RuinsZu – Jazz Is Dead Live

Subsound Records / LP/CD/DL/ 2025

Anxious magazine RuinsZu – Jazz Is Dead Live

Ostatni raz na koncercie Zu byłam 14 lat temu. Grali wtedy w Hydrozagadce, a jako support wystąpił Otto Von Schirach – breakcorowo-IDMowy szaleniec z USA. Co wspominam do tej pory, oprócz ogromu profesjonalizmu i oczywiście solidnej implozji z tamtego wieczoru? Otóż Otto wbił na wokal w trakcie głównego występu i wszyscy razem totalnie rozjebali system. To było wydarzenie, które zostanie ze mną na całe życie. Oczywiście twórczość Zu towarzyszyła mi długo przed tym objawieniem i jest ze mną do dzisiaj, stanowiąc soundtrack pod rzeczywistość z różną częstotliwością. Poza ciężkim (jak sumienie Trumpa) brzmieniem i niezaprzeczalnie wielkim talentem, Zu-chy imponują mi swoim niezwykle elastycznym podejściem do tworzenia. Od 1997 roku czerpią bezkompromisowo z wszelkich dostępnych sobie źródeł – bez kija w dupie, bez nadęcia i z ogromną pokorą dają swój materiał przekręcać, przeinaczać i wykorzystywać muzykom, z którymi wchodzą w kolaboracje (a jest ich, jak zapewne wiecie, ogrom), wdzięcznie wibrując z tym, co powstaje.

Dokładnie tak samo sprawy się mają przy okazji współpracy z Ruins, które teraz już jest jednoosobowym bytem napędzanym przez niespokojne ramiona i niezmordowane gardło Tatsuyi Yoschidy. Było im razem tak dobrze, że postanowili wyruszyć w trasę w składzie: Tatsuya na perce i wokalu, Massimo jako baza basowa oraz Luca na saksofonie i elektronikaliach (tak, wiem, że nie było takiego słowa, ale teraz już jest, sue me). Materiał z ostatniego gigu w ramach festiwalu Jazz Is Dead w Turynie w 2024 został uwieczniony i o nim właśnie chcę Wam opowiedzieć. Z bardzo fajnego wywiadu z Massimo na łamach The Tonearm dowiedziałam się, że warunki na scenie JID zarówno pod względem audio, jak i sprzętu do zapisu cyfrowego, były na najwyższym poziomie, a rozmawiający wtedy z Pupillo Pan Michael Centrone, nazwał hybrydę RuinsZu „precyzyjną kolizją” i ja uważam, że to określenie trafia w dziesiątkę pod każdym względem. Poza tym ta owocna, japońsko-włoska przyjaźń ciągnie się od lat 90. i zobowiązuje przez tzw. zasiedzenie.

W skład albumu wchodzi 12 numerów, które startując z pozycji nagrobka (Gravestone), przy słonecznym odbycie (Solar Anus) kończąc, stanowią doskonały podkład na okoliczność jakiegoś obłąkańczego galopu, nawet jeśli całość zdaje się, jak na wyżej wspomniane trio, wyjątkowo spójna. Yoshida jest konsekwentnie zuchwały i nieobliczalny, wyśpiewuje niezrozumiałe słowa w sobie tylko znanym języku, jakby na jego prawym ramieniu siedział Patton, a na lewym Biafra, szepcząc mu do ucha najmocniejsze zaklęcia, co z kolei z ogromnym powodzeniem koresponduje z jego wyczynami na bębnach. No nie jest to, Szanowni Państwo, pierwszy lepszy perkusista, tylko zasłużony wojownik, który siał spustoszenie na scenie, kiedy ja miałam dwa latka i słuchałam Majki Jeżowskiej, czyli gdzieś między Jurą a Triasem. Pupillo nie oszczędza swojego Jaydee Supernatural, a bardzo ciemne, niskie nuty wyskakują spod strun jego podrasowanej gitary w niezwykle dynamiczny sposób, splatając się w melodyjny warkocz z barytonowym, chropowatym saksofonem Mai. Dodatkowo, jak wspominał Massimo, w Turynie ich koncert poprzedzał koncert Godflesh, co sprawiło, że muzycy byli nieco bardziej zajarani niż zwykle. Płyta, która powstała w wyniku i w obecności powyższych czynników jest zatem absolutnie zajebista i godna poświęcenia każdej sekundy życia. Amen.

Aha, zapomniałabym. Objęliśmy patronatem koncert ZU we wrześniu przy okazji festiwalu Avant Art Festival. Wystąpią w warszawskiej Hydrozagadce razem ze słodziakami z Death Goals i twardzielami (hihi) z Thaw. Zapraszam i do zobaczenia!

Data wydania: 18 kwietnia 2025

Marta Podoska


Avant Art Fest.: ZU, Death Goals, THAW