Fenny Compton / MC/DL / 2026

Australia; już kilkakrotnie lądowaliśmy w tej rozległej krainie niesamowitości. Każdorazowo odkrywając, czy to nowe smaczki wydawnicze lub oficyny zajmujące się ich publikacją, dokumentacją dla potomnych. I to przypadek, czy ktoś znów po cichu podrzucił kolejną niespodziankę, rozbłysk na horyzoncie piątego kontynentu? Nieważne, a istotne, że taśma Customs & Rituals Of The Taps of the Holy Trinity znalazła drogę na łamy naszego magazynu.
The Taps Of the Holy Trinity to świeżutki projekt, rodzaj kolektywu, australijskich muzyków od lat penetrujących przeróżne zakątki eksperymentalnego grania. Warto tutaj wymienić odpowiedzialnych za ten tytuł, zapewne przyda się przy dalszych i szerszych poszukiwaniach. Artur Karanikas (BBQ Haque), Michael Plater (The Right Hand is Doomed to Blacken, The Northern Lighthouse Board, solowe pozycje), Dave Bullock (Gong Ritual, Paul Kidney Experience), Dee Hannan (Xylouris Ensemble), Danny Martinov (The Exit Keys).
Inwokacja, słowo które aż ciśnie się na usta i idealnie pasuje do otwierającego album utworu The Magus. Wypełniające każdy wolny zakątek przestrzeni wokalizy, szeleszczące, szumiące perkusyjne przeszkadzajki i te frywolne pochody strunowych cudeniek o głębokich korzeniach helleńskich i śródziemnomorskich momentalnie usadawiają Cię, gdziekolwiek jesteś i pozostawiają z pytaniem: co dalej? Ta inwokacja trwa i trwa, oczekiwanie wzrasta i kumuluje się w niesamowite równinne połacie energii. Fantastycznie rozbudowany The Magus mógłby trwać wiecznie, nigdy nie osiągając kulminacji. Jest to zalążek podróży, która łamie zasady ogólnego postrzegania czasu, ponieważ jest to trip zarówno w przeszłość, jak i nieznaną nam jeszcze przyszłość, tworząc esencję psychodelii, jednocześnie swobodnie wyłamując się z jej ram. Tutaj rytuał, to tylko część składowa tego woluminu. Jest on poddawany różnym próbom i zabiegom muzycznym i słownym jak to w psychodelii bywa. Zależy od podejścia i natchnienia. The Taps of the Holy Trinity pokazują nam jak przygotować odpowiedni wywar korzystając z przeróżnych źródeł inspiracji.
Już sama produkcja albumu, nagranego na analogowa tąśmę, wprowadza antyczny zapach i niesamowicie naturalne brzmienie oddająca końcówkę lat 60. i 70. Nic w tym dziwnego, skoro instrumentarium strunowe, dęte, perkusyjne pochodzi ze starożytnej Grecji, Bałkanów, wschodniej Afryki, Australii łączy się z brzmieniem gitary elektrycznej, organów, stylofonu, efektów. Istny Koktajl Mołotowa. Raz wpadamy w prymitywny trans, gdzie akustyczne łączy się z elektrycznym, staje się sumą wpływów greckiej demotiki, anatolijskiej energii i najlepszych tuzów „współczesnej” psychodelii. Innym razem wpadamy w środek leśnej ceremonii (Buried Crowns), gdzie pełen głębi głos Michaela, oznajmia:
W blasku złotego świtu
Śnimy wśród cierni
Ścieżka biegnąca w tył
Twoje skryte serce
Śnimy o życiu odrodzonym
Ten stary, stary świat
To bezkresne niebo
Wszystkie twoje dary
Zakopana korona
To pole bitwy
Ta pieśń, którą śpiewamy…
Słowa toną w podźwięku gitary uzupełnionej o pojedyncze uderzenia bębna. Co jednak uwypukla ten utwór to dysonans pocieranych gongów i ich feedback, który elektryzuje zakończenie songu.
Mamy też Anastenaria ukłon w kierunku starożytnego rytuał chodzenia boso po rozżarzonych węglach oraz ekstatycznego tańca, który zamiast czystej euforii objawia się w postaci wielokolorowego pochodu gitary i jakby zapraszającego, do dopiero rozpoczynającego się wspólnego obrzędu, głosu Michaela. Niezwykłości dodają preparowane dźwięki, pojawiające się również w innych kompozycjach na tej płycie. Idealnie wypełniają tło, nadając posmaku nadrealności.
Większość kompozycji na tym albumie zamyka się w pięciominutowym przekazie, czy nawet krótszym jak Slow Ghosts, ale absolutnie nie przeszkadza to, aby „zamkniąć” nas w transowo-hipnotycznej pętli ze wspaniałym rifem i tłem mantrycznej perkusji.
Jak przystało na wysokooktanowy psychodeliczny album, najlepsze zostaje objawione na końcu tego tripu. Kiedy The Magus inwokował i zapraszał to zamykający The Passage nie kończy, nie finalizuje naszego tripu. Raczej zaprasza do kontynuacji i ciągłej eksploaracji nowego, nieznanego.
Pamiętacie Jima Morrisona i film The Doors i fragment tripu Jima i załogi na pustyni? Wsłuchajcie się w gitarowy spacer, który wspaniale i w kilku sekundach wręcz brzmi jak otwarcie do The End. Oczywiście nie jest to zarzut, a raczej ukłon w kierunku geniuszu. Zamiast wykonać cover tego songu, The Taps of the Holy Trinity proponują nam rozwiniętą improwizacje przemieszczającą się po pustyni jako widmo, halucynajce spowodowaną deprawacją sensoryczną, czy czymkolwiek innym – miejsce, gdzie wszystko może się zdarzyć.
Fascynujący debiut!
Data wydania: 20 czerwca 2026
Marek “Lokis’ Nawrot