Pamięć – Ireneo Funes, Clementine and Prospero

Wydanie własne / CD/DL / 2026

Anxious magazine Pamięć – Ireneo Funes, Clementine and Prospero

Duet Pamięć na Ireneo Funes, Clementine and Prospero buduje świat, w który wchodzimy nieświadomie – mimochodem, bez wyraźnego początku, wciągnięci w jego strukturę, zanim zdążymy zorientować się, gdzie właściwie jesteśmy. To wejście jest nagłe, ale nie agresywne – podszyte czymś znajomym, co szybko zaczyna się rozszczelniać i komplikować. Muzyka nie oferuje stabilnego punktu odniesienia – od pierwszych sekund działa jak środowisko, które nas otacza, a nie forma obserwowana z zewnątrz. To płyta pomyślana jak labirynt – układ śladów, powracających motywów i napięć, które każdy odbiorca musi rozplątać sam.

Już sam tytuł, odsyłający do postaci Irenea Funesa – fikcyjnego bohatera opowiadania Pamiętliwy Funes, Jorge Luisa Borgesa, obdarzonego absolutną, nieludzką pamięcią, która zamiast darem okazuje się ciężarem – sugeruje, że mamy do czynienia z muzyką operującą nie tyle strukturą, co percepcją i jej zakłóceniami. Funes nie potrafi zapominać, każda chwila istnieje dla niego w nadmiarze szczegółów, a teraźniejszość staje się „niemal nie do zniesienia” – przeciążona, niemożliwa do uproszczenia. Ten nadmiar i napięcie poznawcze znajdują tu swoje dźwiękowe odbicie.

Album składa się z pięciu rozbudowanych kompozycji, które razem tworzą ponad godzinny, spójny przepływ. Ich długość nie wynika z rozwlekłości, lecz z przyjętej logiki – czasu jako materii, która się zagęszcza, załamuje i rozciąga, momentami niemal zatrzymuje, by za chwilę ruszyć w innym kierunku. Każdy utwór rozwija się powoli, warstwa po warstwie, odsłaniając kolejne poziomy tej samej struktury.

Brzmieniowo płyta opiera się na napięciu między repetycją a rozpadem, między kontrolą a improwizacją. Z jednej strony słychać wpływy post-minimalizmu – pracę z mikroprzesunięciami i dźwiękiem jako procesem. Z drugiej – ciężar i intensywność, przefiltrowane przez język improwizacji. Saksofon sopranowy i klarnet basowy Michała Tomczaka rozszczepiają narrację, budując wielowarstwowe, sonorystyczne struktury, podczas gdy elektronika Roberta Janowskiego działa jak środowisko – medium, w którym wszystko się wydarza.

Na poziomie czysto muzycznym płyta opiera się na bardzo precyzyjnej pracy barwą, rejestrami i dynamiką. Saksofon i klarnet basowy nie pełnią tu roli „prowadzących” w tradycyjnym sensie – częściej rozlewają się w długich, przeciąganych frazach, przecinają elektronikę krótkimi interwencjami albo budują chmury dźwiękowe, które stopniowo się zagęszczają. Elektronika z kolei nie działa jak podkład, lecz jak druga warstwa kompozycji: generuje drony, szumy i drobne zakłócenia, które przesuwają ciężar utworów z jednej strony na drugą. Dzięki temu muzyka stale zmienia punkt nacisku – raz opiera się na repetycji, raz na zawieszeniu, raz na narastaniu napięcia w obrębie pojedynczego brzmienia. 

Najciekawsze jest jednak to, jak duet redefiniuje pojęcie „post-jazzu”. Nie chodzi tu o rozwinięcie idiomu jazzowego, lecz jego porzucenie – improwizacja zostaje zachowana, ale struktura znika. W jej miejsce pojawia się logika narastania, kulminacji i rozpadu, przeniesiona w obszar bardziej wewnętrzny niż fizyczny – bliższy doświadczeniu percepcyjnemu niż formie.

To, co organizuje tę płytę, nie daje się sprowadzić do jednego motywu. Bliżej temu do procesu pamięci – niestabilnej, płynnej, nieustannie przekształcającej własne formy. Dźwięki powracają, ale nigdy w tej samej postaci; motywy rozpadają się i reorganizują, wymykając się uchwyceniu. To muzyka, która systematycznie podważa wszelkie punkty oparcia, zmuszając słuchacza do ciągłego przedefiniowywania tego, co właśnie słyszy. W tym sensie labirynt nie jest metaforą – to zasada działania tej płyty.

Jednocześnie, mimo całej swojej złożoności, album nie jest chłodny. Pod powierzchnią sonorystycznych eksperymentów pulsuje wyraźna emocjonalność – melancholia, napięcie, niepokój snu, który nie chce się skończyć. Ten balans między mrokiem a czymś na kształt oczyszczenia – obiecanego, ale nigdy w pełni osiągniętego – stanowi jeden z najmocniejszych elementów całości.

Ireneo Funes, Clementine and Prospero to płyta wymagająca – nie dlatego, że hermetyczna, ale dlatego, że wymaga zaangażowania, obecności i gotowości na utratę orientacji. Nie prowadzi, zostawia w środku struktury, która nieustannie się przemieszcza i reorganizuje. I właśnie w tym tkwi jej siła – to nie jest muzyka do zrozumienia, lecz do przeżycia i przetworzenia we własnym miejscu i czasie. To doświadczenie nie kończy się wraz z ostatnim dźwiękiem – raczej zostaje, wraca fragmentami, jak pamięć, której nie da się uporządkować do końca.

Zacytuję na koniec tytuł jednego z utworów, który wprowadza w tę logikę pęknięcia: „To nie są kropki, które się łączą… / … To jakieś inne kropki” – jakby język na moment rezygnował z porządkowania świata i zostawiał nas w przestrzeni, gdzie sens nie wynika już z połączeń, tylko z samego ich niepowodzenia, z przesunięcia, które nie chce się domknąć.

Data wydania: 10 kwietnia 2026

Artur Mieczkowski