Karen Willems – Potrzebuję trochę miejsca na hałas i niedoskonałości

Karen Willems – Potrzebuję trochę miejsca na hałas i niedoskonałości
Photo by: Dominiek Claeys

Karen Willems – belgijska perkusjonistka i artystka dźwiękowa – pojawia się jako twórczyni, która się nie podporządkowuje i nieustannie się przekształca. Rozpoczęła w zespołach pop-rockowych (Zita Swoon Group, Yuko), by potem eksplorować improwizację i eksperyment dźwiękowy – od projektu Inwolves po solowe Terre Sol (2020) i kwartet Terre Sol Four. Jej motto – „There are those who conform and those who confront and never stop transforming” (Są ludzie, którzy się dostosowują, i są ludzie, którzy stawiają opór i nigdy nie przestają się zmieniać) – widoczne jest w poszukiwaniu nowych możliwości zarówno w najmniejszych gestach, jak i w największych ruchach.

Willems pracuje intuicyjnie – na poddaszu, w pokoju łączy perkusję, znalezione przedmioty i nagrania terenowe tak, by granica między źródłami dźwięku zatarła się i zaskakiwała słuchacza. Improwizacja dla niej to odsłonięcie siebie – najczystsza i najbardziej wrażliwa forma.

W wywiadzie rozmawiamy o procesie twórczym, przedmiotach-instrumentach, roli improwizacji i o tym, jak budować muzykę bliską wszystkim – bez uprzedzeń, pełną zdziwienia i zachwytu.

Artur Mieczkowski

Karen Willems – Potrzebuję trochę miejsca na hałas i niedoskonałości
Photo by: Dominiek Claeys

Artur Mieczkowski: Twoje motto brzmi „There are those who conform – and those who confront – and never stop transforming”. Jak ta „konfrontacja”i „transformacja” przejawiają się w Twojej pracy artystycznej?

Karen Willems: W swoich występach staram się poszukiwać, odkrywać i poznawać nowe możliwości. W najmniejszych gestach i największych ruchach. Nieustannie stawiając sobie wyzwania, rozwijam się jako artystka i jako człowiek. W czasach, gdy oczekiwania są wysokie, zaskoczenie jest darem, a poczucie zachwytu jest najpiękniejszą rzeczą, jaka może być.

A.M.: W Twoim projekcie solowym Terre Sol wyznaczasz bardzo osobistą ścieżkę – jak doszło do jego powstania – i co było impulsem?

K.W.: Po latach pracy na rzecz innych muzyków poczułam potrzebę wytyczenia własnej ścieżki. Podczas pandemii wszystko się zmieniło. Tworzenie bez presji i pośpiechu było dla mnie ulgą. Czułam przestrzeń, miałam czas i odkryłam, że nawet bez harmonogramu nadal odczuwam potrzebę grania.

Uważam, że potrzebujemy krótszych, bardziej intymnych chwil spędzanych razem. To właśnie motywuje mnie do prawdziwego nawiązania kontaktu. Daleko od przemysłu, blisko istoty muzyki.

A.M.: Początkowo działałaś w zespołach rockowych i popowych (m.in. Zita Swoon Group, Yuko) – w jaki sposób to doświadczenie wpłynęło na Twoje dzisiejsze podejście do perkusji i dźwięku?

K.W.: Uwielbiam melodie i dobry groove, coś, co zdecydowanie wyniosłam z mojej pracy na scenie pop-rockowej. Od tamtej pory moja muzyka ewoluowała w kierunku improwizacji i własnych kompozycji, w bardziej abstrakcyjnej formie. Uważam, że ważne jest, aby od czasu do czasu znaleźć się w miejscu, gdzie melodia lub rytmiczny fragment stają się niezbędne. Przynajmniej mnie to pociąga.

Chcę tworzyć muzykę dla wszystkich, nie tylko dla intelektualistów, którzy już ją znają. Jest coś bardzo głębokiego, pięknego w poruszaniu i zaskakiwaniu ludzi, którzy jeszcze nie znają twojej muzyki. Wtedy dzieje się coś czystego.

A.M.: Bardzo często korzystasz z nagrań terenowych (field recordings) i różnych obiektów perkusyjnych – jak wybierasz te „obiekty” / instrumenty / świadome nagrania – co decyduje o tym, co użyjesz?

K.W.: Pracuję intuicyjnie w moim pokoju na poddaszu. Perkusja i znalezione przedmioty, zabawki w prosty i bezpośredni sposób znajdują swoje miejsce w mojej grze. Każdy dźwięk ma swoją przestrzeń. Nagrania terenowe przenoszą słuchacza do innych światów, łącząc się z chwilą i pomieszczeniem, tworząc nieoczekiwane powiązania między tym, co znane, a tym, co nieznane. Uwielbiam, gdy jako słuchacz nie jesteś już w stanie określić, skąd dochodzą dźwięki. To poczucie dezorientacji i ciekawości sprawia, że słuchanie staje się ekscytujące.

A.M.: Opowiedz proszę o swoim procesie twórczym: od pomysłu na kompozycję lub improwizację, aż po finalny materiał – jakie etapy przechodzisz i na czym najbardziej się koncentrujesz?

K.W.: Pracuję dość szybko, kierując się chwilą. Pracuję z melodiami, dźwiękami i ruchami, które pozostają ze mną. Potrzebuję też trochę miejsca na hałas i niedoskonałości. Nie pozwalam, aby materiały zalegały przez rok. Do tego czasu moja uwaga skupia się już na czymś innym. 

A.M.: Na wydawnictwie Grichte  łączyłaś solową eksplorację i kwartet z saksofonami – dlaczego zdecydowałaś się na taki podział – i co każda „część” ma wyrażać?

K.W.: Na podwójnym albumie Grichte chciałam pokazać różne oblicza swojej osobowości. Pierwszy album to solowa podróż odkrywcy, drugi to kompozytora. To wyprawa wykraczająca poza rolę perkusistki lub perkusjonistki, w kierunku pełnego spektrum mojej muzycznej tożsamości. Dzięki zespołowi instrumentów dętych udało mi się uzyskać powtarzalny, niemal przytłaczający dźwięk, jednocześnie odkrywając możliwości solowe i subtelne faktury. Efektem jest gra między potęgą zbiorowości a delikatną wrażliwością jednostki.

A.M.: Czerpiesz inspirację z natury i codzienności – czy jest jakieś konkretne miejsce lub moment, który szczególnie zapadł Ci w pamięć – i który ukształtował jakiś utwór lub projekt?

K.W.: Dorastałam i mieszkam w wiosce, wśród strumieni i polderów. Ziemia, wiatr, cisza. Pozornie zwyczajne, ale właśnie w tym tkwi piękno. Jest ono w małych rzeczach. Nie muszę szukać egzotycznych miejsc, aby znaleźć inspirację. Znajduję ją tutaj. Natura przynosi spokój i prowadzi mnie przez życie. To ważne, ponieważ jestem nieco niespokojna…

A.M.: Jaką rolę pełni improwizacja w Twojej sztuce – czy traktujesz ją jako narzędzie eksploracji czy raczej jako element strukturalny wystawienia się na „nieznane”?

K.W.: Uważam, że improwizacja naprawdę pozwala mi się odkryć. Umożliwia ujawnienie części siebie. W tym sensie może być najczystszą i najbardziej wrażliwą formą muzyki. Czasami może to być przerażające, ale to właśnie to napięcie sprawia, że każda chwila grania staje się żywa.

A.M.: Współpracowałaś z wieloma muzykami i w różnych konfiguracjach – co według Ciebie decyduje o dobrej współpracy improwizacyjnej?

K.W.: W improwizacji nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Liczy się więź i wzajemny szacunek z muzykiem obok ciebie. Traktowanie muzyki poważnie, bez utraty radości z grania. Umiejętność intensywnego grania przy jednoczesnym wspólnym śmiechu – to właśnie sprawia, że magia jest możliwa. To nadaje jej człowieczy charakter.

A.M.: Czy masz w planach eksperymenty brzmieniowe lub formy, których jeszcze nie realizowałaś (na przykład instalację dźwiękową, nagrania w ekstremalnym środowisku, współpracę z inną sztuką)?

K.W.: Często mam wątpliwości dotyczące sceny muzycznej i mojego miejsca na niej. Wraz z wiekiem rośnie we mnie pragnienie, aby się odwdzięczyć, stworzyć coś znaczącego dla innych. Muzyka nie może dotyczyć wyłącznie siebie samego. Jest tak wiele innych ścieżek do odkrycia.

Dlatego angażuję się bardziej w projekty społeczno-artystyczne. Czasami pracuję z osobami niepełnosprawnymi nad improwizacją i jest to niezwykle wzbogacające doświadczenie. Praca z nimi sprawia mi ogromną radość. Są niesamowici i wiele mnie uczą. 

A.M.: Jak ważny jest dla Ciebie aspekt wizualny – okładki albumów, filmiki, scenografia koncertów – i czy osobiście w tym uczestniczysz?

K.W.: Jeśli chodzi o oprawę graficzną, najczęściej współpracuję z moim partnerem Dominiek’iem Claeys’em. Tworzy on prace, które w naturalny sposób odzwierciedlają mój muzyczny świat. Zawsze pozostajemy wierni temu, co nas porusza.

Teledyski często wydają mi się zbędne. Rzadko wywołują emocje i często sprawiają wrażenie zmarnowanych pieniędzy. To samo dotyczy oświetlenia scenicznego i scenografii. Rozumiem, że w przypadku niektórych występów to działa, ale przebywanie w ciemności i przytłaczające, niepokojące pokazy świetlne mi nie odpowiadają. Musimy się widzieć. Mrugnięcie okiem, wspólny śmiech… to mi odpowiada.

A.M.: Patrząc wstecz na swoją dotychczasową drogę – czy jest coś, co z perspektywy czasu zrobiłabyś inaczej?

K.W.: Oczywiście zdarzają się chwile, kiedy czuję frustrację i rozczarowanie i żałuję, że nie postąpiłam inaczej. Jednak to właśnie te potknięcia i błędy wzbogacają nas jako ludzi. Popełnianie błędów jest niezbędne. Powinniśmy starać się je akceptować. Są one niezbędne w życiu, w nauce i rozwoju.

A.M.: Jakie są Twoje najbliższe plany artystyczne – czy jest coś, czego publiczność może już się spodziewać w najbliższym czasie?

K.W.: Mam przed sobą kilka solowych koncertów i w domu zastanawiam się, jak je zrealizować. Jednocześnie pracuję też za moim zestawem perkusyjnym. W mojej grze pojawiła się nowa świadomość. Odkrywam nowe rzeczy. Poddanie się jest zawsze obecne… i po latach czuję, jak ciąży na moim ciele. Aaaiiiii! Radość z dorastania.

Ach, może to jest coś, na co warto czekać. „Starsza pani na ergonomicznym stołku, kontrolująca siebie” (co prawdopodobnie nie nastąpi).

A.M.: Dziękuję bardzo za wywiad. Życzę powodzenia w realizacji Twoich planów. 

K.W.: Tobie też, Artur!


Bandcamp
Instagram
about.me/Karen_Willems