Maciej Frett – Hołduję zasadzie energii zwrotnej, to co dajesz – dostajesz

Maciej Frett - Wrocław Industrial Festiwal wywiad
Z archiwum

Wrocław Industrial Festival to wydarzenie znane w całej Europie, a może i na świecie. Dla wielu z nas swego rodzaju święto muzyki około industrialnej, gdzie w jednym miejscu możemy posłuchać artystów, którzy są prekursorami tego nurtu, jak i mniej znane zespoły. Dla mnie samego to możliwość uczestniczenia w wielkim wydarzeniu skupiającym projekty, o których koncertach marzyłem przez lata. Ta lista nie miałaby pewnie końca. W tym roku festiwal obchodzi swoje dwudziestopięciolecie, dlatego postanowiłem zadać kilka pytań Maciejowi Frettowi, odpowiedzialnemu właśnie za WIF.

Michał Majcher

Maciej Frett - Wrocław Industrial Festiwal wywiad
Archiwum WIF

Michał Majcher: Na początku chciałbym pogratulować 25 lat Wrocław Industrial Festival, to wspaniały wyczyn. Czy możesz opowiedzieć skąd pomysł na taką inicjatywę, jak to się zaczęło?

Maciej Frett: Dziękuję Michale za miłe słowa. Powołując do życia Wrocław Industrial Festival w 2001 r. nigdy nie spodziewałem się, że doczeka się 25 rocznicy. To prawie połowa mojego całego życia i w zasadzie większość dorosłego. Wszystko zaczęło się w drugiej połowie lat 90. Wtedy to zacząłem organizować, w różnych wrocławskich klubach koncerty pod szyldem „Młodzi po stronie maszyn”. Był to czas ogromnego głodu muzyki alternatywnej. Prym wodził wtedy hard-core/punk. Wiele osób szukało jednak czegoś innego, nowego i niekonwencjonalnego. W kraju, na obrzeżach działały Obuh Rec. i Requiem Rec. Awangardę (w tym sporo klasycznego industrialu) wcześniej promował tu Heniu Palczewski poprzez swoją oficynę Ars2. Koncertów było jednak jak na lekarstwo. W latach 1997-2001 na moje zaproszenie zaczęły przyjeżdżać zachodnie, industrialne zespoły, które często Wrocław miały niejako po drodze z Niemiec do Pragi. Warto tu wspomnieć o naszych przyjacielskich relacjach z praską ekipą Ars Morta Universum, która w tamtym czasie organizowała w stolicy Czech festiwal, a także wiele klubowych koncertów, na które obowiązkowo całą ekipą podróżowaliśmy. 

W 1999 r. miałem przyjemność zostać kuratorem festiwalu odbywającego się na dziedzińcu wrocławskiego Arsenału. Przez dwa czerwcowe wieczory zagrało sześć zespołów (Column One, Schloss Tegal, Christblood, Stupor, Miasto nie spało i Job Karma) dla blisko 600 osób z całej Polski. Dla wielu jest to swoisty pre-WIF. W tym czasie mój przyszły „partner in crime” – Arek Bagiński organizował we wrocławskich kinach pokazy filmów niezależnych pod nazwą, która dziś nie przeszłaby zapewne sita oficjalnej cenzury – Video Terroristen. Ten czas to również powołanie do życia Job Karmy z moim kumplem ze studiów – Aureliuszem Pisarzewskim i Jackiem Groszkiem. Arek jako człowiek odpowiedzialny za oprawę wizualną koncertów dołączył do nas stosunkowo szybko. 

Pierwsza edycja festiwalu zrodziła się w mojej głowie podczas pracy (w tamtych czasach jeździliśmy w każde wakacje na saksy, na północ lub zachód Europy). Stałem na drabinie w Oslo, malowałem komuś elewację budynku, a podczas pracy fizycznej umysł często wyłapuje ciekawe sygnały. Tym razem odebrał następujący: skumulować wszystkie moje wysiłki koncertowe, Arka filmowe i zorganizować jeden duży festiwal. Pierwszy WIF zorganizowaliśmy jako Job Karma w 2001 r. w klubie La Fete mieszczącym się w dawnym schronie Festung Breslau pod Wzgórzem Partyzantów. Zagrały głównie zaprzyjaźnione zespoły z Polski, Czech i Niemiec. Festiwal okazał się sporym sukcesem. Przyjechali ludzie z całego kraju. Pisała o nas mainstreamowa prasa, a wrocławska Gazeta Wyborcza określiła go jednym z najważniejszych wydarzeń roku we Wrocławiu! 

Rok później niesieni entuzjazmem otworzyliśmy z Arkiem prywatną galerię sztuki industrialnej przy wrocławskim Rynku. Galeria działała przez rok. Jak się można domyślać, był to szalony pomysł (nie tylko jak na tamte czasy). Tym samym niewidzialna ręka rynku szybko zmiotła nas z powierzchni zostawiając z długami.

Niezaprzeczalnym plusem było nawiązanie wielu nowych kontaktów i zainteresowanie mediów (przyjechała nas sfilmować nawet francusko-niemiecka telewizja Arte). Po roku strategicznej przerwy, kiedy lizaliśmy rany i planowaliśmy przyszłość, powróciliśmy ze zdwojoną energią. Od 2003 r. jako Industrial Art organizujemy festiwal rokrocznie. Znaleźliśmy dla niego nowy dom, Salę Gotycką, wtedy kompletnie nieużywaną. To były gołe ceglane mury i piękne gotyckie sklepienia. Przez kolejne 12 lat, zanim miejsce znalazło nowego najemcę, czyli klub Stary Klasztor, przygotowując festiwal musieliśmy zawsze całą infrastrukturę budować od początku. Na naszych plecach wnosiliśmy na pierwsze piętro scenę, nagłośnienie, bar, urządzaliśmy garderoby. Pamiętam, że drabinę musieliśmy wciągać przez okno, ponieważ nie byliśmy w stanie wykręcić na wąskich schodach. To były czasy totalnego DIY. Wszystko robiliśmy sami: rozklejaliśmy plakaty, przygotowywaliśmy jedzenie dla zespołów itd. Potem przez tydzień po festiwalu sprzątaliśmy obiekt (z obowiązkowym malowaniem na biało klatki schodowej, gdzie wówczas była palarnia).

M.M.: Tyle lat działań polega pewnie też na dyscyplinie, sile wsparcia czy determinacji. Ile osób na początku było zaangażowanych w festiwal, a jak to wygląda obecnie?

M.F.: Tutaj może cię zaskoczę. Liczba osób, która przygotowuje festiwal od jego początku do teraz zasadniczo nie zmieniła się. Do naszego duetu w 2004 r. dołączyła Ania. Podczas samego festiwalu pomaga nam grupa bliskich przyjaciół, WIF Crew. W pierwszych latach było to nawet kilkanaście osób, teraz ze względu na fakt, iż działamy w przestrzeni dobrze zorganizowanego, profesjonalnego klubu muzycznego jest to ok. 5 osób i kilka kolejnych do obsługi bramki. Pracę przy kolejnej edycji zaczynamy już w listopadzie, kiedy ostatni goście wyjadą. Przez kilka miesięcy trwa też zamykanie poprzedniej edycji, raporty, sprawozdania itp., nudna praca biurowa.

Jako stowarzyszenie Industrial Art w ciągu roku organizujemy różne wydarzenia kulturalno-artystyczne i festiwale. Stało się to moją codzienną pracą. Mamy zatem czerwcowy Festiwal Podwodny Wrocław, czyli największy festiwal wrocławskiej kultury offowej. Jest też Energia Dźwięku, która odbywa się dwa razy w roku, multidyscyplinarny festiwalu sztuki Rytuał, a także mniejsze eventy takie jak 3 kwadra, którą organizujemy w górach oraz Sylwester Industrial Art.

Merzbow (Archiwum WIF)
Merzbow (Archiwum WIF)

M.M.: Dwudziesta piąta edycja WIF przynosi nam między innymi powrót legendy S.P.K. pod nazwą SPKtR, psychodelicznych The Legendary Pink Dots mających swoich wyznawców w naszym kraju, Crash Course In Science z ich minimal synthową nową falą czy rytualne Halo Manash. To artyści raczej znani szerszej publiczności. Co byś zarekomendował z tych mniej znanych projektów, które zobaczymy na tegorocznej edycji? Od siebie mogę powiedzieć, że bardzo jestem ciekaw między innymi Opowieści z ich soniczno-parateatralnym wystąpieniem.

M.F.: Jako organizatorowi, a zarazem osobie odpowiedzialnej za program festiwalu niezwykle ciężko jest mi faworyzować kogokolwiek. Pozwól może, że ograniczę się tu jedynie do wskazania dwóch wyjątkowych współprac, które publicznie objawią się po raz pierwszy. A mianowicie francuskiego Meta Meat (muzycy Von Magnet oraz 2kilos &More) plus N.U. Unruh, czyli bębniarz z pierwotnego składu Einstürzende Neubauten. Bodajże ostatni oprócz Blixy, który tam został. Drugi to francusko-belgijski projekt dwóch uznanych filarów sceny rhythm’n’noise: Flint Glass oraz Ah Cama-Sotz, tutaj w rytualno-transowym wydaniu. Ich płytę przed miesiącem wydał ant-zen. Warto wspomnieć też o specjalnym, kinowym koncercie klasyków In The Nursery, którzy zagrają na żywo do niemego filmu Passion of Joan of Arc podczas otwarcia festiwalu w kinie Nowe Horyzonty.

M.M.: WIF odbieram jako festiwal multidyscyplinarny, gdzie oprócz muzyki możemy również doświadczyć innych form sztuki (wystawy, film). Czy możesz zdradzić, co tym razem będzie towarzyszyło koncertom?

M.F.: Na samym początku WIF był bardzo mocno nakierowany na działania około koncertowe: wystawy, pokazy, performance, wykłady. Potem stał się festiwalem głównie muzycznym wraz z towarzyszącymi mu wydarzeniami w stylu Targów Małych Wydawców. Jednakże od jakiegoś czasu staramy się z powodzeniem przywołać jego pierwotną formułę. Pracujemy teraz nad wystawą, która towarzyszyć będzie tegorocznej edycji, ale w tym momencie jest za wcześnie, żebym mógł ujawnić szczegóły.

Nurse With Wound
Nurse With Wound (Archiwum WIF)

M.M.: Jako organizator masz pewnie masę obowiązków podczas festiwalu, ale czy na przestrzeni tych lat wspominasz takie występy, które głęboko zapadły Ci w pamięć? Ja do tej pory mam w głowie koncerty na przykład Ramleh, Sutcliffe No More, Nurse With Wound, Troum czy Main.

M.F.: Szczerze przyznaję, że sam festiwal to dla mnie okres sporego wysiłku. Jestem cały czas w biegu, niewyspany, przebodźcowany, ale nie narzekam. Wydarzenie startuje w czwartek i zaczyna się czterodniowy maraton.

To taki kalejdoskop wydarzeń: koncerty, próby, spotkania, rozmowy, problemy do rozwiązania, nerwy, ale też i satysfakcja. Wszystko w stresie, bo mimo doświadczenia jest świadomość, że te 500/600 osób przyjechało tu w konkretnym celu, często z odległych zakątków świata. Nie mogę sobie pozwolić na jakiś fuckup, który zepsułby to święto. Dlatego też rzadko udaje mi się w spokoju i z należytym skupieniem wysłuchać jakiegoś koncertu od A do Z. Mam jednak głowę pełną historii, niekiedy zabawnych, niekiedy bardziej poważnych. Obiecuję sobie, że jak będę już stary i nie będę miał wiele do stracenia, napiszę książkę WIF od zaplecza, gdzie opiszę różne historie, anegdoty i wydarzenia z mojej perspektywy. 

Wiesz, przez te 24 lata na festiwalu zagrało ponad 500 wykonawców. W zasadzie gościliśmy tu wszystkich żyjących i funkcjonujących artystów ze sceny industrialnej. OK, nie mieliśmy Throbbing Gristle jako zespołu, ale każdy z członków wystąpił ze swoim projektem: Psychic Tv, Carter Tutti, SoiSong. Nie zagrali Einstürzende Neubauten, ale byli wszyscy oryginalni muzycy osobno, z Blixą na czele. W swoim studio mam na ścianie plakat z nazwami wszystkich zespołów, które zagrały przez pierwsze 20 lat festiwalu. Czasami gdy ogarnia mnie niemoc twórcza, zaczynam go sobie studiować i każda kolejno czytana nazwa natychmiast uruchamia mi w głowie obrazy związane z danym artystą. Choć bardzo rzadko jest to sam koncert, pamiętam każdego.

carter tutti
Carter Tutti (z Archiwum WIF)

M.M.: WIF to również pokoncertowe afterparty, gdzie zaproszone osoby DJ-skie prezentują bardziej taneczne formy wyrazu. Czy zdajesz sobie sprawę, że dla wielu osób z publiczności mają one „kultowy” charakter i są niemal tak ważne jak koncerty?

M.F.: Serio? To mnie zaskoczyłeś! Zwykle zrywam się szybko z afterów, gdyż jest to jedyny moment kiedy mogę się chwilę przespać. Oczywiście oprócz kończącego festiwal niedzielnego after party, które zwykle zamykamy osobiście. Za aftery od dłuższego czasu odpowiedzialna jest Ania, ona czuje taniec bardziej niż ja i ma dobrego nosa do zapraszanych DJs. Dzięki temu parkiet WIFu często rozkręca Francesca, kultowa DJ, rezydentka londyńskiego Slimelight. Rok temu grał m.in. Philipp Strobel, a w tym roku z DJ setem wyskoczy Ancient Methods, któremu tak się spodobało na WIF, że sam wyszedł z tą inicjatywą.

M.M.: Czy WIF to w jakimś sensie spełnienie Twoich marzeń? Możliwość obcowania z artystami, których słuchałeś i odkrywałeś dawno temu i oglądania ich koncertów. Czy jest jeszcze ktoś, kogo nie udało Ci się zaprosić z jakichś względów?

M.F.: Oczywiście jest to w pewnym sensie spełnienie młodzieńczych marzeń, z drugiej strony to efekt świadomego wyboru ścieżki życiowej. Wiesz, kończąc studia zapowiadałem się jako obiecujący urbanista, ale po roku pracy w zawodzie, ku rozpaczy najbliższych stwierdziłem, że chce się poświęcić swoim pasjom i tym, co mi w sercu najmocniej gra. Przez mniej więcej pierwsze 10 lat bywało bardzo ciężko i tylko najbliżsi wiedzą, jakie wzloty i upadki przeżywałem. Nic nie spadło nam z nieba, nic nie dostaliśmy za darmo. Wszystko jest efektem naszej ciężkiej pracy i wytrwałości. Ta niezrozumiała wytrwałość z perspektywy czasu jawi się jako decydująca siła. Realizując swoje pasje czuję wiatr w plecy, więc jestem  chyba ciągle na odpowiedniej drodze. Zawsze będą zespoły, które jeszcze nie wystąpiły, a które chciałem zaprosić. 

Current 93 (Archiwum WIF)
Current 93 (Archiwum WIF)

W latach dziewięćdziesiątych, gdy zaczynałem przygodę z organizowaniem koncertów byłem szalikowcem Current 93. Był to dla mnie absolutny TOP. Poza tym band ten koncertował rzadko i tylko w starannie dobranych lokalizacjach. Wtedy powiedziałem sobie, że jak uda mi się zaprosić ich na pierwszy koncert do Polski to będę spełniony i mogę zająć się czymś innym. To marzenie spełniło się w kwietniu 2008 r. i szczerze powiedziawszy wtedy dopiero zaczęliśmy mocniej rozwijać żagle. 

Oczywiście są grupy, które już nie istnieją, ich członkowie nie żyją, jak choćby Coil. Jednakże są też takie, które niespodziewanie się reaktywują i wracają z niebytu. Jestem bardzo szczęśliwy, że w tym roku udało się zaprosić Graeme Revell’a i jego legendarny, odrodzony SPK.

M.M.: Jeżeli mowa o artystach czy zespołach. Zdarzyły Ci się sytuacje związane z nimi, które niezbyt miło wspominasz?

M.F.: Robiąc tyle koncertów zawsze trafi się ktoś mniej przyjemny i trudny w obyciu. Jednakże to bardzo mały procent całości. Zapewniam Ciebie i czytelników, że jakieś 90% artystów tej sceny to w porządku, otwarci i inspirujący ludzie. Zarówno w kontakcie osobistym, jak i zawodowym. O nich, ale też o tych „trudnych” napiszę kiedyś we wspomnianej książce.

M.M.: Bardzo pozytywną rzeczą jest to, że Wasz festiwal ma wsparcie z gminy Wrocław. Chociaż to inicjatywa prezentująca niszowe działania to myślę, że WIF w jakimś sensie stał się międzynarodową wizytówką miasta.

M.F.: WIF od 2003 r. jest finansowo wspierany przez gminę Wrocław. Początkowo były to bardzo niewielkie kwoty, później, gdy się niejako wykazaliśmy, wsparcie wzrosło. Zdaję sobie sprawę, że bez tej pomocy WIF nie mógłby rozwinąć skrzydeł do obecnego poziomu. Wydaje mi się, że Wrocław to jedno z nielicznych miast, nie tylko Polsce, ale i w Europie, gdzie wsparcie dla niszowej, awangardowej sztuki ma miejsce. Masz rację mówiąc, że festiwal stał się międzynarodową wizytówką miasta. Można o nim przeczytać np. w zagranicznych broszurach czy informatorach turystycznych reklamujących Wrocław jako miasto kultury. Zaznaczam też z góry – nie, nie wykupujemy u nich żadnych reklam!

7jk, Fot. Tomasz Hołod
7jk, Fot. Tomasz Hołod

M.M.: Moje uczestnictwo na WIF zaczęło się w 2004 roku, od tamtej pory starałem się być na waszym festiwalu, niestety z kilkoma przerwami. Udało mi się tam również wystąpić dwa razy w różnych konfiguracjach muzycznych, z czego się bardzo cieszę. Z mojego doświadczenia mogę stwierdzić, że zawsze spotykałem się z pełnym profesjonalizmem, ale też bardzo dobrym i przyjacielskim kontaktem z Waszej strony. Chyba ważne jest dla Was, żeby koncerty brzmiały bardzo dobrze, a publiczność oraz zespoły/projekty były zadowolone?

M.F.: Dziękuję za miłe słowa. Pomijając fakt, że jestem organizatorem, jestem też muzykiem. Występowałem na wielu festiwalach w Polsce czy w Europie i wiem jak sam chciałbym być traktowany u innych, wiem też kiedy nie jestem, czy nie byłem zadowolony. Wyciągam wnioski, chcę, aby u nas wszyscy czuli się (zarówno na scenie jak i poza nią), tak jak ja chciałbym się czuć występując gdziekolwiek. I nie chodzi tu o to żeby dać sobie wejść na głowę przez jakiś zespół. Hołduję zasadzie energii zwrotnej, to co dajesz – dostajesz. Energia musi krążyć między wszystkimi, musi się wymieniać. Bardzo często na widowni WIF spotkasz uznanych artystów i tych mniej znanych, którzy wcześniej już wystąpili na festiwalu, ale tak im się spodobała ta atmosfera i konsekwentnie realizowany program, że zaczęli na niego przyjeżdżać prywatnie jako fani. To jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że to co robimy – robimy dobrze.

M.M.: Obserwujesz działania około industrialne od wielu, wielu lat. Uczestniczysz również w różnych wydarzeniach, festiwalach. Rozmawiasz z organizatorami czy publicznością. Jak myślisz, jak scena ta zmieniła się, ewoluowała? 


M.F.: Myślę, że dziś od pewnego pułapu, dotyczy to także nisz i całego undergroundu wiele spraw się sprofesjonalizowało. W niektórych aspektach to działa na plus, np.: produkcja koncertów od strony technicznej stoi na dużo wyższym poziomie. W zasadzie każdy klub ma na stanie projektor video/ekran. Kiedyś za wypożyczenie (artyści występujący u nas zwykle tego wymagali) trzeba było słono płacić. Nagłośnienie, światło, cała technika, to wszytko poszło mocno do przodu. Pamiętam te wielkie „ściany” głośników, które transportowaliśmy i ustawialiśmy przed sceną jeszcze 15 lat temu. Teraz niewielkich gabarytów podwieszane „paczki” robią lepszą robotę. To samo ze światłem, na pierwszych WIF mieliśmy kilka statycznych PAR na statywach, teraz te wszystkie ledy i ruchome głowy potrafią zrobić prawdziwy spektakl światła.

Są też minusy. Jako organizatora najbardziej uwiera mnie niezrozumiały fakt, że dziś prawie każdy (zwłaszcza młody zespół) chce mieć swojego bookera albo agencję koncertową. Częściej przynosi to więcej szkody niż pożytku. OK, rozumiem zespoły, które grają dłuższe trasy koncertowe, wtedy logistyka może przerastać niejednego artystę, więc zatrudnienie zewnętrznej agencji jest na miejscu. Ale po co taka osoba zespołowi, który występuje 1-2 razy w roku? Namnożyło się tych „pseudo” agencji ostatnio. Często prowadzą je młodzi, aroganccy, roszczeniowi ludzie, którzy nie rozumieją zasad działania sceny independent. Liczy się dla nich tylko szybki zysk.

Wiele razy koncert jakiegoś wykonawcy nie doszedł do skutku, bo tzw. agent nie chciał współpracować i nie szukał kompromisu, tylko mnożył problemy. Zabawne, że potem, gdy spotkałem pewnego artystę osobiście to był on bardzo zdziwiony i przekonywał, że bardzo chciałby jednak zagrać u nas. Tylko ten agent, którego sam wynajął odwalił złą robotę. Nie wiem z czego to wynika, obstawiam, że niektórzy sądzą, że posiadanie agenta automatycznie winduje ich w górę w jakiejś wyimaginowanej hierarchii. Osobiście preferuję bezpośredni kontakt z artystą. Naszą rekomendacją są setki zadowolonych artystów, którzy wcześniej u nas wystąpili. Druga smutna refleksja – festiwale i większe eventy „zabiły” niejako koncerty klubowe, ale to już temat na zupełnie inną rozmowę.

M.M.: Termin „industrial” odbieram jako otwartą formę, skupia ona właściwie wiele odłamów czy form muzycznego wyrazu. Mam wrażenie, że to również zmienia się pod względem dźwiękowym. Zanik nurtu martial, czyli również neofolku. Z innej strony płyty noise, choćby Masami Akity/Merzbow są popularne w wielu różnych kręgach, tak samo drone przedostał się i jest rozpoznawalny na wielu innych płaszczyznach. Co obecnie uważasz za najbardziej interesujące muzycznie z nurtu około industrialnego?

M.F.: Nie przesadzałbym z tym uśmiercaniem nurtu neofolk, przykładem niech będzie grupa Cult of Youth, która neofolkową estetykę zgrabnie łączy z modnym post punkiem, dodając szczyptę dzikości. Wychodzi to bardzo autentycznie i oryginalnie. Oprócz wspomnianego przez Ciebie wpływu noise i drone na inne gatunki, jak choćby metal, zwróciłbym  uwagę przede wszystkim na nośny ostatnio mix techno i industrialu zwany czasami rhythm’n’noise albo industrialnym techno. W latach 90. zapoczątkowały ten trend wytwórnie ant-zen, Hands oraz zespoły skupione wokół nich. W Niemczech (ale nie tylko) to duża scena, poważne imprezy i festiwale. U nas twórcy ci występują zwykle na koniec festiwalowego dnia, stanowiąc znakomity pomost między wcześniejszymi koncertami, a after party.

M.M.: Oprócz działalności Wrocław Industrial Festival tworzycie inne wydarzenia, Podwodny Wrocław, Energia Dźwięku czy Rytuał. Możesz o nich również opowiedzieć?

M.F.: Podwodny Wrocław to coroczne święto wrocławskiej kultury offowej. Począwszy od koncertów, poprzez liczne wystawy, pokazy kina niezależnego, działania performatywne. Uczestniczy w nim około 200 lokalnych artystów, zarówno amatorów, jak i studentów czy profesorów akademickich. Festiwal odbywa się w ostatni weekend czerwca w postindustrialnych przestrzeniach Browaru Mieszczańskiego. Na trzech scenach muzycznych prezentujemy najciekawsze lokalne bandy oraz zwykle zapraszamy gościa spoza Wrocławia. W tym roku będzie to grupa Variété.

Energia Dźwięku od zawsze jawiła się jako pewnego rodzaju uzupełnienie Wrocław Industrial Festival. Zapraszamy tu artystów, którzy wykorzystując tradycyjne podejście do instrumentów tworzą nowoczesną muzykę, nadając jej nowy kontekst estetyczny. Takie też były dotychczasowe edycje festiwalu, gościliśmy na nich dwa razy Current 93, belgijski Univers Zero czy Blurt, obok których prezentowały się nieznane wówczas jeszcze szerszej publiczności Gaba Kulka czy Trupa Trupa. Począwszy od roku 2022 zmieniliśmy nieznacznie formułę. Zamiast jednego dwudniowego festiwalu przeprowadzamy dwie jednodniowe edycje: wiosenną i jesienną. Każda edycja jest stylistycznie spójna, każda też różni się od kolejnej (np: edycja Obuh’a w tym roku w maju to koncerty Za Siódmą Górą, Rongwrong i Kuby Suchara) oraz grudniowa edycja muzyki filmowej wykonywanej na żywo w sali kinowej.

Rytuał to przede wszystkim duża zbiorowa wystawa artystów wizualnych (zwykle około 50 nazwisk), w nietypowych przestrzeniach (np. w opuszczonym szpitalu, porcie miejskim, parku). Każda edycja ma swoje unikalne miejsce i temat, w tym roku jest nim „Dual use” czyli podwójne zastosowanie nie tylko przedmiotów życia codziennego, ale też np. idei. Wystawie towarzyszą koncerty, aftery, spektakle teatralne. Te festiwale mają ponad 20 letnią tradycję, a w przypadku Rytuału to już 26 lat!

M.M.: Zostawiając kwestie festiwalowe, jesteś również muzykiem. Działasz jako Frett, razem z Mattem Howdenem współtworzyłeś 7JK. Jest również Job Karma, która z różnych przyczyn została uśpiona, jednak wiem, że zagracie koncert na Wave Gotik Treffen. Wytwórnia Rope Worm wznawia Wasz album Tschernobyl. Czego nowego możemy spodziewać się z Twoich muzycznych działań?

M.F.: Mój macierzysty zespół Job Karma od wielu lat jest odłożony na półkę. Gramy bardzo sporadyczne koncerty na festiwalach jak choćby wspomniany WGT czy rok temu na WIF. W kwietniu wyszła też winylowa reedycja wspomnianego Tschernobyl, w 40. rocznicę katastrofy, co było inicjatywą Michała Turowskiego (niegdyś Biedota/BDTA) z Rope Worm, który wykonał kawał dobrej roboty. 

Hiatus Job Karmy wynika przede wszystkim z faktu, że mój kompan muzyczny Aureliusz od ponad 15 lat mieszka w Dubaju. Widujemy się 2 razy w roku, zwykle na chwilę. Logistyka jest skomplikowana, nie sprzyja to działalności grupy. Chociaż rok temu udało nam się niejako w przelocie zorganizować dosyć produktywną sesję muzyczną. Dlatego też kilka lat temu postanowiłem zrealizować odkładany wcześniej solowy projekt. Wokalnie wspomaga mnie Ania. Wydaliśmy dwie płyty, zagraliśmy też na kilku ważnych festiwalach, głównie na zachodzie. Generalnie tam częściej można nas zobaczyć na żywo niż w Polsce. Od razu zaznaczę, że nie wynika to z jakiejś mojej decyzji, po prostu tam jesteśmy zapraszani. 7JK ostatnią płytę wydał 10 lat temu i chociaż z Mattem przyjaźnimy się blisko, to w najbliższym czasie nie planujemy kolejnej, choć kto wie, życie bywa nieprzewidywalne. W tym momencie Frett jest głównym wehikułem moich kreatywnych idei, ale wierzę, że Job Karma nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

M.M.: Na koniec chciałbym życzyć jeszcze więcej publiczności, determinacji i wytrwałości w działaniu. Czy chcesz coś dodać na koniec?

M.F.: Zapraszam na nasze festiwale, koncerty, przeczytacie o nich na stronie www.industrialart.eu


Wrocław Industrial Festival odbędzie się w tym roku w dniach 5-8 listopada.