Sandy Chamoun – Sawt El Doumouh

Ruptured Records / LP/DL /2026

Anxious Sandy Chamoun – Sawt El Doumouh

Nie będę ukrywał – Sawt El Doumouh Sandy Chamoun nie jest płytą, po którą sięgnąłbym odruchowo. A jednak drugi solowy album libańskiej wokalistki i kompozytorki wciągnął mnie od pierwszych minut. Nie dlatego, że próbuje być przystępny, bo nie jest. Raczej dlatego, że otwiera się na świat, którego zwykle nie eksploruję zbyt głęboko, a jednocześnie robi to w sposób niezwykle bezpośredni.

Chamoun porusza się pomiędzy arabską tradycją Tarab, wielogłosowymi inspiracjami zaczerpniętymi z sardynijskiego Cantu, elektroniką i współczesną produkcją. Ale to, co w teorii mogłoby wyglądać jak dość akademickie zestawienie wpływów, w praktyce działa zupełnie inaczej – bardziej jak żywa materia niż koncept. Ta muzyka nie tylko „łączy tradycje”, ale pozwala im się ścierać, drżeć i rozpadać w czasie rzeczywistym. Wokół głosu Chamoun wszystko jest ruchome, raz bardzo bliskie, intymne, innym razem rozmyte w warstwach przetworzeń i echa.

Najważniejszym nośnikiem tej płyty jest właśnie głos. Chamoun śpiewa w sposób, który nie wygładza emocji – przeciwnie, często je rozrywa. Raz brzmi to jak coś bardzo starego, innym razem jak współczesna, elektronicznie przefiltrowana ekspresja. Wokół tego głosu elektronika i syntezatory Anthony’ego Sayhouna nie budują klasycznych aranżacji – raczej przestrzeń, w której dźwięk może się zawiesić, zniknąć albo wrócić w zmienionej formie. Do tego dochodzi perkusja Alego Houta, często bardzo fizyczna, „sucha”, jakby cały czas trzymała tę muzykę przy ziemi, nawet gdy ta zaczyna się unosić.

Początkowo album miał być poświęcony naturze. Chamoun planowała podróżować po Libanie i tworzyć utwory inspirowane konkretnymi miejscami. Wojna i wydarzenia, które dotknęły region po październiku 2023 roku, całkowicie zmieniły jednak kierunek prac. W rozmowie z Le Guess Who? artystka podkreślała, że muzyka stała się dla niej sposobem utrzymania głosu w sytuacji, w której bardzo łatwo o jego odebranie – nie jako komentarz, ale jako element przetrwania i codziennego funkcjonowania.

To właśnie ten kontekst robi tu różnicę. Chamoun nie opisuje tego, co się dzieje – raczej zostaje przy tym, co zostaje po. Przy napięciu, zmęczeniu, emocjach, które nie układają się w jasną narrację. Sam tytuł – The Sound of Tears – nie brzmi jak deklaracja smutku, tylko jak zapis czegoś bardziej podstawowego, próby wydania z siebie głosu w sytuacji, w której łatwo o jego stłumienie.

Największą siłą albumu pozostaje właśnie śpiew. Czasem kruchy i niemal modlitewny, innym razem wyniosły i pełen determinacji. Elektronika nie przykrywa tych emocji, tylko je wydłuża, jakby rozciągała je w czasie. Są momenty, w których wszystko zaczyna przypominać gęstą mgłę – dźwięki nie mają ostrych krawędzi, raczej się przenikają. W Shahed słychać to szczególnie wyraźnie, rytm jest jednocześnie suchy i pulsujący, a syntezatory i wokal budują obraz, który bardziej się „widzi” niż analizuje. Utwór wyrasta z fotografii chłopca na koniu na plaży w Gazie, ale nie zamyka się w ilustracji – raczej dryfuje między obrazem a jego emocjonalnym cieniem.Najciekawsze jest to, że mimo całego tego ciężaru Sawt El Doumouh wcale nie przygniata. Jest w tej muzyce coś, co nie daje się sprowadzić do samego smutku – jakby cały czas gdzieś pod spodem tliła się potrzeba złapania oddechu. Nie chodzi o to, że to płyta „o nadziei”, ona raczej nie daje się jej od siebie odciąć. I może właśnie dlatego to tak zostaje – nie jako historia o cierpieniu, tylko coś, co cały czas je rozszczelnia i nie daje się w nim zamknąć.

Data wydania: 5 czerwca 2026

Artur Mieczkowski