otay:onii – Love Is In The Shit

Pelagic Records / LP/CD/DL / 2026

Anxious magazine otay:onii – Love Is In The Shit

Od czasu niezapomnianego koncertu otay:onii w gdyńskim klubie Desdemona uważnie śledzę poczynania Lane Shi. Tamten występ – intensywny, nieprzewidywalny i emocjonalnie skrajny – pozostawił po sobie poczucie uczestniczenia w czymś znacznie wykraczającym poza klasyczny koncert noise’owy czy industrialny performance. Po koncercie miałem okazję przeprowadzić wywiad z otay:onii, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z jedną z najbardziej bezkompromisowych i wyrazistych postaci współczesnej muzyki eksperymentalnej – niewątpliwie jedną z ważniejszych i najodważniejszych artystek trzeciej dekady XXI wieku. Od tamtego momentu artystka konsekwentnie pnie się coraz wyżej, rozwijając własny język artystyczny bez oglądania się na trendy czy gatunkowe ograniczenia. Dlatego na odsłuch Love Is In The Shit czekałem z ogromną ciekawością – i bardzo szybko okazało się, że były to oczekiwania w pełni uzasadnione. 

Love Is In The Shit to album, który działa jak emocjonalny sabotaż – rozsadza własne struktury, miesza groteskę z bólem i nieustannie balansuje pomiędzy teatralnym przerysowaniem a autentycznym psychicznym obnażeniem. Już sama okładka bardzo dosłownie i jednocześnie przewrotnie koresponduje z tytułem wydawnictwa – brudna, cielesna, dosłowna, niepokojąca estetyka staje się wizualnym przedłużeniem muzyki, która świadomie operuje dyskomfortem, absurdem i emocjonalnym przeciążeniem. Lane Shi od lat tworzy muzykę wymykającą się prostym klasyfikacjom, ale tutaj jej język osiąga wyjątkowo intensywną formę. Najbardziej uderzające jest jednak to, że całość nie próbuje być „trudna” dla samej trudności. Pod warstwą cyfrowych zniekształceń, rozrywanych beatów i brutalnych erupcji hałasu znajduje się materiał zaskakująco ludzki. Shi traktuje własny głos jak narzędzie permanentnej transformacji – potrafi przechodzić od szeptu i dziecięcej delikatności do spazmatycznego krzyku, operowej maniery czy niemal rytualnych inkantacji. Wszystko wydaje się tutaj niestabilne, jakby album w każdej chwili mógł rozsypać się na kawałki.

A jednak właśnie w tym (nie)kontrolowanym rozpadzie pojawia się sens tej muzyki. Love Is In The Shit opowiada o traumie, cielesności, samotności i próbach zachowania emocjonalnej integralności w świecie pełnym przemocy oraz społecznego absurdu. Humor i autoironia pełnią tu równie ważną funkcję jak gniew – Shi bardzo świadomie igra z przesadą, groteską i campową estetyką, dzięki czemu album momentami przypomina zniekształcony teatr emocjonalny funkcjonujący gdzieś pomiędzy performance’em, cybernetycznym horrorem i osobistym pamiętnikiem.

Muzycznie materiał pozostaje niezwykle gęsty. Industrialne rytmy ścierają się z ambientowymi przestrzeniami, fragmenty noise’u fizycznie atakują słuchacza, a poszczególne utwory często sprawiają wrażenie celowo poszatkowanych i niestabilnych. Mimo to album posiada własną logikę – bardziej intuicyjną niż zbudowaną kompozycyjnie. To muzyka funkcjonująca na poziomie impulsów, przeciążeń i emocjonalnych spięć, a nie klasycznej narracji. Co jednak szczególnie istotne, w tym całym (nie)kontrolowanym chaosie otay:onii potrafi momentami wprowadzać słuchacza w stan niemal hipnotycznego transu. Powtarzalne motywy, zapętlone rytmy, rytualne wokalizy i stopniowo narastające napięcie sprawiają, że niektóre fragmenty działają wręcz fizycznie – jakby muzyka pulsowała gdzieś pod skórą. Shi bardzo świadomie operuje dynamiką: po nagłych erupcjach hałasu potrafi zostawić przestrzeń dla medytacyjnych, wyciszonych pasaży, które z czasem ponownie zagęszczają się i destabilizują całą strukturę utworu. Dzięki temu Love Is In The Shit nieustannie balansuje pomiędzy skrajnym przeciążeniem a dziwnym, kosmicznym wręcz zawieszeniem.

Najciekawsze jest jednak to, że pomimo całego ciężaru Love Is In The Shit pozostaje albumem zaskakująco czułym i momentami wręcz mistycznym. Shi nie tworzy wyłącznie dźwiękowego koszmaru – w tych wszystkich cyfrowych deformacjach, hałaśliwych eksplozjach i brutalnych zderzeniach gatunków stale obecna jest potrzeba bliskości oraz próba odnalezienia czegoś ludzkiego pośród emocjonalnych ruin. Szczególnie mocno wybrzmiewa to w sposobie, w jaki artystka pracuje z głosem. Jej wokal często przypomina rytualną inkantację – zawieszoną gdzieś pomiędzy lamentem, medytacją i transowym performansem. Niekiedy pojawiają się subtelne odniesienia do azjatyckiej melodyki czy sposobu frazowania, ale Shi wykorzystuje je niezwykle intuicyjnie i daleko od egzotyzujeącej estetyki. To raczej naturalny element jej wrażliwości niż świadomie eksponowany motyw.

Właśnie dzięki temu album posiada bardzo specyficzną duchowość – niejednoznaczną, momentami niepokojącą, ale jednocześnie hipnotyzującą. Nawet w najbardziej agresywnych fragmentach muzyka otay:onii sprawia wrażenie głęboko cielesnej i organicznej, jakby wszystkie te noise’owe struktury oddychały własnym rytmem. Shi potrafi budować napięcie w sposób niemal ceremonialny – stopniowo zagęszcza warstwy dźwięku, zapętla motywy, prowadzi słuchacza przez kolejne fale przeciążeń, by po chwili pozostawić go w stanie dziwnego emocjonalnego zawieszenia. To właśnie ten kontrast pomiędzy brutalnością a transową subtelnością sprawia, że Love Is In The Shit działa tak mocno – zamiast estetyzować cierpienie, pokazuje je jako doświadczenie pełne sprzeczności, groteski, ale też kruchego piękna.

Love Is In The Shit nie jest płytą łatwą ani komfortową w odbiorze, ale trudno znaleźć obecnie drugi album eksperymentalny, który równie skutecznie łączyłby emocjonalną szczerość z tak radykalnym językiem dźwiękowym. Otay:onii stworzyła materiał brutalny, chaotyczny i momentami wręcz przytłaczający – a jednocześnie zaskakująco poruszający. Co chyba najważniejsze, to muzyka absolutnie osobna. W czasach, gdy bardzo często można odnieść wrażenie, że w w tej dziedzinie sztuki powiedziano już wszystko, Lane Shi wciąż potrafi tworzyć własny, natychmiast rozpoznawalny świat – pełen cielesności, duchowości, hałasu i emocjonalnych skrajności. Jej twórczość nie sprawia wrażenia wykalkulowanej próby „bycia oryginalną” – ta oryginalność wynika raczej z bezkompromisowej potrzeby budowania własnego języka i rozbijania kolejnych ograniczeń, zarówno muzycznych, jak i psychicznych.

Bardzo wyraźnie słychać również jej podejście do samej idei tworzenia. W utworze No Talent Shi niemal programowo rozprawia się z romantycznym mitem artystycznego „geniuszu”. Kiedy powtarza “I have no talent, just a story after another story”, trudno odbierać to jako zwykłą autoironię. To raczej manifest oparty na przekonaniu, że sztuka nie rodzi się z wyjątkowości danej nielicznym, ale z doświadczenia, pamięci, wrażliwości i nieustannego procesu przetwarzania emocji oraz relacji z otoczeniem. W jej podejściu twórczość nie jest więc narcystycznym gestem budowania własnej legendy, lecz próbą zachowania człowieczeństwa pośród przeciążenia, chaosu i psychicznej erozji. Sama artystka mówiła zresztą w wywiadzie dla Anxious Magazine, że aby powstało coś nowego, człowiek musi najpierw rozbić własne mury i ograniczenia. W przypadku otay:onii słychać to niemal w każdym fragmencie Love Is In The Shit – albumu, który brzmi jak transmisja z nierzeczywistego snu. 

Data wydania: 8 maja 2026

Artur Mieczkowski