Lost Tribe Sound / CD/DL / 2026

Nikt nigdy nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki, bo to nie ta sama rzeka i to nie ten sam człowiek
Cytat oczywiście autorstwa greckiego filozofa Heraklita, który niespodziewanie pojawiał się ostatnimi czasy kilkukrotnie, podczas przeróżnego szperania i penetrowania. Dla przykładu w marcu przyświecał wydaniu River Gate II autorstwa duetu Mikela Dimmick (Pelt, Spiral Joy Band) i Williama Graham Randles (Seven Rivers Of Fire). Powyższy aforyzm również wynurzył się, wraz z ukazaniem najnowszego wydawnictwa Seabuckthorn Never The Same River, wyraźnie zainspirowane myślą tego hellenistycznego myśliciela. Jak możemy przeczytać w notce wydawniczej: „Tytuł powstał z cotygodniowego rytuału Andy Cartwrighta (aka Seabuckthorn), polegającego na pokonywaniu tej samej górskiej trasy i dostrzeganiu za każdym razem drobnych różnic w krajobrazie. To doprowadziło go do słynnego cytatu”. Króciutkie wyjaśnienie: Andy po przeprowadzce z Wielkiej Brytanii rezyduje w zaciszu francuskich Alp.
Z płyty na płytę i prawie dwudziestu latach aktywnej działalności Seabuckthorn wciąż kroczy swoją własną ścieżką, nie jest to jednak powielanie swoich kroków, czy dreptanie w miejscu. Jego wizja artystyczna wciąż się rozwija, poszerza jak nieodgadniony bieg rzeki. Myślę, że przy wodzie (i jej ruchowi) jako pewnym odnośniku do tego tytułu będę często nawiązywał podczas pisania.
Na Never The Same River strunowce jak: gitara akustyczna, saz, banjo, autoharp, taishogoto czy skrzypce wciąż odgrywają imponująca rolę to jednak słychać tu pewne nawiązanie do wczesnego okresu i większego zaangażowania struktur rytmicznych w całość. Nie ma tu jednak mowy o „typowej” rytmice. Jak przystało na poszukiwacza warstwa rytmiczna powstawała na bazie improwizacji z wykorzystaniem, czy to tom-toma, który zapewnił niskie wręcz głębinowe warstwy brzmieniowe, czy innych perkusjonaliów wliczając kuchenne naczynia. Wszystko te elementy były procesowane, nadając im nietypowych rozwiązań rytmicznych. Podczas odsłuchu odnosimy wrażenie, jak w otwierającym Troubled Spirits Be Gone, uczestniczenia lub przyglądaniu się leniwie przepływającej galerze, napędzanej ruchem wioseł, ten specyficzny dźwięk uderzeń wioseł o pokład. Głębokie, sporadyczne basowe dudnienia dobiegające spod pokładu.
Sytuacja podtrzymana zostaje w następującym utworze, ustępując masywnemu flangerowemu wirowi, który ze stoickim spokojem wciąga w siebie całą rytmikę i kreuje niepowtarzalne wrażenie na słuchaczu. Takie doznanie rzadko spotykane, raz udało się mi uchwycić, na również niezapomnianym solowym utworze Petera Christophersona In My Head A Crystal Sphere Of Heavy Fluid.
Wracając do tematu, zapominam o jednym z najważniejszych atutów Andiego. Jego gra na gitarze, czy wielorakich instrumentach strunowych. Przeplatając motywy pochodzące z przeróżnych regionów świata: primitive americana, po wschodnie tradycje, archaiczny folk. Fantastycznie nagrane i przede wszystkim wykonane gitarowe pochody, czy stalowe struny banjo wplecione w miks na długo pozostają w głowie. Tak, miks całości materiału to kolejny atut tego woluminu. Warto przyjrzeć się temu dokładniej, a odkryjecie świat pełen detali, niuansów, które budują czy wręcz rozbudowują całość do nieskończoności. To jak bieg rzeki, pełnej nurtów, zakoli, mielizn. Każdy z nich wprowadza swój wkład do całości, pomimo różnego pochodzenia i zadania początkowego. Mikroelementy są nieoderwalną częścią składową.
Z upływem czasu tempo utworów, jakby spada, wszystko spowalnia, to rzeka rozszerza swoje koryto, tracąc może właśnie impet, ale zyskuje na ekspansywności, na swojej wielkości. Ten zabieg właśnie umożliwia na nieograniczony wgląd w poszczególne elementy Never The Same River. Andy nie tylko procesuje warstwę rytmiczna, ale poddajetemu zabiegowi również struny. W Once The Flood banjo ulega, jakby rozdrobnieniu, poszczególne uderzenia odbijają się, jakby od siebie wywołując wrażenia mini kaskad, które rozmywają się w podkładzie uderzeń stalowych lin o maszty.
Oprócz bardziej abstrakcyjnych elementów pojawiających się na ostatnich tytułach Seabuckthorn, jest również osoba Phila Cassela, który integralnie dodaje partie kontrabasu, tuby i puzonu. Jego gra rozszerza i tak już rozległe horyzonty penetrowane przez Andiego. Szczególnie rozpoznawalny jest kontrabas, który z natury przemierza niskie rejestry soniczne, pomagając utrzymać się nam na powierzchni, w towarzystwie śmiałych smug puzonu czy tuby dodając śmiałego kolorytu do i tak rozbudowanego wachlarza audio.
Wyśmienita podróż!
A jeżeli zabraknie wam wrażeń, w co wątpię, to poszukajcie nagrań Andiego Cartwrighta właśnie pod jego imieniem i nazwiskiem, bo to już trochę inny świat mikro dźwięków, procesowania i nagrań otoczenia.
Data wydania: 19 czerwca 2026
Marek “Lokis” Nawrot