Schröttersburg – Ignis

Zoharum, D.I.Y Koło Records, Bat-Cave Productions, Hidden Beauty Records, Esion_Records / LP/CD/MC/DL / 2026

Anxious magazine Schröttersburg – Ignis

Ogień nad Płockiem

Każda kolejna płyta Schröttersburga przynosi zmianę, ale zespół trzyma poziom, do którego przyzwyczaił słuchaczy przez ostatnią dekadę. Ignis nie jest tu żadnym wyjątkiem.

Dziesięć lat temu zaczynali od Krwi, rok później było Ciało. Teraz, na siódmej płycie, to ciało trafia do pieca. Kremator – pierwszy sygnał z Ignis – wydaje się najwłaściwszym tytułem na krążku. Płocczanie doszli do miejsca, w którym rozprawiają się z własną dyskografią jak z niepotrzebnymi już zwłokami.

Można to czytać jako domknięcie łuku ciągnącego się od 2015 roku. Krew, ciało, melancholia, potem hebrajska litera, potem mantra, potem kosmogonia – a teraz łaciński żywioł. Zespół co płytę wymienia system symboliczny, w którym pracuje. Za tą zmianą stoi metoda, a nie przypadkowy dryf. Schröttersburg od dawna nie gra post-punku; post-punk jest u nich rusztowaniem zostawionym przy budynku, który wciąż powstaje i zmienia kształt.

Ciągłość z Kosmogonią potwierdza się też na poziomie oprawy: okładkę znów zaprojektował Tomek Mirt. Zespół po raz pierwszy zostaje przy tym samym grafiku na dwie płyty – a że Mirt sam jest muzykiem z kręgu polskiej elektroniki eksperymentalnej, trudno traktować jego udział wyłącznie jako usługę.

Tytuł otwarcia – Ignis Haram – zestawia łacinę z arabskim słowem oznaczającym to, co zakazane i zarazem święte. Ogień, którego nie wolno dotknąć. Jeśli to celowe (a trudno uwierzyć, że nie), mamy klucz do całej płyty: świętość i skażenie w jednym geście.

Nie bez znaczenia pozostaje sam Płock – mała ojczyzna zespołu. Nad miastem od dziesięcioleci pali się pochodnia rafinerii – ogień, który nikogo nie oczyszcza, tylko wypala nadmiar i niepotrzebne składniki. Ignis zdaje się być o wiele bardziej płocki niż alchemiczny.

Najciekawsze na tej płycie dzieje się w warstwie, o której trudno pisać, bo nie ma w niej nic do rozłożenia na części. Utwory nie mają tradycyjnej, piosenkowej struktury. Rozwijają się, uderzają, rozpływają, gasną – to konsekwencja transowego założenia. Mroczne, ambientowe intra i outra potrafią trwać znaczącą część utworu, a pojawiająca się rytmika bliższa jest obrzędowi lub obłędnemu marszowi niż piosence. Całość zaprojektowano tak, żeby nawet spokojniejsze fragmenty nie dały słuchaczowi odetchnąć – podtrzymują płomień niepokoju, duszności, osaczenia. Kto czeka na refren, dostanie zapętloną frazę. Kto czeka na solówkę, dostanie ciszę.

Teksty ograniczono do minimum tak radykalnego, że haiku wygląda przy nich na formę rozwlekłą. Kilka powtarzanych słów. Te frazy mają działać jak uderzenie, a nie nośnik znaczeń. Zespół osiągnął rzecz, o którą walczy się latami i której nie da się nadrobić techniką – przekazuje emocje bez ani jednego popisu instrumentalnego. Na Kosmogonii było ciężko; na Ignis jest przejmująco – w zupełnie innym, trudniejszym rejestrze. Podczas prób muzycy nie umawiali się zapewne na zagranie konkretnego rytmu czy akordów, lecz na bezpośrednią transmisję odczuć. Słowa współgrają z dźwiękami na poziomie pozawerbalnym, niosąc mrok, zatracenie, żar i porażkę.

Szubienice z kwiatów niosą w tytule dokładnie ten sam chwyt, co Ignis Haram – narzędzie śmierci zrobione z czegoś, co jest piękne. Cała płyta pracuje na takich zwarciach.

W Kremator pojawia się motyw dubowy – jeden z najbardziej zaskakujących i emocjonalnych momentów albumu. Dub jako muzyka echa, przestrzeni, dźwięków powracających w zniekształceniu stanowi świetną metaforę spopielania. Zespół nie zrobił z tego cytatu ani ukłonu w stronę gatunku. Wziął, co potrzebne, i wykorzystał po swojemu. To zresztą stała praktyka Schröttersburga od czasów Om Shanti Om, gdzie w ruch poszły blachy, beczki po oleju, kalimba i aztecki gwizdek śmierci. Nikt tam nie grał „muzyki świata”, tylko szukał brzmienia, które stworzy spójną całość.

Rdza jest chyba najsprytniejszym tytułem na albumie: rdza to przecież powolne utlenianie, ten sam proces chemiczny co ogień, tylko rozciągnięty na lata. Płonięcie w zwolnionym tempie. Jeśli szukać na Ignis momentu, w którym koncept i muzyka schodzą się idealnie, to właśnie tutaj.

Carnevale wprowadza jedyny na płycie ślad czegoś w rodzaju euforii, ale trzeba pamiętać, czym karnawał kończy się w tradycji: spaleniem kukły. Zamykające Przez ogień domyka rzecz konsekwentnie, choć bez katharsis, którego można by po takim tytule oczekiwać. Płyta nie kończy się wyzwoleniem. Kończy się popiołem.

Zostaje pytanie, na które trudno na razie odpowiedzieć: czy Ignis jest tak zwarty przez zbieg okoliczności, czy wbrew siłom odśrodkowym. W kwietniu tego roku gitarzysta Schröttersburga, Krzysiek Piotrowski, wydał w Zoharum solowy debiut jako Meow Carpet – Kotsuage, z tytułem zaczerpniętym z japońskiego rytuału zbierania kości po kremacji. Zbieżność tematyczna z Krematorem jest na tyle wyraźna, że wygląda na wspólny nurt myślenia, a nie przypadek. Zespoły, które zaczynają się rozgałęziać, zwykle albo pękają, albo nagrywają swoją najbardziej skupioną rzecz. Tu wygląda na to drugie.

Płyty zespołu powstają w niewielkich nakładach, składkowo, wysiłkiem kilku oficyn naraz. Koncertowa kaseta zespołu z Wrocław Industrial Festival wyszła w pięćdziesięciu kopiach. Muzyka tej klasy funkcjonuje w kraju na zasadzie samizdatu – i chyba nikomu w Schröttersburgu to specjalnie nie przeszkadza.

Ignis wypala. Po ostatnim dźwięku zostaje się z uczuciem, jakby przez pół godziny stało się o pół kroku za blisko czegoś groźnego i gorącego.

Data wydania: 28 sierpnia 2026

Karol Mazurek

Zapraszamy na release party płyty

Zapraszamy na release party płyty