Constellation Records / LP/CD/DL / 2026

Czy można połączyć drone z neoklasyką? Jeżeli zastanowimy się nad tym na szybko i w naszym mózgu pojawią się skojarzenia typu efemerydy Sunn o))) z Elend, to raczej nie. Ale jeśli poświęcimy temu problemowi dłuższą chwilę, skupiając się zwłaszcza na pokrewności klimatycznej to… w sumie czemu nie – i dlaczegóż miałoby to być niewykonalne?
Pochodzący z kanadyjskiego Winnipeg kompozytor Matthew Patton działa z projektem Those Who Walk Away od ładnych paru lat, choć na przestrzeni dekady udało mu się wydać raptem dwie pełne płyty i pilotującego dwójkę singla. Z drugiej jednak strony, zawsze lepiej gdy ktoś stawia na jakość, nie na ilość. A jakości na Afterlige Requiem mamy sporo… Mamy tu zarazem dowód, że drony wcale się z neoklasyką nie rozmijają. Osobiście nie lubię zresztą całego tego szufladkowania i etykietkowania (choć oczywiście rozumiem, że większość słuchaczy domaga się jakiegokolwiek drogowskazu czy zaszeregowania, zanim w ogóle da danej płycie szansę i odpali ją w swoim odtwarzaczu). Summa Summarum Those Who Walk Away sam definiuje się ponad tym jako post-klasyka i to dość oryginalne określenie chyba najlepiej oddaje nam to, co Matthew chce swoją muzyką przekazać.
A mamy tu dużo… dużo przede wszystkim klimatu. Dronową stagnację i mrok idealnie dopełniają neoklasyczne smyczki, muzyka sączy się powoli, bardzo powoli, ale to jest zarazem największą siłą i zaletą tego dzieła. Ten album rozwija się z nuty na nutę, z plamy na plamę, on nie poraża, nie atakuje dźwiękiem, on powoli i metodycznie wciąga słuchacza w otchłań dronowej post-klasyki, owych mrocznych i jednocześnie pięknych dźwięków płynących prosto z duszy ich twórcy, płynących niespiesznie ale przenikliwie i konsekwentnie.
Sama płyta powstała jako swego rodzaju epitafium dla Jóhanna Jóhannssona, sięgając przy tym także po jego niedokończone utwory, stanowiąc zarazem pożegnanie z przyjacielem i współpracownikiem. Jednocześnie sam Patton stwierdza, że „[W]szystko, co kiedykolwiek napisałem to Requiem. Wszystko jest końcem. W całej tej muzyce wszechobecna jest śmierć. Moja twórczość wiąże się z zanikaniem – teraźniejszości, przeszłości, wszystkiego. Afterlife Requiem spowalnia przez cały czas, jest jednym wielkim ritardando, a sam czas nie tylko zwalnia – ale po prostu niknie”.
Dawno nie słuchałem tak klimatycznego, tak dekonstrukcyjnego i głębokiego albumu. Jeśli pamiętacie Incepcję (tak, tę kinową), to Afterlife Requiem nie jest ani pierwszą ani drugą czy trzecią warstwą. To jest już poziom limbo… Na samym dnie dna. W najgłębszych zakamarkach duszy, umysłu i wewnętrznego strachu. Głębiej się nie da. Jednocześnie ten album, mimo swojego charakteru, zwiewności i oniryczności, stanowi swoiste ekshibicjonistyczne katharsis autora, jest sposobem na poradzenie sobie ze stratą. Uzewnętrznieniem bólu. Opowieścią. Rozliczeniem. Resetem. Pójściem dalej… To nie jest łatwa płyta. Nie jest prosta w odbiorze. Ale jeśli się z nią już zestroicie, to będzie was trzymać, wciągać i nie wypuści… I przeżyjecie z nią dużo więcej, niż z większością pełnych hiciorów płyt z tzw. „bardziej popularnych i nośnych gatunków muzycznych”.
Data wydania: 6 marca 2026
Piotr Wójcik