Eskaton, Dais Records / LP/CD/DL / 1998

Time Machines traktuję bardziej jako urządzenie, mechanizm niżeli album z muzyką. Mechanizm do rozciągania czasu (nie wędrówki w przeszłość czy przyszłość), rozpuszczania świadomości i zmiany stanu skupienia umysłu. Coil – wówczas w konfiguracji John Balance, Peter Christopherson i Drew McDowall – stworzyli dzieło, które nie mieści się w żadnej tradycyjnej kategorii (które pierwotnie nie miało być podpięte pod linię stwarzania pod szyldem Coil). Oczywiście można odwoływać się choćby do minimalistycznej spuścizny La Monte Younga. Panowie nigdy nie ukrywali inspiracji minimalistycznymi, hipnotycznymi praktykami, w których długie drony i mikrotonalne modulacje potrafią przemieniać percepcję, a “kosmische electronica” ich przepełnia. Drew McDowall wielokrotnie wspominał, że Young był kluczowym punktem odniesienia dla nich wszystkich. Jeśli Musick to Play in the Dark było nocną liturgią, Moon’s Milk rytuałem natury, a Horse Rotorvator metafizycznym krzykiem, to Time Machines jest czystą, laboratoryjną esencją ich obsesji: dronem – portalem. Wyizolowanym impulsem, który działa jak psychoakustyczna substancja.
Album składa się z czterech długich kompozycji, a każda z nich nosi nazwę chemicznego związku psychotropowego (w nawiasach bardziej potoczne nazwy) – 7-Methoxy-β-Carboline (Telepathine), 2,5-Dimethoxy-4-Ethyl-Amphetamine (DOET), 5-Methoxy-N, N-Dimethyl (5-MeO-DMT) i 4-Indolol…Phosphate Ester (Psilocybin). Time Machines świadomie potraktowali te utwory jak analogie do działania konkretnych substancji: powolne, modulujące drony mają funkcję, nie tylko formę. Zmienny puls, przemieszczenie częstotliwości, delikatne interferencje – wszystko to ma działać jak indukowanie “time slippage”, drobnego pęknięcia w percepcji, które pozwala zanurzyć się w inną oś czasową. To muzyka do poddawania się.
Wpływ Drew McDowalla jest tu fundamentalny. Jego wczesne demówki – surowe, modularne szkice – stały się szkieletem Time Machines. McDowall rozumiał drone nie jako ambientowy background, ale jako substancję akustyczną, która zmienia temperaturę pomieszczenia. Coil przetworzyli jego idee, wyostrzając je w ekstremum: minimalizm, który stał się totalny. Długie, jednostajne ciągi syntezatorowe wcale nie są statyczne – przeciwnie, drobne fluktuacje fazy, powolne modulacje, niemal niezauważalne szumy działają jak mikroruchy, jak skurcze świadomości.
Każdy utwór to konkretny stan psychiczny. Inne spojrzenie poza rzeczywistość.
Telepathine – to fale rezonansu, które nie tylko wchodzą w ciało, ale zdają się je kształtować. Można odnieść wrażenie, że słuchacz unosi się na subtelnych drganiach, jakby twórcy chcieli zsynchronizować jego puls z rytmem planety. To uczucie pierwotności nasuwa skojarzenia z długimi ceremoniałami – rytualna, hipnotyczna struktura dronów przypomina muzykę tybetańską, której efekt modlitewny ma przenikać świadomość.Telepathine to punkt wyjścia – wejście w przestrzeń, w której ego się rozpuszcza, a czas zaczyna tracić swoją liniowość.
DOET to utwór, który wprowadza niepokój, ale nie agresywny, natarczywy – to dron okupujący cienistą część umysłu. Jego metaliczna barwa brzmi jak ostrzegawcza syrena, jak głos podświadomości wołający z wnętrza głowy. Wibruje, pulsuje, przypomina, że jesteśmy jednocześnie obserwatorami i uczestnikami tej dźwiękowej alchemii. Ten moment to przecięcie – granica między „teraz” a „potem”, między fizycznym istnieniem a psychoaktywnym dryfem. To przestrzeń, gdzie muzyka staje się narzędziem introspekcji, pomijającym środek estetyczny.
W 5-MeO-DMT podróżnicy budują most do doświadczeń najbardziej rozświetlonych i terapeutycznych. Dron pracuje tu jak pulsująca komnata światła, w której lekkość wysokich częstotliwości pozwala poczuć, że granice ciała i umysłu zaczynają się rozmywać. Brzmienie staje się wizją: nie tylko słychać, ale „widać” dźwięk we własnej świadomości. Ten fragment albumu to stan niemal mistyczny – chwila, w której można dojść do pełnego „zaniku ja”, poczuć się przez chwilę czystą energią, falą światła, nieobciążoną cielesnością.
W Psilocybin docieramy do najgłębszego punktu tej podróży: dźwięk opada i jednocześnie unosi się, przypominając oddech istoty innej niż człowiek, innej niż cokolwiek znanego. To spotkanie z czymś mitycznym, nie-ludzkim, może dawnym bogiem albo pradawnym duchem. Modulacje i ślady zakłóceń tworzą spiralę, która nieustannie się rozwija, można być jej częścią i zarazem obserwatorem. To katharsis, ale też przemiana, bo po tej spirali nie wraca się już jako ta sama istota. W tym zmiennym, dronowym oddechu Coil proponują moment transcendencji, moment, w którym czas się zawiesza.
Właśnie w tych czterech „substancjach” kryje się geniusz Coila – bo wiadomym po latach jest, kto stworzył tą Kapsułę Czasu. Słuchasz ich nie jak utworów, ale jak efektów ubocznych pewnego procesu. Time Machines działa tak, jak działają te związki – spowalnia, rozciąga, wciąga w psychiczny tunel.
Album nie jest przyjazny w stricte tego słowa znaczeniu – nie podaje narracji, nie prowadzi za rękę, w tradycyjnym znaczeniu, ale otwiera przed nami przestrzenie, w które możemy sami podążać – co ciekawe, za każdym razem te opcje mogą być inne, za każdym razem nieznane. Dźwięki te dają przestrzeń – przestrzeń tak gęstą, że zmienia sposób, w jaki słyszysz ciszę po jego zakończeniu. Zawsze mam wrażenie, że po Time Machines świat jest lekko przesunięty, jakby coś we mnie osiadło wolniej niż reszta otoczenia. To doświadczenie medytacyjne, ale też trochę niepokojące. Coil wiedzieli, że dźwięk może być narzędziem, może być rytuałem – i tu użyli go w najbardziej ascetycznej i jednocześnie najskuteczniejszej formie.
Nie da się też przecenić roli McDowalla. Jego późniejsze solowe albumy – pełne dronów, analogowych przepływów, psychotropowej głębi – są bezpośrednią kontynuacją tego, co zapoczątkowano na Time Machines. To płyta, która w równym stopniu jest dziełem Coila, co jego własnej wrażliwości. A jednocześnie jest to muzyka całkowicie „bez-ego”: pozbawiona autorskiego podpisu, działająca jak (anty)dźwiękowy lot w nieznane.
Trudno mówić o tej płycie w klasycznych kategoriach. Nie ma tu „najlepszego utworu”, nie ma momentów kulminacyjnych. Time Machines jest jedną ciągłą linią – jak wewnętrzna podróż, której nie pamiętasz, ale czujesz jej skutki. To album, który próbuje zawiesić czas, nadać mu inną fakturę. Sprawić, by płynął inaczej. Twórcy sami mówili o „4 tonach, ułatwiających podróż przez czas”.
Dla mnie – i chyba dla wielu fanów Coila – jest to dzieło graniczne. Taki rodzaj muzyki, którego nie włącza się przypadkowo. Który otwiera przestrzeń do introspekcji, do całkowitego uwolnienia się. Time Machines to jak wejście do komory sensorycznej – zostajesz tam sam na sam ze sobą, z oddechem, z pulsacją świata. I jeśli pozwolisz, aby dźwięk cię przejął, wychodzisz z tego miejsca kimś choć trochę innym.
Time Machine stworzyli wielką ironię w historii dronu: album o czasie, który na chwilę pozwala o czasie zapomnieć – wehikuł, który jednocześnie mierzy i zawiesza czas. W labiryncie pulsujących dronów i mikrotonalnych fluktuacji kryje się paradoks: im dłużej słuchasz, tym mniej czujesz jego miarę – sekundy rozpływają się w wieczności, a “time slip”, o którym mówił John Balance, staje się wręcz namacalny.
Budują przestrzeń, w której jesteś jednocześnie poddanym i obserwatorem czasu: nie jesteś już na linii przeszłość – teraźniejszość – przyszłość, lecz dryfujesz w gęstym morzu nieokreślonych fal. Time Machines działa jak mechaniczna medytacja: każdy ton i każdy glitch to tryby w mechanizmie, który ma rozmontować normalne postrzeganie czasu. Istotą jest to, że to właśnie minimalistyczny, statyczny dron – wręcz ascetyczny – staje się narzędziem zmiany stanu świadomości, maską i lustrem jednocześnie. Album o czasie, który zmienia odczuwanie czasu – oto istota tej ironii i jednocześnie jego największa moc.
Artur Mieczkowski

PS. Oryginalne wydania Time Machines (CD/LP) zawierały zestaw kolorowych kart / naklejek (stickers) dołączonych do pierwszych wydań (CD i części winyli). Każda niosła swoje znaczenie związane z ideami stojącymi za albumem:
- telepathine – odnosi się do 7-Methoxy-β-Carboline, jednej z czterech „substancji”-tonów kompozycji, mającej psychotyczny / transcendentalny wydźwięk.
- hecate – powiązana z 2,5-Dimethoxy-4-Ethyl-Amphetamine (DOET); Hekate jest boginią magii i bram, co koresponduje z ideą przekraczania stanów świadomości.
- phosphate – nawiązuje do 4-Indolol, 3-[2-(Dimethylamino)Ethyl], Phosphate Ester (Psilocybin), jedna z esencji albumu.
- DMT – bezpośrednio odsyła do 5-Methoxy-N,N-Dimethyl (5-MeO-DMT), najsilniejszego z psychodelików w zestawie.
- Persistence Is All (with monad) – odnosi się do hermetycznej sentencji “Persistence Is All” (trwałość jest wszystkim), którą Coil często wykorzystywali jako metafizyczne motto; wersja z monadą może symbolizować jedność esencji i początkowy stan bytu.
- Persistence Is All (without monad) – druga wersja tej samej sentencji, bez monady, jako kontrast albo dialektyczna para odnosząca się do dualności doświadczenia i percepcji.
Naklejki łączą w sobie koncepty psychodeliczne, chemiczne i ezoteryczne, które były centralne dla projektu Time Machines – każdy „dźwięk-substancja” ma swoje odniesienie do halucynogennych związków, a dodatkowe slogany (“Persistence Is All”) podkreślają rytualny, transcendentalny wymiar albumu: muzyka ma działać jak instrument percepcji, ułatwiając „przesuniecie” w czasie i świadomości – podobnie jak psychodeliki w rytuałach medytacyjnych.
PS2. Wydanie CD i LP z reedycji zawiera reprodukcje tych naklejek, pomagając odtworzyć mistyczny kontekst oryginalnego projektu.



Jako ciekawostkę można zamieścić przy tej okazji materiał Petera Christopherson’a – Time Machines II.