
Marek Pospieszalski w swojej muzyce stawia na poszukiwania i bezkompromisowość. Eksploruje różnorakie możliwości wykraczania poza sztywne ramy jazzowej estetyki. Współpracuje przy tym z szerokim gronem artystów i tworzy składy o przeróżnej ilości osób, od duetów po oktet. Grywa także solo preparując brzmienie saksofonu przy użyciu wzmacniacza gitarowego. Wszystkie emanacje jego twórczości eksplorują inne ścieżki, jednocześnie zachowując autorski pierwiastek.
Piotr Wojciechowski
Piotr Wojciechowski: Rozmawiamy kilka dni po imprezie z okazji sześćdziesiątych urodzin Mikołaja Trzaski, która przyjęła formę trzydniowego festiwalu, gdzie zagrałeś w kilku składach. Jak odbierasz taką formułę przeplatania się pewnej puli muzyków w różnych konfiguracjach?
Marek Pospieszalski: Uważam, że jest to świetne, bardzo ożywiające konwencję. Szczególnie drugi dzień festiwalu. Ja dotarłem właśnie na drugi dzień i zostałem już do końca. Tego dnia ilość improwizatorów była największa i poza dwoma blokami, gdzie miałem okazję grać w składzie z Rafałem Mazurem, Per-Åke Holmlanderem i Peterem Ole Jørgensenem w kwartecie (to był taki jeden koncert, powiedzmy, że pełnowymiarowy, bo trwał 45 minut). Później wszyscy uczestnicy tego wydarzenia, instrumentaliści i nie tylko byli podzieleni w przeróżne konstelacje. Każdy wychodził na 15 minut i świetnie to zadziałało. Jak pewnie się domyślasz, w dużej ilości koncertów w życiu brałem udział, a tutaj spowodowało to, że cały czas byłem zaciekawiony niesamowicie tym, co się wydarzy.
P.W.: Czy dla muzyka tak wprawionego w improwizowaniu jest jeszcze miejsce na element zaskoczenia w takich koncertach?
M.P.: Pewnie, że rzadziej się to zdarza, bo te dźwięki mają swoją ograniczoną możliwość zaskoczenia, ale to właśnie opiera się na energii i to jest dla mnie też prowodyrem do działania. Staram się cały czas mimo wszystko robić inne rzeczy, żeby nie popaść w stagnację, bo z całą miłością dla muzyki improwizowanej i awangardowego jazzu, te koncerty od dłuższego czasu zjadają już własny ogon.
P.W.: Skoro byliśmy przy temacie urodzin Mikołaja Trzaski, jak czujesz się, będąc częścią jego rodziny zgodnie ze sloganem wydarzenia „U Rodziny Mikołaja Trzaski”?
M.P.: Jest to bardzo nobilitujące. Nasze ścieżki od lat się przecierały, chociaż myślę, że pierwotnie były to ścieżki mojego taty i Mikołaja. Oni są z podobnego pokolenia. Oczywiście Mikołaj zawsze był dla mnie starszym kolegą po fachu, ale nie tylko, bo chyba zdajemy sobie sprawę, że to właśnie jedna z niewielu postaci, która tak świetnie umie pogodzić jakość swojej sztuki i funkcjonowanie na tym niełatwym rynku. Jest więc również wzorem tego, że wcale nie trzeba chodzić na kompromisy, a jeśli jesteś konsekwentny to możesz pozostać w zgodzie ze sobą i świetnie prosperować. Nasze więzi zaczęliśmy zacieśniać całkiem niedawno, więc tym bardziej się cieszę, że Mikołaj wziął mnie pod uwagę. Doceniam okazję do wzięcia w tym udziału, tym bardziej, że wielu jego wieloletnich współpracowników pojawiło się na tych obchodach. To było rewelacyjne.

P.W.: W ostatnim czasie mieliście też okazję zagrać z Mikołajem kilka koncertów w duecie. Jak muzycy, którzy operują na tych samych instrumentach, postrzegają wspólne granie zamknięte w formie duetu?
M.P.: Cała muzyka improwizowana opiera się na wszelkich konstelacjach instrumentalnych, także to nie jest zaskakujące. Osobiście nieraz miałem okazję grać w duetach z innymi saksofonistami, żeby daleko nie szukać m. in. z moim rodzonym tatą. I wbrew temu, co wiele osób może uważać albo jak sobie to wyobraża, były to koncerty właśnie improwizowane. Myślę, że narzędzie nie jest najważniejsze, choć oczywiście przynosi inspirację i powoduje jakieś określenie sfery dźwiękowej. W tym wszystkim najistotniejsze jest jednak spotkanie drugiej osoby na scenie i to generuje koronne efekty całego wydarzenia. Oprócz saksofonów zarówno ja, jak i Mikołaj korzystaliśmy również ze wzmacniaczy gitarowych i graliśmy trochę sprzężeniami, które mocno definiowały materię. Jednak jakichkolwiek instrumentów byśmy nie używali, muzyka przez nas opowiedziana byłaby taka sama z uwagi na relację konkretnych osób. Tak, ta mini-trasa, którą zaczęliśmy ten rok koncertowy była, myślę, że nie tylko dla mnie, ale i dla Mikołaja również, super przeżyciem.
P.W.: Twój nowy septet EPTA powstał początkowo na zamówienie Sinfonietty Cracovii i pierwszym celem tego składu było zaaranżowanie na nowo soundtracku z kultowego anime Cowboy Bebop. Jak wspominasz pracę nad tym projektem?
M.P.: Z jednej strony ta kultowa ścieżka dźwiękowa ma określony, specyficzny charakter. Ma też oczywiście wielu fanów i trzeba się w takiej sytuacji z tym zmierzyć. Ja z kolei, jeżeli biorę jakieś rzeczy na warsztat, nigdy nie staram się chodzić po wydeptanych ścieżkach. Przede wszystkim ma tam być mój duży pierwiastek. Skoro już ja to robię to cała ta historia ma zostać opowiedziana przez mój filtr.
W samym soundtracku, jeżeli mam być szczery, te wszystkie quasi jazzowe utwory są… straszne (śmiech). Większej inspiracji szukałem w tych kompozycjach, które są piosenkami i tam jest owszem kilka niezłych utworów. Potem postarałem się to wszystko jakoś spiąć. Najistotniejsze było to, że stworzyłem zespół specjalnie na tę okoliczność, a motywem przewodnim było skompletowanie składu złożonego z osób, z którymi dotychczas raczej nie współpracowałem, bądź w śladowych ilościach. Chciałem sobie odświeżyć trochę konwencję dotychczasowych współpracowników, ale też zwracałem uwagę na to, żeby to były osoby, które szeroko posługują się językiem dźwiękowym, nie operują tylko jednym narzędziem instrumentalnym i działają na wielu polach i stylistycznych. Także w technicznym aspekcie.
Przykładowo w zespole gra Malina Midera, która poza tym, że jest kojarzona z instrumentami klawiszowymi, korzysta z komputera. Miałem też okazję widzieć grającą ją na gitarze i śpiewającą piosenki na jej solowym występie. Maniucha Bikont poza tym, że śpiewa sięga po tubę, czasem również po saksofon i ten dźwięk, mimo że wywodzi się ze środowiska muzyki źródłowej to pojawiając się w ramach innego gatunku muzycznego rozwija skrzydła i nabiera zupełnie nowej jakości. I tak mógłbym mówić o każdej osobie z tego zespołu, o Arturze Majewskim, Olu Walickim, Bartku Szablowskim i o Piotrku Bukowskim. Te osoby umożliwiły mi zbudowanie bardzo plastycznej opowieści. Tak jak już wspomniałem wcześniej, były utwory quasi jazzowe, instrumentalne i piosenkowe. Trzeba było znaleźć na to jakiś wspólny środek. Oczywiście doszła do tego ponad dwudziestoosobowa orkiestra smyczkowa, która dodatkowo zdeterminowała charakter tego wydarzenia.
P.W.: Aktualnie gracie w tym septecie nowy materiał stworzony na potrzeby tylko i wyłącznie tego składu.
M.P.: Tak, spotkanie przy okazji „Cowboya Bebopa” było kilkudniowe, ale bardzo intensywne. Mieliśmy w bardzo krótkim okresie dosyć dużo materiału do postawienia. Okazało się, że poza tym, że wszyscy są niesamowitymi muzykami, są przy okazji wspaniałymi ludźmi, wszyscy się ze sobą świetnie bawili i dobrze nam przebywało się razem. Dlatego postanowiłem nie zwlekać i udało mi się zorganizować sesję nagraniową w tym składzie, gdzie już napisałem kilka dedykowanych konkretnie temu zespołowi kompozycji, szkiców, które zostały rozwinięte w studio. Powstał materiał, który jest aktualnie w postprodukcji i czeka na wydanie, ale w międzyczasie zdążyliśmy zaprezentować go już na kilku koncertach.
P.W.: W ostatnim czasie aktywnie uczestniczysz w organizowaniu W .Punkt Mikro Festiwalu, którego zostałeś dyrektorem artystycznym. Jak Ci się podoba taka funkcja?
M.P.: To wszystko, zarówno „dyrektor” i „festiwal” brzmi bardzo poważnie i górnolotnie. Tak naprawdę obserwując od paru lat sytuację na krakowskim rynku brakowało mi takich cyklicznych wydarzeń, które nie byłyby robione z wielką pompą, ale byłyby dostępne i rzeczywiście regularnie się odbywały. Postanowiliśmy więc razem z Marcinem Śmietaną i Miłoszem Zastawnikiem, właścicielami baru Punkt, że zrobimy to u nich. Te wydarzenia są organizowane póki co dosyć spontanicznie, nie planujemy tego z dużo większym wyprzedzeniem, a mimo to udało nam się zaprosić naprawdę wspaniałych artystów.
Na pierwszej edycji wystąpili Kasia Karpowicz i Sam Kowalski. Później mieliśmy Mikołaja Trzaskę, Teoniki Rożynek, Starą Rzekę, a ostatnio Basię Kingę Majewską, Raphaela Rogińskiego i Roberta Piotrowicza. To wszystko nie są postacie anonimowe. Wcześniejsze edycje odbywały się w oficynie Baru .punkt. Sam bar jest dosyć kameralny i większość wydarzeń koncertowych robiliśmy na zewnątrz. Jednak między innymi dlatego, że chcieliśmy zachować jakąś cykliczność, a póki co jest jeszcze po prostu zimno, wylądowaliśmy w sali Cricoteki.
Myślę, że będziemy kontynuować współpracę, bo świetnie to działa zarówno technicznie jak i ze społecznego punktu widzenia, bo cała dzielnica jest wtedy pod panowaniem naszego mikro festiwalu. Każda edycja pojawia się póki co jak grom z jasnego nieba, a ja bardzo chciałbym, żeby to trwało, jednak w zasadzie nie wiem, czy starczy nam sił.
P.W.: Czyli formuła jeszcze nie jest też do końca skrystalizowana, a przyszłość może wydaje się być niejasna.
M.P.: Sama formuła jest skrystalizowana, są to po prostu koncerty solowe. Już się pogodziliśmy z tym, że chcemy tak robić, bo niesie to za każdym razem zupełnie inny wyraz. To jest ad 1 formuły, ad 2 to na pewno staram się, żeby te programy były różnorodne, czyli jeżeli mam już jednego artystę, dajmy na to związanego ze światem muzyki improwizowanej, to staram się, żeby na przykład obok był elektronik itd., żeby każdy dzień był inny.
P.W.: Jutro (rozmowa została przeprowadzona dnia 30.04.2026 – przyp. red.) w ramach cyklu Sonus Colorum zagrasz w Muzeum Lotnictwa w Krakowie wraz z Chórem Polskiego Radia.
M.P.: Właśnie wracam z próby.
P.W.: W repertuarze znajdują się utwory już istniejące, część jest dosyć stara, widzę XVI-wieczne kompozycje Wacława z Szamotuł, będą też współczesne utwory od Arvo Parta po Annę Rocławską-Musiałczyk i Martę Jundziłł. Wybrzmi też Twoja kompozycja premierowa. Możesz coś więcej opowiedzieć o jej tworzeniu?
M.P.: Kiedy dostałem propozycję od Chóru Polskiego Radia, żeby wziąć udział w ich cyklu Sonus Colorum, nie omieszkałem zaproponować im, że na tę okazję skomponuję utwór. To było w sferze moich młodzieńczych marzeń, ja się wychowywałem w Częstochowie, tam w latach świetności funkcjonował festiwal Gaude Mater (festiwal wciąż funkcjonuje – przyp. red.) i w ramach tego festiwalu odbywał się konkurs. Te utwory konkursowe były śpiewane właśnie przez Chór Polskiego Radia. Ja jako młody chłopak z wypiekami na twarzy uczestniczyłem w tych koncertach i tak sobie myślałem, że byłoby fajnie mieć takie narzędzie i możliwości, żeby kiedyś coś takiego zrobić. Kiedy dostałem w lutym telefon od razu w drugim zdaniu powiedziałem, że nie przepuszczę tej okazji i z wielką chęcią wykorzystam tę możliwość.
Sam utwór powstał na bazie tekstu, który pochodzi z nieopublikowanej jeszcze książki profesora Piotra Augustyniaka. Książka ta jest kontynuacją jego wcześniejszych wydawnictw Jezus Niechrystus oraz Boga nie ma, jest życie. Tutaj Piotr zainspirowany i na nowo odczytujący mit o Orestesie mówi o tym, że nic nie jest stałe i powinniśmy umieć wrócić do naszych źródeł. Do takiej nieokiełznanej siły życia i umieć się temu oddać. Mówi też o tym, że możliwa jest duchowość bez religii. Apeiron – Pieśń Otchłani czyli bezkres, nieskończoność, nieograniczoność. I właśnie na tym tekście jest oparty utwór, więc ma on jakieś stałe punkty, ale zawiera też momenty kiedy improwizujemy razem z chórem na poszczególnych motywach.
P.W.: W kwestii kompozycji i improwizacji chciałem Cię zapytać jak odnajdujesz się pomiędzy byciem improwizatorem i kompozytorem.
M.P.: Moim korzeniem jest na pewno improwizacja i to się nie zmieni, nawet jeżeli komponuję to w każdej kompozycji jest duża doza improwizacji. Natomiast lubię mieć też takie punkty odniesienia, jakieś inspiracje i staram się, żeby te kompozycje, które robię były właśnie zbudowane tak, żeby pozwalały się pokierować w jakimś określonym kierunku. Z drugiej strony na przykład w oktecie, jak piszę utwory dla mojego zespołu, to owszem daję ten kierunek, ale zarazem zezwalam na olbrzymią swobodę działania. Na tych dwóch biegunach odbywa się budowanie całej materii.
P.W.: Jak odczuwasz różnicę w wyrażaniu się muzycznie w zależności od wielkości składu, w którym grasz?
M.P.: Jeżeli zespoły są większe to wtedy staram się zabierać jak najmniej przestrzeni, a jak najwięcej zostawiać jej innym. Oczywiście kiedy gram solo jest to niemożliwe, ale w większych składach, które prowadzę zdarza się, że wykonujemy jakiś utwór, on się kończy, a ja orientuję się, że nie wydałem żadnego dźwięku. Gdy byłem młodszy wydawało mi się to niemożliwe, ale kiedy masz zespół zbudowany z naprawdę wyśmienitych twórców to jest niesamowite uczucie, gdy możesz budować z nimi wspólnie tę muzyczną opowieść, a zarazem po prostu się przysłuchiwać temu co się dzieje i również w ten sposób kreować warstwę dźwiękową. To jest chyba jeden z największych skarbów, jakie można mieć w tej sytuacji.
P.W.: Czyli można powiedzieć, że w przypadku grania w dużych składach, sygnowanych Twoim nazwiskiem, najciekawszym elementem jest dla Ciebie słuchanie muzyków, z którymi grasz?
M.P.: Tak, można tak powiedzieć, ale mimo wszystko oni grają moją muzykę, więc ego też jest zaspokojone.
P.W.: W 2023 roku byłem na koncercie, który zagrałeś w duecie Malediwy w podziemiach Gdyńskich Hal Targowych.
M.P.: Tam właśnie wtedy grała też Malina Midera.
P.W.: Tak, dokładnie. Na tym koncercie współpracował z Wami Michał Szota, który zajmował się wizualizacjami i wykorzystywał do tego generatywną sztuczną inteligencję. Nagrywał telefonem salę i AI przetwarzała ten nagrywany obraz. W tamtym czasie sztuczna inteligencja nie wchodziła jeszcze w świat sztuki w takim stopniu jak teraz i zastanawiam się jakie było Twoje podejście do tego tematu wtedy, a jakie jest aktualnie?
M.P.: Ciągle staram się patrzeć perspektywicznie i lubię korzystać z nowych narzędzi, odkąd zajmowałem się muzyką. Zawsze starałem się podążać za rzeczami, które były najnowsze. Jest tak również z muzyką, której słucham. Choć pewnie są ludzie, którzy są bardziej na czasie… Staram się na tyle, na ile jest to możliwe, cały czas obserwować, co się dzieje nowego. I też umieć się jakoś odnieść wobec tych narzędzi. Wiadomo, że AI zaczęło mocno wkraczać i tak jak mieliśmy historię z muzyką na streamingach, tak samo AI robi to na tyle szybko, że nie jesteśmy w stanie za tym nadążyć. Tempo tych procesów jest nie do opanowania, przede wszystkim przez środowiska urzędowe. Efektem jest ogólna anarchia i niewielka ilość beneficjentów tej sytuacji, to z kolei ma wielki wpływ na opóźnianie usankcjonowania jakichkolwiek zasad dotyczących funkcjonowania tych technologicznych zdobyczy w dzisiejszym świecie. Nie mam zupełnie nic przeciwko temu, żeby używać nowinek, ale oczywiście chciałbym, żeby ludzie potrafili korzystać z rozsądkiem z tego typu opcji, niestety jak wiemy, to jest marzenie ściętej głowy. Ludzie nie potrafią korzystać z rozsądkiem ze wszystkiego, co mają dane. I jeśli chodzi o nowe technologie, o naturę itd., moglibyśmy o każdej dziedzinie życia tak mówić. Więc patrzę na to teraz z lekkim przerażeniem, aczkolwiek cały czas dopuszczam możliwość korzystania z tego w kreatywny sposób.

P.W.: Jeszcze w temacie duetu Malediwy, który ostatnio trochę ograniczył swoją aktywność. Widziałem nagranie z niedawnego koncertu, gdzie Qba zamiast perkusji zajmował wyłącznie elektroniką.
M.P.: Tak, ja od paru lat z wspomnianym już Piotrem Augustyniakiem współpracuję przy cyklu spotkań filozoficznych w Teatrze Słowackiego. Nazywa się to Myślnik i nie jest to typowe spotkanie, ponieważ jest ono przeplatane improwizacją i to jest moja broszka i mój przyczynek do tego cyklu. Od najnowszego sezonu nie stoję sam w bocianim gnieździe, gdyż towarzyszy mi właśnie mój partner muzyczny Qba Janicki. Możecie nas spotkać w sezonie, raz w miesiącu, przeważnie w Małopolskim Ogrodzie Sztuki na Rajskiej. Za każdym razem mamy bardzo znamienitych gości i naprawdę polecam te spotkania, gdyż są bardzo ożywcze i dają do myślenia, jak sama nazwa wskazuje.
Co do Malediwów… albo Malediw, bo tak również lubimy odmieniać tę nazwę, jest ona dosyć plastyczna i zmienia konteksty. Z Qbą współpracujemy non-stop, jeżeli nie są to Malediwy, to jest to oktet, jeżeli nie jest to oktet, jest to trio. Ostatnia płyta, a w zasadzie kaseta Malediw, przeszła bez większego echa, ale zespół cały czas działa. Nawet jeżeli są to inne zespoły, w ramach których Malediwy funkcjonują, to cały czas ta nasza wizja muzyczna jest dosyć podobna, tylko narzędzia się zmieniają. Przy ostatnich albumach korzystaliśmy z dużej ilości sprzężeń zwrotnych, zarówno ja jak i Qba z jego instrumentarium w postaci deski dźwięków. To wszystko jest też cały czas w procesie, bo Qba właśnie zbudował swój trzeci instrument, a najważniejsze jest to, że jesteśmy po prostu razem na scenie i w większości są to improwizowane działania. Także może na następnej płycie wydarzyć się tak, że Qba będzie grał tym razem na komputerze, a ja na czymś zupełnie innym niż saksofony.
Naszym ostatnim wspólnym projektem jest trio, czyli w zasadzie Malediwy plus Max Mucha na kontrabasie. Trio wcześniej figurujące pod nazwą Trio de Janeiro przeobraża się właśnie na AJAKS. Można powiedzieć, że jest to również jakaś wersja Malediw. Została nagrana pierwsza płyta tego składu, mimo że oczywiście znamy się wszyscy od lat. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, ukaże się jesienią tego roku w młodziutkiej, ale prężnie działającej oficynie Fernflower Records. Dotychczas ukazała się tam płyta Elder Ones, koncert z Wilna.
P.W.: I ta wersja eksploruje inne rejony muzyczne niż te na poprzednich albumach Malediw?
M.P.: Tak, bo tutaj skład w 100% akustyczny determinuje brzmienie zespołu. Spotkaliśmy się na pierwszej sesji, podczas której improwizowaliśmy, tworząc zalążki kompozycji. Na kolejnej sesji wróciliśmy do nich – były już uformowane z improwizacji, ale funkcjonowały jako w pełni powtarzalne utwory.
P.W.: Jak godzisz aktualnie septet i oktet? Czy te zespoły o podobnej ilości osób, aczkolwiek różniące się składem personalnym wchodzą sobie w drogę, komplementują się, czy może są absolutnie odrębne?
M.P.: To jest właśnie bardzo ciekawe, bo w sposób techniczny na przykład równolegle odbywała się postprodukcja płyt oktetu i septetu, a z uwagi na to, że zajmuje się tym ta sama osoba, to jedna rzecz musiała czekać na rzecz drugiej. Ale poza takimi drobnostkami są same plusy, bo wydaje mi się, że tworzę w obu zespołach jedną rodzinę muzyków. Jak pewnie wiesz, w dużych zespołach często ciężko jest występować za każdym razem w stałym składzie, bo kalendarze muzyków nie zawsze się zgrywają. Więc zdarzało się tak, że część muzyków oktetu na ostatnich koncertach była zastępowana muzykami z EPTY, to generowało zupełnie inne rzeczy i było fascynujące, a z drugiej strony zostaje w rodzinie najbliższych współpracowników.
P.W.: Chciałem zapytać jeszcze o zespół, który w zeszłym roku wydał swój debiutancki album, czyli o Cześćtet. Z tym składem zagraliście chyba tylko jeden koncert.
M.P.: Dwa, tylko, że jeden przed nagraniem płyty.
P.W.: Czyli na żywo nie występujecie za często. Macie jakieś plany związane z kontynuowaniem działań koncertowych?
M.P.: Tak, to jest broszka głównie Szymona, bo pod nazwą Cześćtet kryje się tak naprawdę Szymon Pimpon i jego koncept, jego kompozycje i również jego dogrywanie technicznych kwestii. Oczywiście wszyscy dumnie współuczestniczymy w tym składzie. Tu jednak znów pojawia się temat kalendarzy, bo pięcioosobowy zespół jest dosyć dużym składem, ale tej jesieni planowanych jest kilka koncertów, więc mam nadzieję, że wypełnimy tę głuchą ciszę.
P.W.: Ostatnio funkcjonujesz głównie w projektach, które są sygnowane Twoim nazwiskiem. Czy granie w zespole kierowanym wizją innej osoby jest odświeżającym doświadczeniem?
M.P.: Tak, chociaż w ostatnim czasie staram się tego unikać, bo przeznaczyłem już na to bardzo dużą część mojego życia. Rzeczywiście największą frajdę mam w tych projektach autorskich, aczkolwiek są takie osoby, z którymi zawsze z wielką chęcią podejmę współpracę i taką osobą jest Szymon, bo dogadujemy się na wielu różnych płaszczyznach.
P.W.: Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.
M.P.: Do zobaczenia na szlaku! Cześć!
Recenzja: Marek Pospieszalski – Joyous w Anxious