkałem w Wielkiej Brytanii, mój przyjaciel John Hannon zapoznał mnie z grecką muzyką rebetiko podczas pracy nad moim albumem Ghost Music. Urzekła mnie surowość i zakorzenienie tej muzyki – jej ziemisty, nieoszlifowany charakter. Wspomniałem Arthurowi, że słuchałem wczesnych wykonawców rebetiko, a Arthur, który posiada ogromną wiedzę na temat tej muzyki, rozpoczął dla mnie prawdziwą edukację muzyczną i kulturową dotyczącą greckich tradycji – muzyki anatolijskiej, demotiki i innych nurtów.

W tym samym czasie pracował również nad własną muzyką, która w bardziej bezpośredni sposób czerpała z tych tradycji oraz z jego greckiego dziedzictwa niż jego wcześniejsze projekty. Ja z kolei niedawno odkryłem dzięki analizie genealogicznej, że moje pochodzenie jest w około 60% greckie! Postanowiliśmy więc stworzyć projekt, który eksplorowałby te tradycje i wpływy, choć oczywiście w całkowicie przetworzonej, „zniekształconej” formie.

Kiedy zaczęliśmy wspólnie nagrywać w domu Arthura, dalszy rozwój projektu był już kwestią zaproszenia muzycznych przyjaciół, o których wiedzieliśmy, że dobrze uzupełnią to, co chcieliśmy osiągnąć. Arthur zaprosił swoich przyjaciół: Davida Bullocka (grającego na różnego rodzaju egzotycznych instrumentach perkusyjnych i gongach), Paula Rodgersa (grającego na thereminie) oraz Dee Hannan (wspaniałą wokalistkę i instrumentalistkę, doskonale obeznaną z muzyką grecką, która wcześniej współpracowała z George’em Xylourisem). Ja natomiast zaprosiłem mojego włoskiego współpracownika Massimiliano Gallo grającego na skrzypcach oraz mojego wieloletniego przyjaciela Danny’ego Martinoza, który zagrał na perkusji.

A.M.: Tytuł albumu Customs & Rituals Of sugeruje opowieść o tradycjach i obrzędach, ale podczas słuchania trudno oprzeć się wrażeniu, że nie próbujecie ich rekonstruować, lecz stworzyć własny świat. Gdzie przebiega granica między dokumentowaniem tradycji a budowaniem nowej mitologii?

M.P.: To bardzo interesujące pytanie! Jest taki fragment tekstu, który napisałem do utworu The Passage i myślę, że dobrze odnosi się do tego zagadnienia:

I śnimy
O utraconym świecie
I śnimy
O nowym świecie

Jest więc w tym pewne połączenie dwóch rzeczy – z jednej strony przywoływania dawnych lub „utraconych” tradycji, a z drugiej próby stworzenia – albo raczej wyobrażenia sobie i powołania do istnienia – nowego lub odmiennego świata, świata odrębnego od widzialnej, codziennej rzeczywistości, która nas otacza. I chyba czasami granica pomiędzy tymi dwoma podejściami zaczyna się zacierać!

A.M.: Arthur, Twoje greckie korzenie są bardzo wyraźnie obecne na tej płycie. Czy dorastanie poza Grecją sprawiło, że z czasem zacząłeś inaczej postrzegać własne dziedzictwo? Czy odległość paradoksalnie je wzmocniła?

Arthur Karanikas: To pytanie zawiera w sobie wiele złożonych warstw, tak mi się wydaje. Im więcej wiesz, tym więcej pojawia się pytań. Powiedziałbym, że dystans i środowisko, w którym funkcjonujesz, są prawdopodobnie dwoma najważniejszymi czynnikami wpływającymi na to, jak rzeczy kształtują się i przybierają formę w twoim umyśle, szczególnie gdy żyjesz gdzie indziej niż miejsce, które wynikałoby z twoich korzeni.

Myślę, że tutaj, na antypodach, patrzy się na własne dziedzictwo z pewnego rodzaju krawędzi – twoja perspektywa jest perspektywą osoby znajdującej się z zewnątrz. Chociaż mam określone pochodzenie etniczne, nie twierdzę, że w pełni je znam czy rozumiem. Oczywiście z wiekiem coraz lepiej pojmujesz te zależności i łatwiej dostrzegasz, jak te dwie rzeczywistości nieustannie się na siebie nakładają.

Ale szczerze mówiąc, przez większość czasu funkcjonujesz po prostu tak jak każdy inny człowiek. To coś, co być może zawsze gdzieś w tobie pozostaje, ale raczej jako cichy szum w tle. Czy to mnie wzmocniło? Nie jestem pewien. Prawdopodobnie na pewno zwiększyło moje zainteresowanie i ciekawość tym tematem.

Myślę też, że dziedzictwo płynnie przechodzi w temat tożsamości – a to już zupełnie inny wszechświat, od którego prawdopodobnie nie da się go oddzielić. Od czego w ogóle zacząć!

A.M.: Michael, zanim powstało The Taps of the Holy Trinity, współpracowałeś już z greckimi muzykami w The Right Hand Is Doomed to Blacken. Czy właśnie wtedy zaczęło rodzić się zainteresowanie grecką kulturą i muzyką, czy spotkanie z Arthurem nadało tym fascynacjom zupełnie nowy kierunek?

M.P.: The Right Hand is Doomed to Blacken powstał w 2024 roku, kiedy zostałem zaproszony do udziału w rezydencji muzycznej w przestrzeni artystycznej Greenbridge w Trikali. Był to mój pierwszy pobyt w Grecji. Pojechałem tam z Massimiliano Gallo – moim wieloletnim współpracownikiem muzycznym i przyjacielem, z którym występowałem przy okazji moich europejskich koncertów – a na miejscu graliśmy również z lokalnym muzykiem eksperymentalnym Tasosem Koromilasem. Pewnego wieczoru nagraliśmy wspólny koncert na żywo, który później ukazał się jako album nakładem brytyjskiej wytwórni Cruel Nature Records.

W tamtym czasie Arthur i ja rozpoczęliśmy już pracę nad projektem The Taps, ale pierwszy pobyt w Grecji był dla mnie zdecydowanie przełomowym doświadczeniem. Możliwość przebywania wśród greckich muzyków, odwiedzania miejsc takich jak Delfy czy Meteory – silnie zakorzenionych w greckiej mitologii i folklorze – oraz bezpośredniego chłonięcia tych wpływów i doświadczeń miała ogromne znaczenie. Z pewnością wpłynęło to na tematykę i ostateczny kierunek albumu The Taps.

Muszę jednak dodać, że Tasos nienawidzi tradycyjnej muzyki greckiej!

A.M.: W muzyce słychać wpływy greckiej demotiki, Anatolii, Bałkanów, ale równie mocno obecna jest psychodelia i eksperyment. Czy komponując, świadomie myślisz o tych odniesieniach, czy raczej wszystkie te elementy spotykają się w sposób naturalny?

A.K.: Nawet ja sam nie do końca rozumiem, jak i dlaczego niektóre z tych elementów stają się częścią kompozycji. Wydaje mi się, że większość z tych wpływów może być ukryta gdzieś w tym samym miejscu – w podświadomości – a potem w jakiś sposób zaczyna powoli wychodzić na powierzchnię, rozwijać się i pojawiać w aranżacji albo w konkretnym utworze.

Nawet style demotika, anatolijski i bałkański mają w sobie własny psychologiczny i poszukujący charakter. Dla mnie może chodzić o rytm albo partię wokalną, które sugerują pewien rodzaj odczucia – coś bardziej nieuchwytnego niż jasno określonego – i właśnie to może ostatecznie prowadzić do czegoś psychodelicznego albo eksperymentalnego.

A.M.: Arthur, słuchając Customs & Rituals Of, miałem wrażenie, że nie traktujesz tradycji jak muzealnego eksponatu, ale jak żywy organizm. Czy zdarza Ci się świadomie zrywać z autentycznymi formami muzyki ludowej po to, by zachować ich ducha, a nie ich dosłowne brzmienie?

A.K.: Oczywiście istnieją autentyczne formy muzyki folkowej, które są dla mnie źródłem inspiracji, ale z jakiegoś powodu ostatecznie wyobrażam sobie je lub przetwarzam w bardziej niejednoznaczny sposób. W rezultacie staje się to po prostu moją własną interpretacją albo perspektywą spojrzenia na tę muzykę.

Nigdy tak naprawdę nie byłem częścią żadnego środowiska folkowego ani sceny związanej z tą muzyką. Po prostu część – a właściwie większość – tego albumu powstała jako zniekształcona, wymyślona na nowo adaptacja tych wpływów.

A.M.: Michael, Twoje wcześniejsze projekty – od The Northern Lighthouse Board po Ghosts of Electricity – często opowiadały o pamięci miejsc, krajobrazie i dawnych historiach. Czy spotkanie z Arthurem i jego greckim dziedzictwem otworzyło przed Tobą zupełnie nowy świat, czy raczej odnalazłeś w nim tematy, które od dawna były Ci bliskie?

M.P.: Tak, zainteresowanie folklorem coraz mocniej przenikało do moich projektów muzycznych w ostatnich latach. Część tego zainteresowania wynikała z czasu spędzonego w Anglii i wpływu, jaki miały na mnie krajobrazy, opowieści oraz ezoteryczne tradycje takich miejsc jak Kornwalia. Kiedy więc wróciłem do Australii, zabrałem te fascynacje ze sobą. W pewnym sensie, kiedy zaczęliśmy pracę nad projektem The Taps, stał się on dla mnie kolejnym sposobem na zagłębianie się w różne formy europejskiego folkloru, mistycyzmu i historii. Myślę też, że Arthur był po prostu szczęśliwy, że w końcu znalazł kogoś, z kim mógł dzielić swoje zainteresowanie grecką muzyką! Wyciągał wszystkie płyty i opowiadał mi historie oraz kontekst postaci takich jak pionier rebetiko Markos Vamvakaris, który większość swojego życia spędził albo w więzieniu, albo w barach z haszyszem. 

A.M.: Otwierający płytę The Magus działa jak zaproszenie do wejścia w inny wymiar – bardziej inwokacja niż klasyczne otwarcie albumu. Czy od początku wiedzieliście, że właśnie od tego utworu powinna rozpocząć się cała podróż?

A.K.: The Magus jest luźno oparty na konkretnym stylu wokalnym – lamentacji zwanej amanes. Ten rodzaj śpiewu charakteryzuje się improwizowanym, emocjonalnym i duchowym sposobem frazowania, w którym słowo „aman” / „litość” pojawia się wielokrotnie i wydaje się mieć pewien ceremonialny charakter. Powiedziałbym, że był to prawdopodobnie również jeden z elementów, które później przyczyniły się do ukształtowania brzmienia rebetiko. Żadne z nas nie zamierzało próbować tego wykonywać, ale na szczęście Dee znała ten styl i potrafiła przekazać jego niezbędny emocjonalny język. 

M.P.: The Magus był pierwszym utworem, który nagraliśmy na ten album, dlatego wyznaczył kierunek dalszej pracy. Kiedy przyszło do układania kolejności utworów, naturalne wydało mi się, że powinien otwierać całość. Dużo czasu poświęciłem na ustalenie sekwencji albumu tak, aby każdy utwór płynnie przechodził w kolejny. Chciałem, żeby album stał się w pewnym sensie niemal jednym długim utworem, podzielonym jedynie na różne części.

A.M.: Rytuał jest jednym z głównych motywów albumu. Czy dla Was rytuał jest przede wszystkim tematem tej muzyki, czy także sposobem jej tworzenia? Czy sam proces nagrywania miał w sobie coś z rytualnego doświadczenia?

M.P.: Idea muzyki jako swego rodzaju rytualnego, wprowadzającego w trans aktu magicznego czy ceremonialnego zdecydowanie mnie interesuje. Myślę, że były momenty, kiedy nagrywanie i wykonywanie tej muzyki rzeczywiście wchodziło w obszar rytuału! Szczególnie dotyczy to The Passage – podstawowa ścieżka tego utworu została nagrana podczas jednego, w dużej mierze improwizowanego podejścia i zdecydowanie mieliśmy wtedy poczucie, że coś przywołujemy, że tworzymy coś wykraczającego poza nas samych.

Kiedy później nagrałem na ten utwór wszystkie te szamańskie okrzyki, krzyki i zawodzenia – sam nie jestem pewien, skąd to wszystko się wzięło! Ponownie była to jedna próba i wcześniej nie miałem pojęcia, co właściwie zrobię. Wszystko powstało spontanicznie przy mikrofonie. Kiedy później tego słuchałem, byłem trochę zdumiony i zaskoczony tym, co z tego wyszło.

A.M.: Na albumie pojawiają się instrumenty o bardzo długiej historii – tzoura, zurna czy laouto. Czy wybieraliście je przede wszystkim ze względu na ich brzmienie, czy również dlatego, że niosą określoną pamięć kulturową i symbolikę?

A.K.: W większości chodziło o to, co sugerował dany utwór albo fragment muzyczny, chociaż fakt, że wszystkie te instrumenty są akustyczne, również sprawia, że mniej kolidują z innymi elementami w miksie. Oczywiście mają one także wymiar kulturowy, ale w większości przypadków był on drugorzędny. Były to po prostu instrumenty, które znajdowały się w domu i których używaliśmy. Dee również przyniosła swoje laouto, ponieważ zapytaliśmy ją: „co masz do amanes?”. W przypadku Michaela ostatecznie użył didgeridoo, ponieważ leżało obok kominka i nie był pewien, co właściwie zamierza z nim zrobić.

A.M.: Album został nagrany na taśmie analogowej, co bardzo wpływa na jego charakter. Czy była to decyzja wynikająca wyłącznie z poszukiwania konkretnego brzmienia, czy analogowy proces pracy również lepiej odpowiadał idei tej muzyki?

A.K.: Używaliśmy tego sprzętu, ponieważ po prostu taki mieliśmy u mnie w domu, poza starym konwerterem A/D. Powoli zacząłem zbierać używany analogowy sprzęt do nagrywania, ponieważ chciałem nauczyć się pracy z taśmą i naprawdę nie chcieliśmy zagłębiać się w ten nieskończony chaos prób opanowania bardziej współczesnego, technicznego sprzętu. Nie oznacza to jednak, że mieliśmy doświadczenie w nagrywaniu przy użyciu starszych urządzeń… co doprowadziło nas do kilku bardzo dziwnych decyzji i rezultatów!

Nie szukaliśmy jakiegoś konkretnego brzmienia jako takiego, ale później doszliśmy do wniosku, że nagrywanie na taśmę dobrze współgrało z dźwiękami, które powstawały. Jeśli chodzi o uchwycenie pewnej atmosfery i emocji, taśma po prostu wydawała się brzmieć lepiej. Nagrania powstawały z dużą ilością radości, entuzjazmu i bardzo dziwnych momentów. Myślę, że udało nam się uchwycić tę energię.

A.M.: W wielu momentach odnoszę wrażenie, że improwizacja odgrywa równie ważną rolę jak kompozycja. Jak wyglądała równowaga między przygotowanym materiałem a tym, co wydarzyło się spontanicznie podczas sesji?

M.P.: Jeśli chodzi o mój wkład w ten projekt, ogromny nacisk kładłem na improwizację i tworzenie rzeczy „w danej chwili”. Powiedziałbym jednak, że była to mieszanka elementów zaplanowanych i improwizowanych. Na przykład utwór Buried Crowns przyniosłem w dość przygotowanej już formie, natomiast moje partie w utworach, które stworzył Arthur – takich jak Slow Ghosts – były zasadniczo wymyślane na miejscu. Podobnie jak w przypadku The Passage, wokalizacje, które wykonałem w Slow Ghosts, powstały całkowicie spontanicznie, w momencie nagrania.

A.M.: Arthur, w BBQ Haque słychać było fascynację psychodelią, garage rockiem i improwizacją, natomiast The Taps of the Holy Trinity kieruje się zdecydowanie bardziej ku tradycji i rytuałowi. Czy widzisz ten projekt jako naturalną kontynuację swojej muzycznej drogi, czy raczej jako próbę rozpoczęcia wszystkiego od nowa?

A.K.: Nadal jest to, moim zdaniem, pewnego rodzaju przedłużenie moich/naszych własnych muzycznych poszukiwań i fascynacji. BBQ Haque było bardziej surowym, francusko-afrykańskim, psychodelicznym bruit noise’owym safari, z własnymi podtekstami i niuansami. W projekcie tym również brał udział Danny Martinov na perkusji, który pojawia się także na albumie The Taps.

Natomiast ten nowy album wydaje się zagłębiać w psychologiczny i duchowy wymiar muzyki psychodelicznej, a być może nawet w psychologiczne i egzystencjalne stany samych osób tworzących ten zespół!

A.M.: Zarówno Twoja solowa twórczość, Michaelu, jak i muzyka Arthura wydają się wyrastać z fascynacji folklorem, ale z zupełnie różnych części świata. Czy podczas pracy nad albumem odkrywaliście zaskakujące podobieństwa między grecką tradycją a historiami i mitologią Australii lub Kornwalii?

M.P.: Mieszkając w Kornwalii i spędzając czas w Grecji, zdecydowanie dostrzegam podobieństwa pomiędzy tradycjami i folklorem obu tych miejsc. Myślę, że jedną z rzeczy, które najbardziej mnie uderzyły, był sposób, w jaki folklor jest tam kultywowany oraz to, jak wiele dawnych tradycji i rytuałów nadal pozostaje żywych.

Kiedy byłem w Kornwalii, widziałem niektóre z tamtejszych pogańskich festiwali i ceremonii, takie jak święto majowe ‘Obby ‘Oss May Day, podczas którego ulicami paraduję postać nosząca czaszkę konia. Zdecydowanie dostrzegłem podobieństwa do greckich festiwali i karnawałów, takich jak ceremonie Apokries, które również często wykorzystują zwierzęce maski i nawiązują do pogańskich rytuałów płodności. Uwielbiam takie rzeczy!

The Taps of the Holy Trinity
Photo by: Paul Rodgers

A.M.: Oboje macie za sobą wiele lat działalności na scenie eksperymentalnej. Czy z perspektywy czasu bardziej interesuje Was dziś techniczne poszukiwanie nowych brzmień, czy raczej opowiadanie historii i budowanie znaczeń za pomocą dźwięku?

M.P.: Myślę, że interesowało nas tworzenie tego, o czym wspominaliśmy wcześniej – wyobrażanie sobie nowych światów, tworzenie własnego, małego muzycznego uniwersum. Jeśli chodzi zarówno o teksty, jak i partie wokalne, Arthur często mówił mi później: „Skąd wiedziałeś, żeby zrobić właśnie to?”. A ja odpowiadałem, że po prostu reagowałem na muzykę. Próbowałem stworzyć coś, co pasowałoby do tego, co robił, i co byłoby tego ucieleśnieniem, pozwalając jednocześnie, by muzyka w pewien nieświadomy sposób mnie prowadziła.

A.M.: Słuchając płyty, miałem wrażenie, że czas przestaje mieć znaczenie – muzyka jednocześnie odwołuje się do bardzo dawnych tradycji i brzmi zaskakująco współcześnie. Czy zależało Wam na stworzeniu przestrzeni, w której przeszłość i teraźniejszość istnieją równocześnie?

M.P.: Tak, zdecydowanie. Miałem świadomość, że nie chcę tworzyć czegoś, co byłoby jedynie muzealnym eksponatem albo pastiszem czegoś, co powstało wcześniej, lecz czegoś żywego, co mogłoby funkcjonować we współczesnym kontekście i odzwierciedlać nasze własne życie. Mam również wykształcenie związane z historią – posiadam doktorat z zakresu studiów historycznych i filozoficznych – dlatego od zawsze interesowało mnie to, w jaki sposób przeszłość i teraźniejszość wzajemnie na siebie oddziałują.

A.M.: Kiedy słucha się Waszych wcześniejszych nagrań, można odnieść wrażenie, że każdy kolejny projekt prowadził właśnie do The Taps of the Holy Trinity. Czy Wy również postrzegacie ten album jako pewnego rodzaju podsumowanie dotychczasowych doświadczeń, czy raczej jako początek zupełnie nowego etapu?

A.K.: Myślę, że każda nowa rzecz, którą tworzysz, jest swego rodzaju nowym początkiem. Może być też przedłużeniem wcześniejszych działań – tych doświadczeń, które w nieświadomy sposób ukształtowały i wpłynęły na to, co robisz obecnie – albo pewnego rodzaju podsumowaniem tego, kim stałeś się po drodze. Osobiście uważam, że z wiekiem zaczynasz również lepiej rozumieć wiele rzeczy. Myślę, że album The Taps of the Holy Trinity jest właśnie takim dziełem, które bardziej zagląda do wewnątrz – w stronę ludzkiej kondycji i ludzkiej wyobraźni.

A.M.: Na koniec chciałbym zapytać o przyszłość. Czy The Taps of the Holy Trinity traktujecie jako jednorazowe spotkanie muzyków, czy raczej jako długofalową przestrzeń do dalszego odkrywania greckiej tradycji i muzycznych eksperymentów? Możecie zdradzić, nad czym obecnie pracujecie?

M.P.: Myślę, że na całe życie zostałem już miłośnikiem greckiej muzyki – jest za późno, żeby się wycofać! Obecnie pracuję nad EP-ką z Massimiliano Gallo, którą chcemy wydać na czas przed naszą wspólną europejską trasą koncertową planowaną na okres od października do grudnia. Zagramy razem w Grecji, Francji, Hiszpanii, a mamy nadzieję również we Włoszech i Europie Wschodniej.

Pracujemy nad utworami zatytułowanymi Delphi i Ouranos, więc greckie wpływy nadal pozostają bardzo silne. Część materiału została nagrana przez Arthura, który pojawia się również na albumie, grając na buzuki. Nasza wspólna muzyczna podróż więc nadal trwa!

A.M.: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji Waszych planów.

A.K.: Σας ευχαριστώ Artur!

M.P.: To była dla nas przyjemność. Dziękujemy za poświęcony czas i za tak interesujące, wnikliwe pytania!


Recenzja: The Taps of the Holy Trinity – Customs & Rituals Of The Taps of the Holy Trinity

Recenzja: Michael Plater – Ghost Music

Bandcamp
Spotify
Instagram