HVAST – Trans jest wpisany w muzykę jako kod źródłowy

HVAST - wywiad
Fot.: Joanna Kalisz-Lerch

HVAST pojawił się dość niespodziewanie na polu rodzimej sceny muzyki poszukującej. Wiadomość o ich debiucie, Chwasty Polskie, bardzo mnie zaintrygowała, kiedy spojrzałem na skład grupy. Album ten przyniósł nam prawdziwą, halucynogenną podróż, stworzoną przy pomocy różnych rodzajów muzyki. Słychać tutaj magiczne przestrzenie psychodelii, transowe pochody sekcji rytmicznej, melancholijne zapętlenia post rocka, czy dźwięki syntetycznej elektroniki. To wspaniała, dźwiękowa wędrówka po wielobarwnych i hipnotyzujących obszarach psychoaktywnej medytacji. Na pytania odpowiadali Grzegorz Chudzik, Michał Głowacki oraz Arkadiusz Lerch.

Michał Majcher

HVAST - wywiad
Fot.: Joanna Kalisz-Lerch

Michał Majcher: Tradycyjnie chciałbym zapytać Was o genezę powstania Hvast.

Grzegorz Chudzik: Wyszło dość naturalnie. Mieliśmy chęć zrobienia czegoś razem w chwilowej przerwie między działaniami w zespole NVC, gdzie dobrze nam się wspólnie grało. Chyba łącznikiem mogłyby tu być różne fascynacje muzyczne – od ciężkich brzmień po elektroniczne szumy i trzaski. Sporo w tych fascynacjach muzyki niszowej, nieoczywistej i intrygującej. I wychodzi na to, że jest duża część wspólna wśród tych naszych oddzielnych inspiracji. Pomysły gdzieś w nas siedziały, Hvast stał się przestrzenią do ich przetestowania.

Michał Głowacki: Fun fact jest też taki, że Arek chciał w przerwie od NVC zrobić sobie projekt, w którym zaprosiłby wszystkich ludzi możliwych, z którymi kiedykolwiek coś grał lub nagrywał. Był do tego taki rdzeń – Arek i Grzesiek jako sekcja – a ktoś by dograł gitarę taką, ktoś owaką, ktoś by zaśpiewał, ktoś zaryczał. No ale logistycznie ogarnąć te trzysta osób było ciężko już na samym etapie przypominania sobie, kto, kiedy, z kim… To wyszło, jak wyszło. Na tym ugorze wyrósł Hvast.

Arkadiusz Lerch: Ten pomysł, o którym mówi Michał, był – ale króciutko, na samym początku – i szybko o nim zapomniałem. Po prostu za dobrze gra mi się z tymi dwoma typami (śmiech). Z racji tego, że gram sporo w składach mocno gitarowych, czasami wręcz deathmetalowych (Czerń), zawsze mnie ciągnęło do innej muzyki, gdzie środki ciężkości są przesunięte w inne rejony – właśnie niegitarowe. Już NVC było takim świetnym polem eksperymentów, jednak to HVAST dało mi możliwość grania w projekcie, gdzie dominującą rolę odgrywa elektronika. Michał, z którym grałem już w So Slow i wspomnianym NVC, zrobił kapitalną robotę, tworząc świetne elektroniczne przestrzenie – czasami mroczne, czasami bardzo zwiewne, w każdym razie niezwykle ciekawe i, choć opierające się o jakieś wzorce, całkiem oryginalne. No i nie muszę dodawać, że filarem, bez którego nie byłoby tego zespołu, jest Grzesiek – którego partie basowe są niezwykle plastyczne i mają świetny groove. Nie mogę nie wspomnieć, że „wielki spokój”, jakim emanuje Grzesiek, powoduje, że granie z nim daje mi poczucie równowagi. W każdym razie z tymi chłopakami mogę spokojnie i bez stresu spędzać czas (śmiech).

HVAST - wywiad
Fot.: Joanna Kalisz-Lerch

M.M.: Czy możecie opowiedzieć o procesie powstania Waszej płyty? Ile procent w tym jest improwizacji, oddziaływania na siebie, a ile pomysłów, które przynosiliście na próby?

G.Ch.: Nie było założeń, nie było lidera z planem na własną płytę. Stąd część pomysłów powstała na próbie. Inne – te z mocniejszym transowym rytmem, jak Kąkol czy Oset – przyniósł na próbę Arek lub ja. Wrotycz i Nawłoć zbudowaliśmy na pomyśle Michała. Ale główną rolę odegrało tu improwizowanie i próby czujnego wsłuchiwania się w pozostałe instrumenty. Może inaczej: przede wszystkim podstawą była otwartość na dźwięki i duże zaufanie do pomysłów kolegów.

M.G.: Wrotycz i Nawłoć jako tytuł do czegokolwiek chodziły już za mną od jakiegoś czasu, podobnie jak chęć napisania trip-hopowego numeru. A wyszło, jak wyszło. To prawda, że większość kompozycji to wypróbowane w ogniu improwizacji samorodki, które przekuliśmy w konkretne formy utworów. Trzeba się słuchać wzajemnie.

A.L.: Improwizacja na wszystkich poziomach. Ważne jest też to, że mieliśmy czas, przez co spokojnie testowaliśmy pomysły, bawiliśmy się, zmienialiśmy różne elementy. Być może jedynym konkretnym założeniem było utrzymanie klimatu transowej podróży. To się udało i choć po drodze różne elementy się zmieniały (głównie ewoluowały bity), założenie czy idea pozostały nietknięte. Wydaje mi się, że ten spokój, czas, jaki mieliśmy, bardzo pozytywnie wpłynęły na całokształt płyty. Co do improwizacji – taka w 100% występuje tu w kawałku Łopian, który nagraliśmy na żywca za pierwszym podejściem i który jest naszą interpretacją sonorystycznego podejścia do dźwięków, oraz w ostatniej części kawałka Oset, gdzie polecieliśmy takim bardziej wręcz jazzowym impro.

M.M.: Płyta Chwasty Polskie zawiera muzykę bardzo transową, psychodeliczną, hipnotyzującą. Czy tworząc ją mieliście wcześniej jej obraz?

G.Ch.: Nie było precyzyjnego planu, może tylko ta transowość i otwartość na poszukiwania gdzieś się wyłaniała jako ogólny fundament. No i początkowo rytm miał stanowić bazę – był plan oparcia utworów na powtarzalnych, narastających motywach sekcji rytmicznych. Ostatecznie elektronika Michała dobrze znalazła sobie w tym wszystkim miejsce, odsuwając dominację rytmu na dalszy plan.

A.L.: Trans i jeszcze raz trans! Mam wielką nadzieję, że te numery nie będą się wydawać za długie i że słuchacz wprowadzi się właśnie w taką hipnozę. Jeśli tak będzie, uznam, że założenie zostało zrealizowane…

M.G.: Rytm był fundamentem. Ja tylko dołożyłem fasadę.

M.M.: Dla mnie ta muzyka posiada również jakiś halucynogenny odcień. Słuchając jej, mamy wrażenie doświadczania odmiennych stanów świadomości, jednak bez żadnych używek. W jakie stany chcielibyście wprowadzać Waszego odbiorcę?

A.L.: Hipnoza? Jakieś rytualne rozedrganie? Odmienne stany świadomości brzmią fajnie. Być może to zbyt daleko posunięte skojarzenie, ale w naszej muzyce jest chyba coś, co może doprowadzać do efektu deprywacji sensorycznej. W takim sensie, że wprawia w jakiś stan odpadnięcia od rzeczywistości. Oczywiście, do tego jest potrzebne odcięcie się od zewnętrznych bodźców, jednak tu mam całkowite przekonanie, że muzyki TRZEBA tak słuchać – skupić się na niej w 100%, zapomnieć o świecie, który nas otacza. W dzisiejszym trybie życia to bardzo trudne, ale inaczej nie ma szans, by daną muzykę – niezależnie od gatunku – zrozumieć i zgłębić. Dlatego adresujemy naszą twórczość chyba do odszczepieńców… A co do halucynogennych wrażeń, cóż… każdy wspomagacz jest dobry, jeśli nie czyni nam krzywdy…

M.G.: Ja to w ogóle uwielbiam takie stany, kiedy podczas słuchania, ale też tworzenia muzyki, jestem na przemian zgubiony i odnaleziony. Coś mnie transowo wciąga i pojawia się stan ducha, który niejako daje mi psychiczny odlot – i już sam nie wiem, co się ze mną dzieje i co słyszę, a co mi się wydaje, że słyszę – tylko po to, by za sekundę złapać się jakiejś frazy, jakiejś melodii, która mnie wyrywa z tego stanu, by jednocześnie kazać za nią podążać bez przerywania podróży w nieznane. Jeśli o mnie chodzi, to nie projektuję muzyki, ale staram się ją czytać w momencie, kiedy się pojawia, i reagować. Dużo w tym intuicji i otwartości na przypadkowość, którą traktuję jak prezent. Lubię oddać kontrolę i pozwolić sobie na dryfowanie. Może to, co mówię, brzmi jak jakieś pitolenie, ale to moja metoda, z którą podchodzę do tworzenia – i najbardziej mi po drodze. Niech Muzyka przepływa przez twórcę i słuchacza.

HVAST - wywiad
Fot.: Joanna Kalisz-Lerch

M.M.: Trans to jedna z ważniejszych cech Hvast, a może najważniejsza. Jak uważacie?

G.Ch.: Na pewno nie broniliśmy się przed transowością utworów. Przy próbach łączenia motorycznego rytmu i powtarzanych motywów zanurzonych w wielu warstwach elektroniki wyszło to dość naturalnie. W połowie płyty mamy bardziej eksperymentalny kawałek Łopian. Tu nie ma rytmu, jest trochę inaczej, ale chyba też całkiem transowo.

M.G.: Myślę, że trans jest wpisany w muzykę wszelaką jako kod źródłowy.

A.L.: Odkąd usłyszałem debiut Falarek Band (szkoda, że nie powstała druga płyta — wiem, że były prowadzone prace nad materiałem…), wiedziałem, że trans nas zbawi (śmiech). Po drodze było wiele transów, jednak pamiętam, że olśnienia doznałem, kiedy w moje ręce trafiła płyta VV Lotto. Płyta, która na początku mnie lekko zaskoczyła — odrzuciłem ją po pierwszym przesłuchaniu, a potem… oszalałem na jej punkcie. Pamiętam, że „zażarła” tak, że słuchałem jej non stop przez kilka tygodni. To było pełne, niszczące uzależnienie. Płyta VV pokazała, jak połączyć granie na jednym dźwięku, improwizację i trans w jeden, cholerny monolit. Uzależniłem się i tak jest do dzisiaj. Dlatego trans i jeszcze raz trans!!! Najlepsza terapia dla migotania w głowie!

M.M.: Chciałbym zapytać się również o motyw chwastów. Tytuły utworów z waszej płyty posiadają ich nazwy. Skąd taki pomysł? Czy znaczenia ich w tradycji czy ich działania mają mieć odniesienia w tych kompozycjach?

G.Ch.: Chwasty zazwyczaj odbieramy jako coś niepożądanego, niezgodnego z jakąś ogólnie przyjętą estetyką, a które – pozbawione takiej dominującej optyki – mają pozytywne cechy. Prowadzimy mozolne wysiłki, żeby usunąć nieproszone rośliny z trawnika – te same, które przyciągają owady i które czasem stosujemy leczniczo. Nie wiem czemu, ale jakoś pasuje mi to do niszowej muzyki spoza głównego nurtu.

M.M.: Mam nadzieję, że planujecie jakieś koncerty z tym materiałem. Myślę, że to będzie bardzo ciekawe doświadczenie dźwiękowe.

G.Ch.: To materiał w dużej mierze improwizowany, z każdym graniem trochę inny. Jak najbardziej chcemy sprawdzić, jak będzie się rozwijał na koncertach. Plany są – szczegóły niebawem.

M.G.: Chciałbym zobaczyć, jak ludzie do tego tańczą. W tej muzyce jest jakieś światło.

A.L.: Koncerty tak, o ile materiał zażre, spodoba się i będzie dla kogo grać. Wiem, że to może niepolityczne, ale trochę nie chce mi się grać dla dwóch osób, bo to frustrujące, dlatego czekamy na sygnały. Będę szczęśliwy, jeśli znajdą się chętni, by nas posłuchać – będziemy testować ich wytrzymałość. A jeśli nie znajdą się chętni, cóż, zobaczymy, co przyniesie przyszłość…

M.M.: Chwasty polskie zostały wydane przez Zoharum z Gdańska. Dla mnie to obecnie jedna z ważniejszych polskich wytwórni, skupiających artystów polskich i – nie tylko zresztą – tworzących muzykę nieoczywistą czy poszukującą. Skąd ten wybór?

G.Ch.: Rzeczywiście, to świetna wytwórnia z muzyką intrygującą, mocno przewietrzającą głowę ze schematów i szufladek. W kręgu moich zainteresowań od lat – od płyt Bisclaveret czy wznowienia albumu Knar Different State. Cieszę się, że Hvast dostał szansę dołączenia do takiego grona.

A.L.: Uwielbiam to, co robi Maciej Mehring. Uwielbiam 80-minutowe płyty z jednym dźwiękiem, uwielbiam eksperymenty z elektroniką, nagrywanie płyt z dźwiękami wydawanymi przez owady. To było moje marzenie, żeby Maciek wydał naszą płytę. Udało się – mam nadzieję, że nie będzie tym posunięciem zawiedziony. No i dodam, że udało się też wydać CD opakowany w piękne, inspirujące obrazy Marcina Loksia (polecam: locco.art), którego możecie kojarzyć z gry w Vermona Kids i który użyczył też swojego gitarowego talentu w kawału Wrotycz i Nawłoć. Bardzo podoba mi się to, jak płyta jest wydana, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy CD są traktowane jako zbędny gadżet. Ja, jako beznadziejny fan kompaktów, cieszę się jak dziecko, że mam taki fizyczny ślad swojego działania. Rozumiem, że dzisiaj muzyka to przede wszystkim serwisy strumieniowe, spotify i chmury, ale… cóż – do końca życia będę zwolennikiem „fizyków”. Tyle…

M.M.: Jesteście raczej zapracowanymi osobami. Współtworzycie również inne zespoły. Które z nich obecnie działają i czego nowego możemy się spodziewać – oprócz Hvast?

M.G.: Moje Latające Pięści, które współtworzę już jakieś 14 lat, niedawno wydały EP-kę Pomiłuj, a ostatnio jeszcze taki singlowy strzał pt. Wolimy. Cały czas coś tam powoli fermentuje i się pojawia. To kompletnie inna muzyka, ale też jest w niej tona wolności i nieoglądania się na trendy czy szufladki.

G.Ch.: Z zespołem Maszyny i Motyle po płycie zbudowanej wyłącznie z sampli mamy materiał na album z gitarami. Ale to w dalszej kolejności. Wcześniej pojawi się trzecia płyta NVC, gdzie gra cały skład Hvast plus Rafał Wawszkiewicz na saksofonie. Ruszyliśmy po dłuższej przerwie z dużą energią i świeżymi pomysłami. Nie planowaliśmy tego, ale mam wrażenie, że przerwa dobrze zadziałała na nowy materiał. I szybko poszło, zaraz wchodzimy do studia.

A.L.: NVC!!! Tak, nowy materiał ścina głowy. Każdy z naszej czwórki wspiął się tu nas wyżyny. Wydaje mi się też, że będzie to najbardziej agresywny materiał tego składu. Jak zwykle dużo hałasu, improwizacji i długie numery. Już nie mogę się doczekać nagrań. Oprócz tego hałasuję w Czerni i Sanity Control, którzy też w tym roku, jak się uda, będą nagrywać drugi materiał. To chyba tyle, choć cały czas rozmawiam z Bartkiem Leśniewskim (uwaga! Gitarę Bartka można usłyszeć w kawałku Oset Hvasta!) z Próchna o naszym pomyśle by nagrać płytę opartą na 100% improwizacjach w układzie gitara+perkusja. Może w końcu się uda. Zobaczymy co czas przyniesie, bo faktycznie jak wspomniałeś, jesteśmy dość zapracowani.

M.M.: Wracając do Hvast, czy myślicie już o kolejnej płycie?

G.Ch.: Na razie jesteśmy ciekawi, jaki będzie odbiór tego albumu. Obecnie kończymy prace nad trzecią płytą NVC i na tym się mocniej skupiamy. Ale pomysły i chęci są, więc zobaczymy.

A.L.: Zobaczymy – poczekamy, co przyniesie czas. Na pewno dobrze czujemy się w swoim towarzystwie i to jest najważniejsze. Chciałbym nagrać kolejny materiał, ale za wcześnie jest o tym mówić dzisiaj. Choć… ostatnio zastanawiam się, jak zabrzmielibyśmy, grając muzykę bardziej minimalistyczną…


Facebook
Instagram