
EABS stali się w ciągu ostatniego dziesięciolecia jedną z największych jazzowych nazw w kraju. Filarem znanym na całym świecie nie tylko za sprawą własnej twórczości, ale również odświeżania jazzowej (często polskiej) historii. O prowadzeniu zespołu i docenianiu tradycji jednocześnie koncentrując się na rozwoju swojej sztuki, opowiedzieli mi Marek Pędziwiatr, odpowiedzialny za klawisze, perkusista Marcin Rak oraz trębacz Jakub Kurek.
Adam Lonkwic
Adam Lonkwic: Medialnie często jesteście określani jako „nowy polski jazz”. Z tym, że gracie już od prawie 14 lat, od ponad 8 z wielkimi sukcesami. Na polskim jazzowym podwórku ciężko się zestarzeć, co?
Marek „Latarnik” Pędziwiatr: Zdaje się, że notki prasowe też się starzeją. Jeśli ktoś powierzchownie obserwuje scenę to może uznać, że EABS jest świeży. Znaczy, dalej jest świeży, ale naprawdę ta scena się rozrasta. Jest coraz więcej grających, młodych ludzi. I chwała za to, że to dalej się rozwija.
Marcin Rak: Trzeba też sprostować, że nie istniejemy 14 lat, bo ten konkretny skład się ukształtował w 2016 roku. W 2011 były tzw. beat sesje i przewijali się wówczas różni muzycy. Tak naprawdę gramy od 2016 w stałym obecnym składzie.
Jakub Kurek: Myślę, że staramy sami siebie zaskakiwać, a to działa na naszą korzyść. To, na czym się skupiamy i próbujemy robić na koncertach nie przyjmuje powtarzalnej formy, przez co powstają nowe, eklektyczne wersje utworów.
A.L.: Czy często spotykacie się z traktowaniem waszej muzyki jako „wynalazku”? Pewnie trafiają się jacyś ortodoksi, dla których nawet jazz fusion to wydziwianie.
M.P.: Wiesz, ludzie, którzy nie interesują się jazzem mają alergię na samo słowo “jazz”. Dlatego czasami przekornie nawet nie nazywamy naszej muzyki jazzem, chociaż raczej jazzem jest. Ten gatunek, czy to w latach 40., 60. czy 70. zawsze był obok tego, co się działo w popkulturze, jakkolwiek by to nie brzmiało. Aspirował do popkultury, ale zawsze był obok nurtów młodych. Jeśli ktoś nie akceptuje tego biegu wydarzeń, to może sobie żyć z takim przekonaniem, co jest jazzem, a co nie. Nas, to co może nim być, cały czas zaskakuje.
M.R.: Dążymy do tego, żeby improwizować – a to jest przecież interakcja pomiędzy już dwiema osobami na scenie. Dlatego zaskakujemy się nawzajem na każdym koncercie. Lubimy po prostu ze sobą grać, każdy koncert jest inny i padają nowe pomysły. Nagrywamy to czasami i potem to wspólnie odsłuchujemy.
J.K.: Łączymy ze sobą dwie drogi, produkcję muzyczną i improwizację. Trudno nas przypisać do jednego sposobu grania. Z produkcji wykorzystujemy brzmienia, a z improwizacji interakcję. Trochę wychodzi hybryda, w której jesteśmy w stanie generować nawet remixy naszej muzyki. Nie zawsze mamy okazję skonfrontować się z radykalnymi opiniami, ale jako zespół jesteśmy mocno zainteresowani innymi „jazzowymi” światami chociaż nie zawsze to gramy.
A.L.: Tak jak mówiliście, zespół wywodzi się z beatowych jam session, ma hip-hopowe korzenie. Czy uważacie, że w polskim rapie dzieje się wystarczająco dużo ciekawego? Mam wrażenie, że w porównaniu z amerykańską sceną jest u nas bardzo schematycznie.
M.P.: Zawsze tak było. Mam nadzieję, że nie zawsze będzie to tak wyglądało, że najpierw jest świat, a potem jest Polska która też jest częścią wszechświata i fajnie by było, żebyśmy ruszyli mocniej sercami i głowami. Chwalili się tym, że my też możemy być innowatorami, bo też przecież mamy tę możliwość. Nie oszukujmy się, muzyka kręci się już trochę w kółko. Szczególnie rap. Bo takie trendy jak na przykład trap czy drill już zostały przysłonięte powrotem do boom bapu, czyli ery lat 90. A teraz to co próbuje robić Tyler, the Creator to powrót z kolei do lat 80. i dawanie temu czegoś świeżego. A żeby stworzyć coś zupełnie nowego – może takie jest właśnie nasze zadanie? Bo to, co się dzieje czasami na scenie, to ja nie mam pojęcia, co to jest. (śmiech) Przykładowo u nas, w naszej muzyce, na płycie 2061 można usłyszeć dosłownie nawiązania do trapu, gdzie miksujemy to z naszym vibe’em. Dla wielu hip-hopowców dzisiaj świat się kończy na trapie. A dla nas to po prostu jeden z kodów rytmicznych, który możemy sobie wybrać. To też może być fascynujący świat do dalszych poszukiwań.
J.K.: Pewne tendencje powielają się i są często zapożyczane z powszechnych lub docenianych produkcji. Na pewnym etapie powtarzamy wzorce, żeby potem znaleźć swój własny sposób, co może w przyszłości zaowocować czymś oryginalnym i nowym.
M.R.: Wszystkie chwyty są dozwolone w muzyce, kto się nie boi i jest odważny, ten pcha wózek do przodu.

A.L.: Czy myśleliście o współpracy z konkretnymi hip-hopowymi artystami? Stworzyć w ten sposób cały studyjny album jazzrapowy?
M.P.: Prędzej autorski album. Instrumentalny jakiś, może z jakimś jednym gościem.
M.R.: Na dzień dzisiejszy nie ma takiego pomysłu. Może będzie album z gościnnym występem. Może to będzie wokal, ale niekoniecznie. Może ktoś na jakimś ciekawym instrumencie etnicznym.
A.L.: Gracie dzisiaj (rozmawiamy przed występem na Blue Summer Jazz Festival w Poznaniu – red.) z Brianem Jacksonem, amerykańską legendą i wieloletnim współpracownikiem Gila Scotta-Herona. Jak doszło do tej współpracy?
M.P.: Zaczęło się od tego, że istnieje taki klub na mapie Warszawy – Jassmine. No i tam pracują nad line-upem tego klubu bardzo kumaci ludzie. Grzesiu Dworakowski i Adam Tarasiuk, których serdecznie pozdrawiamy. Jeszcze za czasów jak Brian mieszkał w Stanach, chyba w Portland, udało im się go sprowadzić na koncert do klubu. No i tak jak przegapiłem jakikolwiek koncert Gila Scotta-Herona, tak już Briana nie mogłem sobie darować. Przyjechałem na ten koncert i tam powstało takie pierwsze przecięcie. Wyszło na jaw, że Grzesiu i Adam coś tam kombinowali czy nie moglibyśmy zagrać wtedy jako sekcja Briana. Wynikło jednak, że przywiózł jakichś swoich muzyków, wynajętych z Wielkiej Brytanii. Od tego momentu minęły chyba 2 lata i skracając tę historię, okazało się, że Brian przeprowadził się do Francji z całą rodziną. A to oznaczało, że jest po prostu bliżej. No i się udało.
M.R.: A że jest super człowiekiem, to się po prostu zgodził. Nie boi się wyzwań.
A.L.: To musi być niesamowite uczucie grać z współautorem Pieces of a Man.
M.P.: Dla mnie to jest, jak jakaś wirtualna rzeczywistość, bo jak miałem może 16 lat to ja sobie śpiewałem te utwory i nawet się ich uczyłem. Czasami znam lepiej niektóre teksty od Briana (śmiech),
M.R.: Marek spełnił swoje marzenie, jedno z wielu. Odhaczone. (śmiech)
M.P.: Ale odhacza się cały czas!
A.L.: To już wasz trzeci koncert z Brianem. Będziecie to wydawać na płycie? Chociaż jako live?
J.K.: Te utwory są już skomponowane i wydane. Jedyne co moglibyśmy zrobić to wypracować własne utwory we współpracy z Brianem.
M.R.: Albo spotkać się studiu i nagrać coś nowego. Jakieś tam wstępne plany są.
M.P.: Na razie o tym nie mówimy głośno. To, że gramy razem i iskrzy to jest jakiś znak.
M.R.: Zobaczymy, w którą stronę to skręci. To się samo naturalnie układa.
A.L.: Dzięki waszej muzyce zjechaliście kawał świata i zagraliście masę koncertów. Czy możecie spokojnie utrzymać się z muzyki?
M.R.: Robimy to. Cały czas, przez tyle lat. To nie jest dodatek.
M.P.: Nikt z nas nie pracuje dodatkowo.
M.R.: Głównym źródłem jest muzyka, koncertowanie. Działamy na różnych polach, wszystko, co robimy zarobkowo jest związane z muzyką.
A.L.: Nie w każdym gatunku jest tak samo. U rockowych zespołów w Polsce ciężko się z tego utrzymywać.
M.R.: Jeśli jesteś na totalnym topie, wiesz, typu Behemoth czy Acid Drinkers, to masz szczęście i muzyka cię karmi.
M.P.: Ludzie, którzy nie interesują się jazzem mogą kojarzyć na przykład, kto to jest Leszek Możdżer, ale za chuja nie będą wiedzieć, co to jest EABS. Trzeba się jednak trochę zainteresować i drążyć. Albo przypadek zadecyduje – i ktoś zobaczy, że jazz może być czymś innym.
A.L.: Jakie były wasze najciekawsze koncertowe doświadczenia? Czytałem, że zaskoczyły was pod tym kątem Chiny.
M.R.: Chiny, Korea, Turcja są to kraje, gdzie publika jest bardzo energetyczna. Pogo od pierwszych dźwięków (śmiech). Grecja też super!
M.P.: Pierwszy raz, jak byliśmy w Chinach to była taka sytuacja, że zagraliśmy koncert w Xiamen i prowadziliśmy później master class, warsztaty. Okazało się, że ci młodzi ludzie, jakby grali, improwizowali, grali jazz, ale oni się uczyli z internetu. Nie mieli dojścia do edukatorów. Byliśmy ich pierwszymi instruktorami na żywo.
M.R.: Ale jednak ten dostęp jest ograniczony, a YouTube to jest naprawdę kopalnia wiedzy. Można się tam dowiedzieć ciekawych rzeczy. Chińczycy kochają muzykę, chcą grać, rozwijać się, są chętni do nauki, inspirują się.
J.K.: Dobre doświadczenie koncertowe to też występy na dużych scenach festiwali. Przecinamy się z wieloma wspaniałymi muzykami światowej klasy. Mieliśmy okazję zagrać w Novarze (we Włoszech – przyp. red.) w Jarasum w Korei Południowej. Ale poza tym bardzo lubimy grać w miejscach, gdzie mamy bliski kontakt z publicznością. Możemy porozmawiać po koncercie, np. w lokalnych centrach kultury.

A.L.: Mając tak szeroki kontekst, spytam jeszcze jak oceniacie Polskę na współczesnej, światowej mapie jazzu?
M.R.: To już się wyrównało. Jest taki poziom i młodzi tak dobrze grają, że z roku na rok jest coraz większy progres. Niektórzy mówią, że jest rewers, ale uważam, że tak nie jest. Młodzi mają o wiele większy dostęp do informacji niż kiedyś, kiedy byliśmy w ich wieku. Gdzieś jak była jedna płyta, to każdy słuchał tej jednej płyty, potem pojawił się internet i dopiero wtedy się poszerzyło spektrum informacji. Dzisiaj młodzi mają dostęp do nut, do nagrań, jest YouTube, są lekcje online. Ćwiczyć, bawić się i rozwijać.
J.K.: Jest też bardzo dużo miejsc, gdzie można teraz studiować w Polsce. Nie ma tak wielu studentów, którzy mogliby uczyć się w szkołach w Polsce. Grupa tych studentów rozkłada się na ludzi migrujących na studia, również za granicę.
M.R.: Tylko na studiach muzycznych jest jedna sprawa – jeśli zdajesz na pierwszy rok na jazz to dostaje się jedna, maks dwie osoby. I to jest właśnie tutaj ta zmienna, niż jak idziesz na politechnikę, gdzie masz 30 osób. Te akademie muzyczne nie wypuszczają tak dużo tych muzyków, jak zwykłe studia.
J.K.: Chciałbym, żeby w Akademiach Muzycznych panowało bardziej eklektyczne podejście do muzyki. I pod kątem estetycznym, stylistycznym czy nawet filozoficznym. Bo to można znaleźć w zagranicznych uczelniach, a w polskich jeszcze nie.
M.P.: Edukacja to jest jedno. Nie trzeba w sumie narzekać na ilość ludzi zapalonych do grania, bo to też nie jest dla każdego. Człowiek, który prostu ma jakąś iskrę w sobie – będzie to robił. Problem jest w czymś innym – w promocji kultury. Głównym źródłem, gdzie powinno to być są media publiczne, za które przecież płacimy. I o tym marzę, żeby w źródłach, których słuchają czy oglądają masy trafiała też muzyka, która pochodzi od ludzi i jest dla ludzi.
M.R.: Również improwizowane rzeczy, nie tylko produkowane. Muzyka żywa.
M.P.: I to może pomóc też temu młodemu człowiekowi z iskrą, o którym mówiliśmy. Żeby nie okazało się, że on, czy ona robi coś, czego ludzie nie potrzebują. To jest kwestia edukacji narodu, żeby ludzie czuli taką potrzebę.
M.R.: To jest też jest kwestia inspiracji, bo jeśli ludzie nie wiedzą o czymś – to się nie dowiedzą. Ale czasem, jak im to pokażesz, to mają reakcję „Wow, ale fajne”. Niektórzy przychodzą pierwszy raz na koncert – tak o, z ciekawości – i mówią „nie znałam Was w ogóle, ale po dzisiejszym koncercie jestem fanem”. Po czym bierze autograf i kupuje płytę.
J.K.: Mówi: „Taki jazz to ja lubię”. (śmiech)
A.L.: Jeśli chodzi o tę kwestię wsparcia ze strony zasobów publicznych. Jak sprawa wygląda ze wsparciem ze strony Państwa? Pytam tutaj nie tylko o pokazywanie was w masowych mediach, ale też konkretnie o państwowe wsparcie finansowe do kultury, jak np. dotacje z budżetów kulturowych.
J.K.: Współpracujemy z Instytutem Adama Mickiewicza w ramach programu Kultura Polska na Świecie. To pomaga nam w transporcie i podróżach.
M.R.: Fajnie, że jest współpraca z różnymi krajami. Kolaboracje przynoszą różne zaskakujące rzeczy. To się wszystko miksuje. Dobrze, że to się otwiera i rozrasta.
M.P.: Ale jest w tym jakaś doza niesprawiedliwości. Bo przykładowo, kiedy istnieje budżet jakiegoś miasta, przeznaczony na kulturę, to to, co udaje się nam pozyskać z tego funduszu jest małym promilkiem tego, ile ktoś potrafi zgarnąć swoim sprytem. Jeśli my coś bierzemy to tyle ile nam potrzeba na zrealizowanie jakiegoś celu. Tak powinno to działać. Bo to są pieniądze na kulturę, która jest od ludzi dla ludzi. Ten budżet powinien być sprawiedliwie rozdysponowany. Istnieją przykładowo takie miasta, w których jedna osoba zgarnia większość puli. Często obalają się takie tezy, które my wyznajemy na przykład. Robimy się już coraz starsi i wyobrażamy sobie, jaki jest świat młodszych ludzi, nastolatków. A to, że nie potrafią się skupić, a to, że są zamknięci w tych telefonach, ale coraz częściej się w tym zakresie zaskakuję! Widzę właśnie młodych ludzi, którzy potrafią się skupić.
J.K.: Zapewne są to ludzie, którzy mniej lub bardziej świadomie ograniczają szkodliwe działanie rozpraszaczy. Inaczej nie byliby w stanie angażować się w muzyczną pasję.
A.L.: Ostatni album studyjny jest hołdem złożonym twórczości Tomasza Stańki, obraliście na warsztat płytę Purple Sun. Czy macie obecnie w planach przetworzyć twórczość jakiegoś innego uznanego artysty?
M.R.: Nie ma takich planów na dzień dzisiejszy.
J.K.: Nawet idea na muzykę Tomasza Stańko nie wzięła się z pomysłu nagrania albumu. Miał to być jedynie koncert.
M.R.: Potem z Anią, córką Tomka, z którą się znamy, uznaliśmy, że fajnie byłoby to nagrać. I to nawet u niego w domu.
M.P.: Jakby nie patrzeć to wszystkie te projekty – te nagrania dotyczące interpretacji innych twórców – zawsze to było pewnym przypadkiem, gdzie uznaliśmy, że to jest na tyle dobre, że warto to nagrać. Komeda był robiony pod festiwal filmowy. Sun Ra też był robiony z kolei pod festiwal pianistów jazzowych w Kaliszu. Teraz Stańko był przy okazji wydarzenia Toast Urodzinowy dla Tomasza Stańko, ale dużo było projektów, które nie ujrzały światła dziennego. Na przykład graliśmy Milesa Davisa albo Zbigniewa Seiferta – również świetna muzyka, ale jej z kolei nie wydaliśmy.
A.L.: Warto dodać, że de facto nie gracie po prostu coverów. Bardzo mocno przetwarzacie te utwory na wasz styl, to są jednocześnie czyjeś kompozycje i wasza muzyka autorska. Przepięknie mi to pasuje do nowoczesnego stanowiska reprezentowanego przez samego Stańkę lub Krzysztofa Komedę. Jak wielki wpływ miała ich twórczość na wasze własne podejście?
M.P.: To jest kawał historii przede wszystkim. Jestem dumny z tego jak bogatą kulturę jazzową ma Polska. Kulturę, która przechodziła przez przeróżne wzgórza i pagórki. Były trudne czasy, a głód twórczy sprawiał, że ci twórcy dalej tworzyli. Nie było też dostępu do źródeł, dzięki temu ta muzyka przetworzyła się w jakiś taki dziwny, polski sposób.
M.R.: Michał Urbaniak przywoził ze Stanów płyty, na pewno zainspirował sporo polskich muzyków.
M.P.: O, albo Radio Wolna Europa!
J.K.: Za każdym razem, kiedy słucham polskich artystów jazzowych z różnych okresów, mam odczucie, że to jest odzwierciedlenie jakiegoś konkretnego czasu, zjawisk społecznych. Jakiegoś momentu w historii społecznej. I to jest inspirujące, bo to jest jakiś duch związany z atmosferą czasów. Wyłapywanie takich niuansów bardzo działa na wyobraźnię.
A.L.: Przy okazji debiutu zadaliście pytanie o człowieczeństwo. W opisie na bandcampie można znaleźć nawet stwierdzenie, że dzisiejsze nastroje mogą doprowadzić do zagłady. Czy dzisiaj, po ośmiu latach, oceniacie sytuację tak samo źle?
M.P.: Cały czas żyjemy w końcu świata!
M.R.: Codziennie rano jak odpalam wiadomości to nie jest lepiej. Ale to prędzej czy później dojdzie do ściany i się zatrzyma. Nic nie może przecież wiecznie trwać. Musi to zatoczyć nowe okrążenie. Wiesz, wojna z każdej tej strony. Obecnie trudno coś dobrego można usłyszeć, gdy się słucha lub ogląda wiadomości.
A.L.: Nie jestem pewien, czy to koło będzie się powtarzać tak jak do tej pory. Jednak mamy dzisiaj inne czasy, zwłaszcza pod kątem technologicznym, globalizacji czy przepływu informacji.
M.P.: Ja nie wiem, czy ludzie kiedyś zrozumieją. Jak do tego doprowadzić jak my cały czas jesteśmy wierceni. Żyjemy w czasach okrutnych i bardzo dopaminiarskich. Jest dużo więcej możliwości dopaminiarskich niż, chociażby 20-30 lat temu i wstecz.
M.R.: Tylko, że mózg tego nie przerabia, jest już spuchnięty.
M.P.: No i pytanie, w jakiej kondycji będzie człowiek, kiedy będzie miał ten moment, kiedy będzie w końcu mógł się uwolnić.
A.L.: Bardzo podobało mi się to, że w ramach swojego debiutu sięgneliście po mniej znanego Krzysztofa Komedę. Mam wielu znajomych (również po szkole muzycznej), którzy kojarzą go wyłącznie z najbardziej znanych standardów. A mówimy przecież o artyście wybitnym. Czy nie irytuje was ograniczanie twórczości wielkich artystów do szufladki ze szlagierami?
M.P.: To nas też spotyka, skoro rozmawiamy tyle o pierwszej płycie! Dużo ludzi kojarzy nas właśnie z Komedą. Ale dobrze, że w ogóle!
J.K.: Czy irytuje? Najczęściej ta twórczość, która nie jest promowana jest równie, albo bardziej ciekawa. To mocno subiektywna opinia, ale inne określenie nie przychodzi mi do głowy. Zostawia po sobie bogatsze doświadczenie. Bo oryginalna wersja zaczyna wygasać, kiedy słyszy się tak wiele jej interpretacji w kółko – ale to też jest jakaś droga do kultywowania dokonań artystów.
M.R.: Lubimy robić na przekór. Nie warto chodzić na skróty bo to czasami nie popłaca.
A.L.: Oprócz bogatego doświadczenia EABS, jesteście znani również z zaangażowania w masę innych projektów. Jak wam starcza na to czasu?
M.R.: Nie jest łatwo, ale jakoś próbujemy! Najlepiej się pracuje rano. My pracujemy w weekendy, a ludzie normalni pracują głównie w tygodniu! (śmiech) Najważniejsze, żeby robić to co się lubi, umieć z tego czerpać przyjemność i cieszyć tym.