Pure Noise / LP/CD/DL / 2025

Łączenie shoegaze’u z muzyką metalową to rozwiązanie znane od lat, praktykowane był bowiem już w latach 90. XX wieku. Z takiego pomysłu słynęło między innymi hiper-popularne Deftones, etykietowane w dziennikarskim środowisku jako „metalowa alternatywa”. Ale też i zespoły około-blackowe znane były z eksperymentowania z shoegaze’em – a efektem tego było nawet powstanie osobnego podgatunku, blackgaze’u. Jakby się uprzeć, to znalazłbym też metalowe projekty z estetyki: stonerowej, post-metalowej czy sludge’owej, które kombinowały z takim połączeniem. A ostatnio nawet natknąłem się na projekt, który postanowił dodać do death metalowego (choć w sumie to bardziej deathcore’owego) rdzenia elementy shoegaze’u. Jakość tej mieszanki to już oczywiście inna kwestia, ale z kronikarskiego obowiązku warto ów fakt odnotować.
Z tych rozważań dość jasno wynika, że shoegaze i metal to światy nie tak odległe. Ba, wydaje się nawet, że są to sfery dość sobie bliskie. Świadczyć o tym może duży odsetek zespołów, wyrosłych na korzeniach metalowych, które postanowiły w jakimś momencie swojej kariery poeksperymentować twórczo z estetyką shoegazingu. Problemem często było jednak to, że nie wszystkie te połączenia były satysfakcjonujące. W mojej osobistej opinii, w projektach tych nierzadko brakowało odpowiedniego wyczucia i odpowiednio dobranych proporcji. Wynika to moim zdaniem z faktu, że sporo tych zespołów gra „shegaze’owy metal”, mnie z kolei jednak znacznie bardziej interesowałby „metalowy shoegaze”.
Grupą muzyczną, do której idealnie pasuje taki desygnat określenia jest Slow Crush, belgijski kwartet założony w 2016 roku. Zespół ten od samego początku buduje swoją muzykę na post-slowdive’owych fundamentach, opierających się właśnie na sennym, wręcz dream popowym rdzeniu, gdzie głównym środkiem jest wykorzystywanie głębokich ścian dźwięku, o – jednak – bardzo metalicznym brzmieniu. Wspomniani twórcy nie stronią przy tym od reverba, który w miksie ich muzyki jest implementowany w całkiem pokaźnych ilościach. Pogłos jest bowiem słyszalny zarówno w warstwie instrumentalnej, ale przede wszystkim słyszalny jest na wokalu.
Jak do tego wszystkiego dodamy wspomniane wcześniej „ciągoty” w kierunku „metaluchowania”, to pomyśleć by można, że słuchacz otrzyma najpewniej takie drugie Holy Fawn. Nie jest to jednak prawdą, bo Belgowie w swoim pomyśle są całkiem oryginalni. Na tyle sprytnie bawią się wspomnianą ciężkością, że z jednej strony staje się ona subtelnym dodatkiem, a z drugiej stanowi o ich okazałości. Zresztą, już przy okazji zapowiadania ich tegorocznej płyty, Belgowie bardzo wyraźnie podkreślali dużą jej rolę w procesie twórczym. Ogłosili bowiem, że „fani muszą szykować się na najcięższe ryffy w karierze zespołu”. Chwilę później dodali jednak, że na nowej płycie „usłyszymy też najbardziej senne wokale, jakie do tej pory Slow Crush serwowało słuchaczom”.
I właśnie to jest to, co od zawsze najbardziej urzekało mnie w belgijskim kwartecie. Chodzi oczywiście o bardzo umiejętne i oryginalne łączenie wielu muzycznych światów. Z jednej strony hołdują przecież kanonom gatunkowym, tworząc muzykę w oparciu o podręcznik „klasyki shoegaze’u”. Od zawsze wyczuwalny w ich muzyce był element „slowdive’owy”, szczególnie jeśli chodzi o brzmienie i linie melodyczną wokali. Z drugiej strony, szukali też swoich własnych, autorskich rozwiązań, puszczając wodzę fantazji i kierując się w rejony mniej „klasyczne”. Efekty tych wycieczek były, moim zdaniem, bardzo skuteczne, ponieważ poza pomysłem i wizją, muzycy Slow Crush od zawsze mieli niekwestionowany dryg do kompozycji i umiejętnego tworzenia klimatu. Tak dali się poznać na swoich dwóch poprzednich płytach Hush i Aurora. Nie inaczej jest na najnowszym wydawnictwie Thirst, które potwierdza ogromne zdolności i kompetencje członków zespołu. Trzeba jednak przy tym zaznaczyć, że trzeci krążek belgijskiej grupy nie jest tylko mdłą kontynuacją i powtórzeniem znanych schematów. Oczywiście, zespół podąża cały czas konsekwentnie swoją drogą. Nie robi wolty stylistycznej. Dalej gra ciężki shoegaze, z dużą dozą melancholijnego i eterycznego vibe’u. Ale jednak postanawia nieco zaskoczyć.
Przede wszystkim kompozycyjnie Thirst jest znacznie bliżej melodyki osadzonej w dream/noise popowej stylistyce, przypominając bardziej dokonania My Bloody Valentine. Jeśli ktoś zna dobrze album Hush, może od razu odnieść wrażenie, iż te piosenki są bardziej energiczne i szaleńcze. Za przykład niech posłużą dwa otwierające numery, tytułowy Thirst i Coven, a także niezwykle przebojowy Haven. Nie jest jednak prawdą, jakoby melancholia i „doomowy” akcent schodziły przez to na dalszy plan, ustępując miejsca większej przebojowości. „Slowcrushowy” rdzeń jest dalej obecny; lecz wszystkie te pierwiastki z Hush i Aurory są po prostu jeszcze bardziej zatopione w tej eklektycznej mieszance. No i znów muszę pochwalić Belgów, bo ta hybryda różnych pomysłów – ponownie – wychodzi bardzo udanie i efektownie.
No i wreszcie, trzeba powiedzieć też o pewnych smaczkach czy niuansach, których na płycie też jest bardzo dużo. Osobiście bardzo cenię sobie wplatanie pewnych nieoczywistych elemencików, których zauważenie bywa fascynującym odkryciem. Tym niezwykle oczarowującym (mnie) detalem jest wrzucenie do swojej muzyki fragmentów blackowych, w naprawdę niewielkiej, wręcz mikroskopijnej ilości. Jak już mówiłem, Slow Crush od zawsze grało nieco ciężej, serwując nam metaliczny shoegaze. Nie tak ciężki jak Holy Fawn, i na pewno nie tak ciężki jak The Angelic Process. Lecz fragmentarycznie brzmieniowe pierwiastki tych zespołów są wyczuwalne w muzyce Belgów. Krzyków i okazjonalnych partii blastów jeszcze u nich nie słyszeliśmy. Na płycie Thirst są w ilości naprawdę małej. Blackowy akcent pojawia się w ostatnich sekundach utworu Hollow. Wprosił się również w ostatniej minucie końcowego numeru. No i tu muszę powiedzieć, że – choć było to bardzo krótkie – zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Czekam w takim razie, aż zespół jeszcze odważniej zacznie eksplorować takie klimaty. Może czwarta płyta nagrana będzie z jeszcze widoczniejszym „blackowym” akcentem. Apeluję o rozważenie takiego pomysłu.
Data wydania: 29 sierpnia 2025
Janusz Jurga