s475e – 12,21

Wydanie własne / CD/DL / 2026

Anxious magazine s475e – 12,21

Ponad rok minął już od ostatniego regularnego wydawnictwa Dariusa, ponad dwa od ostatnio recenzowanych EP-ek… i oto jest – pierwszy pełniak projektu s475e. Album pełną gębą, ponad trzydzieści siedem minut, całe osiem utworów. Do tego dzieło przemyślane i bez wątpienia ukierunkowane. O ile bowiem wszystkie poprzednie EP-ki można jeszcze określać jako krótkie formy, miotające się gdzieś tu, gdzieś tam w poszukiwaniu własnego stylu i własnej identyfikacji, o tyle 12,21 jest już produktem dojrzałym, albumem który bez wątpienia jest uosobieniem pewnej konkretnej ścieżki, którą twórca zamierza kroczyć. Ścieżki łączącej nostalgiczną retro-elektronikę (z ogromnym wpływem klasyków polskiej sceny el-muzyki idealnie ścierających się z klasykami światowymi, głównie Vangelisem) z dwudziestopierwszowiecznym neoromantyzmem. Jednocześnie płytą mocno przemyślaną, może nie do końca koncepcyjną, ale jednak bardzo mocno zazębiającą się, jeśli chodzi o poszczególne utwory. Warto też podkreślić, że 12,21 bardzo, ale to bardzo, tchnie typową, nieco zapomnianą dziś, el-muzyczną klasyką. W czasach, kiedy ogrom wykonawców usiłuje ścigać się na rozmaite udziwnienia, wyszukiwanie na siłę jakichś patentów, których jeszcze nie było – jak dziwaczne by one nie były – Darius stawia na sprawdzone klimaty i rozwiązania, które powoli stają się tak niemożebnie zapomniane, że aż ponownie mają czelność aspirować do miana nowości.

Tak naprawdę na 12,21 nie znajdziecie niczego odkrywczego. To wszystko już było. Cały dowcip polega na tym, że było tak dawno (a może nie tak dawno, ale dziś wszystko gna trzy, cztery razy szybciej niż w czasach dzieciństwa piszącego te słowa…), iż zostało tak bardzo zapomniane, że teraz nagle jawi się jako interesująca nowość. A może odkurzone cudem wspomnienie? Niczym wyciągnięte z rzeźbionej szafy (jakże innej niż dzisiejsze modułowe jednorazówki z płyt MDF) palto wuja, które jeszcze dwie dekady temu mogło kojarzyć się wyłącznie z obciachem – a dziś nagle staje się artefaktem, odkrywaniem dziedzictwa przeszłości i Moog wie, czym jeszcze. Chciałoby się rzec, że przecież to żadna filozofia, że każdy może pograć po staremu, każdy może sięgnąć do klasyki, każdy może twórczo zreinterpretować to czy tamto – pattern, barwę, arpeggia… ale jakoś jednak nikt, lub prawie nikt tego nie chce robić. Wszyscy ścigają się na udziwnienia, ganiają za czymś czego nikt jeszcze nie odegrał – nawet jeśli zamiast sprawdzonego klasycznego pada, ma to być po prostu samplowana i przepuszczona przez osiem efektów woda ze spłuczki… Albo odkrywcze fieldy, nagrane podczas wymiany asfaltu w centrum miasta o szóstej nad ranem, będące de facto nie interesującym projektem sonicznym, ale reporterskim zapisem frustracji okolicznych mieszkańców. Wśród zalewu tych wszystkich wynalazków najnowszy album s475e jest niczym plaster na duszę. Tak naprawdę w ostatnich latach, jeśli chodzi o klasyczną elektronikę, podobnie ucieszył mnie tylko hiszpański Girón. Równie klasyczny, romantyczny i nostalgicznie elektroniczny. I równie rzadko publikujący…

Tymczasem z głośników dolatują powoli ostatnie fragmenty Memories of last days i czas powoli kończyć zarówno bieżący tydzień, jak i tę recenzję. Oby, proszę państwa, więcej takich płyt…

Data wydania: 1 maja 2026

Piotr Wójcik