Arkadiusz Danovski – Akt twórczy jest uważnym lepieniem samego siebie z ducha

Arkadiusz Danovski

Arkadiusz Danovski w swojej twórczości operuje na granicy obrazu i doświadczenia – malarstwo traktuje jako praktykę żywą, rytualną i przemieniającą. W poniższym wywiadzie artysta mówi o inspiracjach płynących ze snów, o znaczeniu rytuału przy pracy oraz o tym, jak tworzenie potrafi zamienić intymne przeżycie w widoczną energię dzieła.

Rozmowa dotyka także zagadnień symbolu i intuicji: jak znaki pojawiają się w procesie twórczym, kiedy narzucają się same, a kiedy wymagają świadomego przywołania; oraz jak obraz może działać nie tylko jako ilustracja, lecz jako talizman wpływający na rzeczywistość. Danovski reflektuje nad relacją formy i treści, rolą błędu i „zepsucia” jako źródeł nowych rozwiązań, a także nad miejscem ciszy – zarówno w życiu, jak i na płótnie – jako warunku wybrzmienia dzieła.

W wywiadzie poruszony zostaje też wątek cielesności: jak obraz oddziałuje na odbiorcę całym ciałem i jak sam akt malowania jest jednocześnie gestem fizycznym i duchowym. Wreszcie – o wielojęzyczności praktyki artystycznej: o punktach stycznych między malarstwem a dźwiękiem, które w projektach Arkadiusza tworzą spójną, transmedialną narrację. Zapraszam do lektury rozmowy, która oddaje sedno tej ścieżki – z wyraźnym poczuciem obecności i głębi.

Artur Mieczkowski

Czarne Słońce
Czarne Słońce

Artur Mieczkowski.: Twoje obrazy balansują między jawą a snem – czy miałeś kiedyś sen, który bezpośrednio zmienił Twoje życie albo kierunek twórczości?

Arkadiusz Danovski: Kiedyś śniło mi się, że byłem ziemią… żywą, ciemną, pulsującą ciepłem. Powoli moja świadomość wynurzała się z niej w górę… spojrzałem w dół i zauważyłem, że moje niekształtne dłonie zanurzają się w glinie. Zacząłem lepić sam siebie… Warstwa po warstwie nakładałem glinę na mięśnie, modelowałem ścięgna, kształtowałem każdy fragment ciała z namaszczeniem, jak rzeźbiarz i tworzywo w jednym. Kiedy obudziłem się, czułem, że we śnie dotknąłem aktu stwórczego w czystej postaci – aktu, w którym twórca i dzieło są tą samą Istotą. Ten sen uświadomił mi, że każdy akt twórczy jest dla mnie właśnie tym procesem… powolnym, uważnym lepieniem samego siebie z ducha, materii i światła.

A.M.: Wspominasz o rytuałach jako o elemencie pracy. Czy tworzysz w konkretnych porach, stanach, albo z wykorzystaniem określonych praktyk duchowych?

A.D.: Zanim dotknę płótna, przygotowuję przestrzeń tak, żeby była spójna z tym, co chcę zrobić. Czasem oczyszczam ją dymem kadzidła i ogniem, czasem dźwiękiem, a czasem ciszą.

Zdarza mi się, że nie zaczynam malować od razu. Czekam na właściwy moment. Kiedyś nie zwracałem na to uwagi, ale zauważyłem, że od kiedy zacząłem wybierać konkretne dni albo fazy księżyca moja praca stała się wyraźniejsza, pełniejsza. Nie traktuję tego, jak ścisły rytuał, ale w pewnych konkretnych momentach czuję większą koncentrację energii. Jeśli obraz ma nieść w sobie jakiś spokój, łatwiej mi go budować w czasie, gdy świat wokół jest wyciszony, najlepiej nocą, jeśli pojawia się na nim jakieś napięcie, czy ruch. Maluję, gdy wszystko jest w fazie przyrostu, kiedy światło i powietrze są bardziej dynamiczne lub kiedy ja sam w sobie czuje się nad wyraz pobudzony.

Baal
Baal

A.M.: Czy kiedykolwiek miałeś poczucie, że obraz, który namalowałeś, coś „przywołał” – energię, zdarzenie, osobę?

A.D.: Obrazy są dla mnie jak talizmany albo sigille – zapisują w sobie określoną energię, a ta prędzej czy później znajduje sposób, by zamanifestować się w jakimś świecie… czasem nawet w naszym, namacalnym. Bywało, że po ukończeniu pracy w moim życiu pojawiały się osoby czy zdarzenia, które wnosiły dokładnie ten rodzaj energii, o którym świadomie lub nie, opowiadał obraz. 

Czasami te powiązania są subtelne – jak rozmowa, która otwiera nowe spojrzenie, czy  spotkanie kogoś w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Innym razem są bardziej bezpośrednie jak wydarzenia, które w pewien sposób odzwierciedlają scenę lub symbol obecny na płótnie. Dlatego malowanie traktuję z pewną ostrożnością, ponieważ, gdy coś zostanie zapisane na obrazie, może znaleźć drogę, by wejść w obieg rzeczywistości.

A.M.: Współczesna sztuka flirtuje z ezoteryką powierzchownie. Jak odróżnić autentyczne doświadczenie duchowe od estetyki „uduchowionej”?

A.D.: Estetyka duchowa jest jak maska, może wyglądać pięknie… ale pod nią nic nie oddycha. Doświadczenie duchowe nie potrzebuje publiczności, bo istnieje samo w sobie… Jest jak rana i światło jednocześnie, boli i transformuje, a jego skutków nie można już cofnąć. Kiedy patrzę na jakieś obrazy, słucham jakichś dźwięków, czy w inny sposób obcuję z szeroko pojętą sztuka to czuję, czy jego energia jest wynikiem przeżytego doświadczenia, czy tylko stylizacji. Prawdziwe duchowe przeżycie zostawia ślad w aurze twórcy i w polu obrazu… nawet odbiorca, który nie zna języka symboli, wyczuje to podskórnie.

A.M.: Twoje życie dzieli się między światami Wschodu i Zachodu. Czy odnajdujesz most między duchowością buddyjską a własnymi słowiańskimi korzeniami?

A.D.: Co prawda mapa mojej duchowości jest nieco… chaotyczna. Od kiedy pamiętam flirtowałem z różnymi filozofiami, religiami czy doktrynami. Myślę, że ten most istnieje we mnie od dawna. Nie muszę go konstruować, raczej odkrywam go kawałek po kawałku, ciągle będąc jeszcze aktywnym na tym Polu. Oczywiście każda moja duchowa przygoda zostawiła swój (czasami wyraźny) ślad w mej prywatnej, wciąż piszącej się mitopei. Buddyzm przemówił do mnie tylko na pewnych poziomach, ale nauczył mnie ciszy, obecności i… spojrzenia w głąb Pustki bez lęku.

Podobnie jest z religiami pogańskimi. Kiedyś miałem okres żywszego zainteresowania duchowością słowiańską, ale dzisiaj już nie rozgraniczam… Traktuję na równi starożytne Byty i nie widzę żadnego dysonansu, gdy nocą palę kadzidło i czarną świecę Matce Kali, o poranku z zachwytem obserwuję narodziny Ra, a podczas burzy wypatruję błyskawicy – orężu bojowego naszego Peruna.

Psychopomp
Psychopomp

A.M.: Jak wygląda Twoja praca z symbolem – czy to on przychodzi do Ciebie, czy to Ty go wywołujesz?

A.D.: Symbole to żywe formy obecne w świecie wyobraźni, więc żyją własnym życiem. Trochę jak w komiksie Promethea Alana Moore, gdzie masz pięknie pokazany cały ten magiczny świat wyobraźni.

Czasem symbole same wpadają… we śnie, w jakimś dziwnym układzie chmur, czy w przypadkowym słowie, które akurat gdzieś usłyszę. A czasem trzeba je bardziej „wywołać”: poczytać coś, zamknąć się w ciszy, wejść w medytację. To nie jest proces zero-jedynkowy, raczej taki dialog… raz ja szukam znaku, a raz znak znajduje mnie.

Zdarza się też, że pojawia się Wizja. Wtedy nagle, jakby ktoś odsłonił przede mną kadr z innego świata. W takiej chwili symbol nie jest już tylko ideą, tylko czymś, co ma własny ciężar i wymaga materializacji.

A.M.: Czy kiedykolwiek czułeś, że malujesz „za kogoś” – że jesteś tylko narzędziem dla jakiejś siły lub przekazu?

A.D.: Są momenty, kiedy malowanie przestaje być świadomą decyzją, a ja sam staję się jedynie kanałem, narzędziem w rękach siły, której imienia nie znam. Kiedy nie maluję intencjonalnie, oddaję swoje dłonie pod obce prowadzenie. Cały proces zaczyna się od czegoś zupełnie prostego… wybieram jeden kolor, czasem dwa, kładę je na płótno, mieszam je… tworzę plamy bez planu i bez żadnej kontroli. Obracam płótno, patrzę z boku, z dołu, odwracam je do góry nogami. W tych przypadkowych zestawieniach barw i kształtów zaczynam dostrzegać coś znajomego… jakiś fragment sylwetki, cień twarzy, kontur istoty. Wtedy „wyciągam” ją na powierzchnię, dopowiadam szczegóły, wydobywam z tła. Kiedy jest gotowa, proces zaczyna się od nowa, znów plamy, znów poszukiwanie, znów wydobywanie tego, co chce się ujawnić. 

W ten sposób powstają prace, które bywają jak mozaiki złożone z fragmentów pochodzących z różnych rzeczywistości, jak układanki, w których każdy element przywędrował z innego świata, a jednak spotykają się na jednym płótnie, tworząc wspólną opowieść. To są najczystsze momenty twórczości. Wtedy moje „ja” znika, a zostaje tylko akt przekazywania. Zdarza się, że po ukończeniu pracy patrzę na obraz i czuję, że nie mam prawa mówić „to ja go namalowałem”, bo jestem tylko przejściem, przez które To przyszło.

Czarny Saturn z jego synem w towarzystwie żywiołów
Czarny Saturn z jego synem w towarzystwie żywiołów

A.M.: W sztuce często pojawia się napięcie między formą a treścią – czy u Ciebie forma może być także treścią?

A.D.: Czasem mam wrażenie, że odbiorca reaguje najpierw właśnie na tę bazę, na czystą formę. Patrzy na obraz i na początku widzi tylko jakieś plamy, linie, układ kolorów. Ale ciało i podświadomość już pracują, zanim umysł w ogóle zacznie się zastanawiać, co to „znaczy”. Dopiero później pojawia się narracja, interpretacja, cała ta „opowieść”. A dla mnie najciekawsze jest właśnie to pierwsze uderzenie. Moment, w którym obraz działa, zanim zostanie objaśniony.

Może ma to związek z tym jak ludzie od zawsze odbierali świat. Przecież zanim pojawiły się słowa, patrzyliśmy i czuliśmy rytmy, kontrasty i symetrie. W ten sposób porządkowaliśmy swoja rzeczywistość i cały czas działa to bardzo podobnie. Zanim zrozumiemy historię przedstawioną na obrazie, nasze ciało już reaguje na kompozycje, kolory, finezje linii.

A.M.: Czy Twoje obrazy działają na Ciebie po czasie? Zmieniasz się, wracasz do nich – co wtedy czujesz?

A.D.: Bardzo rzadko wracam do skończonych obrazów na poziomie emocjonalnym…jak już minie taki wewnętrzny vibe, traktuję je jak zamknięte rozdziały. Zawsze mnie ciekawiło bardziej to, co będzie… niż to, co już było. Nie jestem sentymentalny, staram się być obecny Tu i Teraz. Oczywiście zdarza mi się patrzeć na swoje stare prace i dostrzegać w nich jakieś cienie dawnych emocji… ale to sporadyczne przypadki. 

A.M.: Jaką rolę w Twoim malarstwie odgrywa cielesność – czy ciało (Twoje lub widza) jest nośnikiem duchowego przekazu?

A.D.: Ciało jest pierwszym, najbardziej pierwotnym instrumentem odbioru. Jest też przestrzenią, w której zapisuje się to, co niewidzialne. To przez ciało przechodzi pierwszy impuls, zanim jeszcze dotrze do umysłu. Odbiorca może nie znać kontekstu obrazu, może nie rozumieć symboliki, ale jeśli jest na niego otwarty to poczuje subtelne napięcie… jakieś ciepło, dreszcz… cokolwiek. Wtedy jest ten moment, w którym obraz zaczyna „mówić”, zanim w ogóle zostanie „odczytany”.

Dla mnie samego proces malowania jest też cielesny. Nie maluję z dystansu, jestem blisko płótna… wchodzę w jego przestrzeń. Ruch ręki, nacisk pędzla, tempo oddechu, nawet sposób, w jaki stoję , czy siedzę, to wszystko zostawia w obrazie ślad. Czasami czuję, że moje ciało reaguje jak podczas tańca albo walki, zmienia postawę, napięcie, kierunek ruchu. Malując, nie oddzielam się od tego, co tworzę. Mój kręgosłup, ramiona, oddech, to wszystko jest częścią kompozycji.

Widz odbiera obraz nie tylko oczami, ale całym sobą. Barwa może działać na puls serca, kompozycja wpływać na rytm oddechu, a linia na napięcie mięśni. To są bardzo subtelne mechanizmy, ale one istnieją i są uniwersalne. Dlatego cielesność nie jest dla mnie dodatkiem do duchowego przekazu. Jest jego bramą. Można wejść w obraz przez symbolikę, przez intelekt, przez historię, ale można też wejść po prostu przez to, że ciało mówi „coś się we mnie poruszyło”.

A.M.: Czy sztuka może być terapią duchową? I jeśli tak – to dla kogo? Twórcy, odbiorcy, czy czegoś „trzeciego”?

A.D.: Myślę, że sztuka ma w sobie potencjał terapeutyczny, ale nie w takim prostym, „techniczno-klinicznym” sensie. To raczej przywracanie kontaktu z czymś, co zostało utracone… Z harmonią, ze Źródłem, z poczuciem jakiegoś sensu.

Dla twórcy proces może być oczyszczający, bo pozwala wydobyć z wnętrza coś, co trudno byłoby wyrazić inaczej. Jeśli działa się uczciwie, bez udawania, bez “żądzy rezultatu” to sztuka staje się formą autoterapii.

Dla odbiorcy sztuka też może być impulsem do otwarcia. Nie chodzi o to, by „zrozumieć” dzieło, ale żeby się na nie wystawić, przejrzeć jak w zwierciadle… pozwolić mu działać na emocje, wyobraźnię, ciało. Każdy widzi w nim coś innego, bo każdy z nas niesie inny bagaż przeżyć.

Ale myślę, że jest też coś „trzeciego”, co wykracza poza indywidualne doświadczenie. Sztuka potrafi oddziaływać na przestrzeń samą w sobie… zmieniać atmosferę miejsca, wprowadzać do niego pewien rodzaj energii, czy skupienia. Obraz zmienia energię miejsca… skupia uwagę. Potrafi też działać na poziomie zbiorowym, dotykając czegoś, co łączy ludzi w jeden organizm. W takim sensie obraz nie jest już tylko osobistym wyrazem ani indywidualnym przeżyciem, ale staje się punktem rezonansu dla wspólnoty, dla całej sieci, którą stanowimy. Widziałeś, co dzieje się w Louvre przed obrazem Mona Lisa?

A.M.: Czy jest jakiś obraz, którego nigdy nie odważyłbyś się namalować?

A.D.: Nie wiem, czy mogę to nazwać trwogą, raczej czymś w rodzaju wewnętrznej niechęci. Nie chodzi o to, że istnieje temat absolutnie zakazany, którego nigdy bym nie tknął. Chociaż nie lubię makabry… Na moich obrazach nigdy jej nie ma. Chodzi bardziej o to, że nie wyobrażam sobie malować czegoś, co nie wypływa ze mnie samego. Na przykład portret na zamówienie, czy jakiś landszaft – to zupełnie nie moja droga. Oczywiście, zdarza się, że robię tatuaże i tam muszę wejść w ramy czyjejś wizji, bo taka jest specyfika tej sztuki. Ale malarstwo to inna przestrzeń… tu nie ma kompromisu, nie ma zlecenia do wypełnienia. Nie traktuję malarstwa jako rzemiosła, raczej jako zapis Obecności.

Decadence I
Decadence I

A.M.: Jak wygląda Twoja relacja z błędem, pomyłką, „zepsuciem” obrazu? Czy są one częścią ścieżki duchowej?

A.D.: W moim procesie nie ma czegoś takiego, jak wstępny plan. Trudno mi więc mówić o błędzie w klasycznym sensie. Nie zaczynam od gotowej wizji, którą muszę wiernie odtworzyć, bo obraz rodzi się na bieżąco, z plam, przypadkowych gestów, nakładających się warstw.

Kiedy więc coś idzie „nie tak”, traktuję to raczej jako wskazówkę. Nieraz właśnie ten moment, który z zewnątrz wygląda jak zepsucie, otwiera mi zupełnie nową drogę. 

Dzięki temu praca staje się bardziej dialogiem niż realizacją planu. Czasem linia, która wyszła krzywo albo kolor, który zupełnie nie pasuje, okazuje się punktem przełomowym. Jest portalem, przez który wchodzi cała nowa warstwa znaczeń.

A.M.: Czym dla Ciebie jest cisza – w życiu i w obrazie?

A.D.: Cisza jest przestrzenią, w której coś może naprawdę wybrzmieć. W życiu jest jak pranajamiczna kumbhaka, moment wstrzymania oddechu, krótka chwila zawieszenia bez nadmiaru bodźców i hałasu z zewnątrz, w której mogę poczuć, że jestem w pełni obecny.

W obrazie cisza działa podobnie. Puste miejsca na płótnie są jak pauzy w muzyce… to w nich widz ma przestrzeń, żeby wejść ze swoim spojrzeniem i dopowiedzieć coś od siebie. Czasem cisza potrafi wybrzmiewać mocniej niż najbardziej intensywny kolor.

Bez ciszy nie ma rytmu. W malarstwie buduje napięcie, wprowadza oddech i daje szansę, żeby obraz naprawdę zadziałał. Nie tylko zresztą na poziomie wizualnym, ale też emocjonalnym. Bez ciszy wszystko się rozpada, bo brakuje punktu odniesienia.

A.M.: W swoim muzycznym projekcie KIA KARMA tworzysz muzykę ambientową jako dźwięki do wnętrza – czy traktujesz dźwięk podobnie jak obraz? Czy proces ich powstawania różni się duchowo lub energetycznie?

A.D.: Dla mnie wszystko, co tworzę – czy to obraz, dźwięk, rzeźba, czy słowo – jest elementem jednej większej układanki. To różne dialekty tego samego języka. W obrazie zapisuję przestrzeń, a w muzyce zapisuję czas.

Kiedy maluję, pracuję z ciszą, kolorem i gestem. Kiedy tworzę muzykę, rzeźbię powietrze falami dźwięku. Ale oba procesy mają wspólny rdzeń – to bycie obecnym i otwartym. Pozwalanie, żeby coś się wyraziło przeze mnie. Oba medium pełnią funkcję talizmanu, zakodowanego zapisu energii, intencji i Wizji. Utwory, takie jak Inferior Conjunction Venus & Mercury są nie tylko kompozycjami, ale również kosmicznymi rytuałami, odwołującymi się do astronomicznych układów i ich duchowej symboliki. 

Myślę o tym w kategoriach multisensoryczności. Obraz działa na oko i ciało, muzyka na ucho i wyobraźnię – ale w końcu spotykają się w tym samym miejscu. To trochę jak równoległe ścieżki, które prowadzą do jednej przestrzeni.

A.M.: Jaką rolę odgrywa muzyka w Twoim codziennym życiu – poza twórczością?

A.D.: Muzyka jest jak oddech. Coś, co towarzyszy mi na różnych poziomach. Czasem jest tylko tłem do zwykłych czynności, jakby nastrojem, który ustawia dzień. Innym razem staje się przewodnikiem, w medytacji, w pracy z oddechem, w malowaniu.

Jest też cisza, która działa równie mocno jak dźwięk. Cisza wybrzmiewa… Bez niej muzyka nie ma napięcia. Cisza pozwala odróżnić, co naprawdę brzmi. To tak jak w obrazie, gdzie pusta przestrzeń nadaje sens formie.

Sam tworzę muzykę, więc wiem, że to nie tylko odbiór… to także kształtowanie własnego pola, własnego rytmu. Ale muzyka innych twórców też na mnie działa… jest jak egregor, jak wspólne pole energii, w które się wchodzę i które potrafi zainspirować albo popchnąć w stronę, której sam bym nie znalazł. Słucham właściwie każdego rodzaju muzyki, więc to spektrum doświadczania jest dość szerokie.

A.M.: Czy widzisz relację między strukturą obrazu a strukturą utworu muzycznego? Czy kiedykolwiek próbowałeś „namalować dźwięk” albo „usłyszeć obraz”?

A.D.: Relację widzę, ale nie wprost. To nie jest tak, że obraz można przełożyć na nuty, a muzykę na kolory. Bardziej chodzi o podobny sposób organizowania energii. Oba światy mają swój rytm, swoje napięcia i swoją ciszę. W obrazie tym rytmem są linie i kontrasty, w muzyce są frazy i pauzy.

Zdarzało mi się malować pod wpływem jakiegoś utworu, który długo we mnie rezonował. Nie próbowałem „namalować” samego dźwięku, ale raczej to, co we mnie wywoływał… jakąś emocję. I odwrotnie, przyglądając się obrazowi, mam czasem wrażenie, że ma w sobie własną dynamikę… coś jakby wewnętrzną melodię, której nie trzeba słyszeć uchem, tylko czuje się ją całym sobą. Obraz i muzyka nie stają się sobą nawzajem, ale mogą się spotkać w mojej wyobraźni. I to spotkanie bywa najciekawsze, bo pokazuje, że różne formy sztuki są tylko różnymi drogami prowadzącymi do tego samego Źródła.

Nie wykluczam jednak kiedyś nagrania jakiegoś utworu, który będzie bezpośrednio opisywał któryś z moich obrazów. Myślę, że byłoby to kolejne ciekawe doświadczenie… usłyszeć Czarne Słońce.


Galeria w ANXIOUS

danovski.pl
Instagram
Bandcamp

Postaw mi kawę na buycoffee.to