Oskar Tomala – Window Forms

Room40 / DL / 2026

Anxious magazine Oskar Tomala – Window Forms

Window Forms to już drugi, solowy album Oskara Tomali, muzyka z Gdańska tworzącego w estetyce elektroakustycznej. O ile jego pierwszy album Architecture Resonances osadzony był mocno w anturażu freejazzowo-akustycznym (z wieloma warstwami selektywnie brzmiących instrumentów, od szarpanych po dęte), tak tegoroczna płyta jest projektem znacznie bardziej elektronicznym, zbliżonym stylistycznie do space ambientu.

Zgodnie z opisem twórcy, Oskar rozpoczął tworzenie znajdujących się na płycie kompozycji podczas studiów w duńskim Rytmisk Musikkonservatorium, w Kopenhadze. Eksperymenty z akustyką wewnątrz opuszczonego więzienia Vridsløselille skłoniły go najprawdopodobniej do powolnej, roztaczającej atmosferę melancholii i rozmachu struktury tych utworów.  Cztery tytuły, podobnie jak symbolizowane przez nie utwory, układają się w nieco abstrakcyjną, ale spójną całość. 

Rozpoczynające album a word that explains what you hear zaczyna się spokojnie, wręcz onirycznie. Pojedyncze plamy syntezatorów łączą drone’owe ukojenie z kolejnymi warstwami dźwięku. Nawet podczas narastającego od drugiej połowy crescendo nigdy nie mamy do czynienia z oddaniem się hałasowi. Precyzyjne dźwięki łączą się z eterycznym, ukrytym w miksie głosem islandzkiej wokalistki Björg Catherine Blönda, a pojedyncze dźwięki perkusji, gościnnie występującego tu Aleksandra Wnuka, połączone w całość z precyzyjnie rozłożonym, przesterowanym hałasem sygnalizują rozpoczęcie kolejnego już rozdziału o tytule when the noise whispers more than one sentence at a time

To bardziej moment przejściowy, zapowiedź hipnotycznych i bardziej hałaśliwych pejzaży dźwiękowych połączonych z odgłosami fal w kolejnym utworze, o tytule and the last rays of sunshine are drawn on your hands. Z kolei wieńczące całość you fall down and get up, and so on and so forth zdają się być celowo hipnotyzującym epilogiem i początkiem jednocześnie. Podobnie jak tytuł o niemal poetyckim wydźwięku, powtarzający się drone tytła nas w przeczuciu nieuchronnego powtórzenia doświadczenia. Pewnej stałości wynikającej z powtórzeń rytualnego stanu, który w założeniu stały nie jest.

To płyta zwarta i dokładna. O niemal lirycznej delikatności, ale bez popadania w przepych atakowania słuchacza hałasem. Wszystko jest tu dokładnie wyważone. Osobiście wolałbym, żeby album był dłuższy, ponieważ jego narracyjna rozpiętość daje znacznie większy potencjał niż czas jego trwania (niespełna 37 minut). Nie zmienia to faktu, że płyta jest doświadczeniem angażującym i ciekawym. Wolę więc myśleć o moim niedosycie w kategorii zniecierpliwienia na kolejne dzieła artysty.

Data wydania: 22 maja 2026

Adam Lonkwic