Tuleje – Puste Ulice

Gusstaff Records / Don’t Sit On My Vinyl /  LP/CD/DL / 2024

Anxious magazine Tuleje Puste Ulice

Jeszcze mi kurz nie opadł na zwojach po zawierusze, jaką wywołały niepozornie nazwane Ciche Miejsca…  Wracam do nich ciągle i wracam, „gryząc miasto” o przeróżnych porach dnia i nocy. Na przekór ludowej konwencji, utwory bardzo dobrze pasują do przestrzeni miejskich, dodając tam i ówdzie elementy, których brak krajobrazowi. Puste Ulice natomiast, mimo ewidentnych wpływów regionalnych tradycji, są z miasta – widać to, słychać i czuć. Mamy tu więc do czynienia z dziełem spójnym samym w sobie, acz korespondującym w jakiś sposób z poprzednim wydawnictwem. Drugi album zakrawa na sequel, jak to mówią w kręgach filmowych. 

Idąc dalej tokiem charakterystyki porównawczej, będącym tu najlepszym sposobem na upamiętnienie obu albumów (o poprzednim nie miałam szansy napisać, więc oszukuję system, jestem zła i podstępna), o ile teksty Byliny, Dziczki, Grzybni itd. miksowały pędy, gałęzie, korę i plechy z częściami ludzkiego ciała za pomocą niemal medycznego języka, o tyle w wierszach „ulicznych” mamy do czynienia m.in. z personifikacją miejskiego krajobrazu (w tym pojazdów) oraz wnętrz. Poezja Gosi Zagajewskiej jest dla mnie w ogóle masztem i sterem w Tulejach. Wersy jej utworów cechuje niezwykła i niemal palpacyjna zmysłowość, która do mnie przemawia i trafia, radząc sobie doskonale bez tej (wszechobecnej ostatnio) krasnolicej przaśności. Ów sensualizm (i ogromna jego świadomość) jest pociągający bez makijażu, czy rekwizytów i nie krzyczy „weź mnie”. Słowa wiją się i zapuszczają korzenie, odważnie i zupełnie bez kija w dupie igrając z rzeczywistością, chociażby przypisując martwym przedmiotom premedytację. 

Odnoszę wrażenie, że świat roślin jest łącznikiem pomiędzy tymi dwoma dziełami i zajmuje jakieś szczególne miejsce w życiu autorki. Zdaje się również być doskonałym nośnikiem emocji i zdarzeń, niemal środkiem wyrazu. Jednocześnie miasto, będące środowiskiem życia, staje się bytem samym w sobie. Wybaczcie, poświęcam warstwie lirycznej tak wielką atencję, bo nie zdarza się często, że jest ona w stanie odwrócić moją uwagę od dwóch, bądź co bądź bardzo lubianych i szanowanych „źródeł hałasu” – ukłon w stronę Szanownych Panów. 

Przecież Kurek i Wójciński są w świecie muzyki improwizowanej zarówno nowej, jak i dawnej, a zdecydowanie niełatwej bardzo poważanymi personami. Styl użytkowania perkusjonaliów przez Wojtka porwał mnie już w Chryste Panie, gdzie gra zupełnie, jakby robił to od urodzenia, jakby pod wpływem jakiejś prymitywnej siły, która czerpie pomysły na rytm z samego jądra ziemi. I żeby nie było, przez podłogę od stóp wbija w ciało pnąc się do samego czubka głowy. Wójciński zaś w folkowym Polmuzie dawał upust transowym zapędom eksploatując (uwielbiany przeze mnie) kontrabas na wszystkie możliwe strony i struny. Słowa Gosi z Gosi zaś wylatują komplementarnie do wszystkich tych dźwięków z obydwu źródeł bezpardonowo zaznaczając, że są jej własne, mimo że momentami wskakują w usta Ksawerego, który to, zdaje się, lubi sobie nimi bezwstydnie pomanipulować. 

Tulejowy skład jest doskonały, jakby był dziełem natury, a spojrzenie Szanownych Artystów na „folklor” jest sprawiedliwe i spójne z moim spojrzeniem. Muzyka, która płynie spod ich kończyn i gardeł brzmi surowo, smakuje jak tatar i nie cofa się przed żadną inwazją. Wdziera się przez pępek do brzucha jak ten bluszcz, rośnie i wzmacnia rdzeń.

Data wydania: 24 kwietnia 2024

Marta Podoska