Maple Death Records / LP/DL / 2025

Są płyty, które przychodzą do nas jak wiatr – delikatnie, prawie niezauważalnie – ale zostają na długo, zostawiając ślady nie w pamięci, lecz w czymś znacznie głębszym. Rosa di Luce duetu WOW to właśnie taka płyta. Intymna, naga, bezbronna – i dlatego tak silna. Nie potrzebuje konceptu, metafor, zgiełku. To muzyka stworzona w cieniu codzienności, wśród zmęczonych poranków i prostych gestów, w domu i na kempingu, wśród szumu trawy i łez.
W centrum tej opowieści jest nowe życie – narodziny dziecka, nowa rodzina, nowy język, który dopiero się rodzi, kształtuje, kruszy stare schematy. WOW nie ujarzmiają tego ani nie próbują opisać – po prostu pozwalają, by to wszystko przemówiło. Bezpretensjonalnie, z czułością, z pełnym zaufaniem do procesu. To otwarte okno – czasem pełne światła, czasem zamglone, zawsze autentyczne.
Głos Chiny jest tu przewodnikiem – pełen kruchości, lecz jednocześnie hipnotyzujący, jak szept, który nagle rozbrzmiewa echem wewnątrz nas. Każde słowo niesie więcej, niż mówi. Jej śpiew nie ozdabia melodii, odsłania je – tak jakby odwracała się od mikrofonu, a mimo to docierała do samego środka. Z kolei gitara Leo Non’a działa jak cienista rama – surowa, ale oddychająca, prowadząca utwory przez pejzaże, które przypominają i Apulię i sen.
Rosa di Luce to album zbudowany z „małych rzeczy”, z porzucenia wszystkiego, co zbędne. Czasem wydaje się, że wszystko tu rozgrywa się poza zasięgiem naszej uwagi – delikatne saksofony, pogłos kroków, echo rozmów. A jednak to właśnie w tym milczeniu, w tych niedopowiedzeniach, dzieje się najwięcej. Szczególnie Le Montagne e Noi wydaje się kulminacją tej estetyki – utwór wybrzmiewający między lasem a niebem, między tradycją a duchowością. Subtelne aranżacje Ryana Spring Dooleya i Alessandry Lazzarini pojawiają się niczym przeczucie, a nie element kompozycyjny. Jakby muzyka oddychała razem z wykonawcami.
WOW pozostają jedną z tych formacji, które nie podążają za niczym – ani modą, ani sceną, ani oczekiwaniami. Ich brzmienie wydaje się wyrastać z włoskiej tradycji muzycznej – tej melancholijnej, surowej, poetyckiej – ale nie jest jej kontynuacją. Raczej odnalezieniem własnej ścieżki gdzieś pomiędzy Branko Matają, Alice Coltrane a Emahoy Tsegue-Maryam Gebru. Muzyka nie z tego świata, ale zakorzeniona w codzienności, jakby opowiadała o rzeczach, których nikt inny nie potrafi wypowiedzieć.
To płyta o pamięci. O tym, co zostaje, kiedy wszystko inne odpada. O tym, kim jesteśmy naprawdę – jak ocean, który nie potrzebuje wyjaśnień, bo po prostu jest. Rosa di Luce nie świeci mocnym światłem, ale żarzy się wewnętrznie, cicho. I dlatego nie sposób jej zapomnieć. Muzyka, która zabrała mnie od pierwszych dźwięków na wspomniany ocean, bez wyjaśnień.
Data wydania: 20 czerwca 2025
Artur Mieczkowski