Lumberton Trading Company / LP / 2026 // Amultamento / DL /8” Lathe cut / 2026

Świeżutki, najnowszy album Nicka Motta. Opublikowany jako część znakomitej, winylowej serii Elite Editions, zainaugurowanej przez Lumberton Trading Company, obejmującej sześć limitowanych wydawnictw artystów, takich jak: Andrew Liles, Reverse Image, Bass Communion, irr.App.[Ext.] i Zoviet France. Nic dodać, nic ująć, tylko palce lizać i nikogo nie powinno dziwić, że subskrypcja zniknęła w tempie błyskawicznym.
Przejdźmy do konkretów. Na następcę The Fall Of The Human Empire przyszło nam czekać, aż prawie cztery lata, z przeróżnych to powodów, ale co najważniejsze The Fruit Of Surrender ujrzało światło dzienne. O samym artyście, mogliście już parokrotnie przeczytać na łamach naszego magazynu, jako integralnej część Volcano The Bear, czy też, występując po prostu jako Nick Mott włączając w to projekty poboczne, ale o tym później.
I już na samym początku mojego pisania muszę stwierdzić, że w momencie kiedy igła gramofonu „przesłała” pierwsze sygnały do głośników, aż po ostatni rowek winylu zawierający dźwięk, przesłuchaniu towarzyszyło zaskoczenie, rodzaj niespodzianki. Jest to chyba jedno z najbardziej pożądanych odczuć podczas zapoznawania się z jakimkolwiek artefaktem kulturalnym. Nie chodzi tu o pozytywne czy negatywne wrażenie, bo to zwykły ludzki dualizm, ale o sam efekt wywierany na odbiorcy. Nick, już na swoim poprzednim albumie, w sposób bardziej widoczny rozpoczął penetrację sfery rytmicznej w swoich fonicznych działaniach. Jednak obejmowało to całość utworów, nie tylko ich trybalnych elementów, ale i pętli czy repetytywnych fragmentów „nie perkusyjnych”, wykorzystywanych podczas procesu tworzenia. Wszystko to oczywiście podlane, wymyślnymi tłami, sonicznymi zaskokami, kolażami.
Tymczasem już otwierający album Doo Bass uziemnia nas rodzajem metronomicznego pulsu o czystej, sprężynującej barwie. Rytmika zostaje odważniej wysunięta do przodu, zdecydowanie. Wrażenie przelewającej się wody, procesowanych głosów i ruchu ulicznego towarzyszy tej najdłuższej, bo aż jedenastominutowej kompozycji. Nie tylko długości skrywa sekret utworu, ale i bliższe przyjrzenie się podanemu jak na talerzu rytmowi. Odkrywamy, że główna sekwencja Doo Bass zostaje kilkakrotnie powtórzona podczas trwania całości, z tą różnicą, że w przeróżnej prędkości. Niby nic wielkiego, ale właśnie ta manipulacja odkrywa przed nami, za każdym razem nową domenę „tego samego dźwięku” – jego własności, wibrowanie, współbrzmienie, całkowicie zmieniając perspektywę.
Co do rytmu samego w sobie, to pełni on raczej rolę struktury, która pomimo że jest ruchoma stabilizuje, podtrzymuje całość. Dotyczy to zresztą całego materiału na płycie. Chociaż pierwsze kontakty z materiałem mogą sprawiać wrażenia przejażdżki w sekwencji 4/4, to jest to tylko złudzenie. Na Fruit of Surrender odczuwamy bardziej archaiczne badania nad rytmem (i brzmieniem), odniesienie do elektroniki późnych 70. czy pierwsze lata 80. Głosy przepuszczane przez staromodne wokodery. Antyczne, czy też retro, ale jakże wspaniałe syntezatory, oscylatory (nieważne czy prawdziwe, czy generowane sztucznie) i ich spiralnie nurkujące pochody, zagrania. Przyzwyczajeni do bardziej „kolorowej”, surrealistycznej palety sonicznej stajemy się świadkami wyprawy, gdzie kalejdoskopowa gama kolorów zostaje zastąpiona monochromatycznym wymiarem. Odsłania to przed nami bardziej zminimalizowany świat muzyki, ale pozwala za to skupić się na jednej barwie i jej odcieniach, nasyceniach czy tonach. Umyślnie używam słownictwa zbliżonego do malarstwa, czy plastyki – jak wiadomo Nick eksploruje nie tylko dźwięk, jest równocześnie artystą wizualnym, rysownikiem, autorem kolaży. Nic dziwnego, że te dwie domeny uzupełniają się wzajemnie, wchodząc w interakcje ze sobą. Wielokrotne odsłuchy odsłaniają przed słuchaczem, na pierwszy rzut bardziej minimalne konstrukcje, ale właśnie to subtelne pokłady, dodatki, zmiany w zdecydowany sposób budują całość, równocześnie będąc niewidzialnymi. Na The Fruit of Surrender doświadczamy przemiany Nicka surrealistycznego tkacza wielowątkowych wypraw, w Nicka badacza, szalonego naukowca skoncentrowanego na badaniu jednej, euforycznej idei.
Działając w ramach Volcano The Bear czy jako artysta solowy Nick – o czym wspomniałem wcześniej – angażuje się również w działalność poboczną, czyli projekty. I właśnie nadarzyła się doskonała okazja, aby zaprezentować Wam Amultamento: duet Nicka Motta i Laurence Coleman (również członka Volcano The Bear, Earth Trumpet, Guignol i imzrbz). Wydawnictwo zostało zatytułowane po prostu Amultamento 3 i jak łatwo się domyślić jest trzecim z rzędu sygnowanym tą nazwą oraz trzecim, które ukazało się w tym roku. Jeżeli w tym momencie pojawia się wam w głowie hasło: trzy wydawnictwa na przełomie zaledwie 6 miesięcy, to uspokajam nadwrażliwych i narzekających: są to pozycje zawierające do dwudziestu minut muzyki, a w przypadku 3 jest to 8” singiel. Jako, że obaj panowie są wielbicielami nośników fizycznych, a w szczególności winyli, więc oprócz wszędobylskiej cyfry, można zamówić przepiękne wydanie w formie limitowanego 8” lathe cut. Czas aby zmierzyć się z zawartością tego cudeńka.
Wiadomo, tytuły wydawane w formie singla mają tylko jedno ograniczenie: czas ich trwania. Reszta spoczywa w rękach wykonawcy, jak wypełni ten czas. Dwa utwory, po pięć minut każdy, wypełnione po brzegi DŹWIĘKIEM, tak koniecznie dużą literą, aby podkreślić dosłowną erupcję tej lawy fonicznej. Tutaj dzieje się tak dużo i tak wiele, że nawet ci, co są przygotowani na wciągające, sensoryczne przedawkowanie mogą poczuć się jak niespodziewany cios w potylicę. Przez ułamek sekundy pozostajemy w odrętwieniu, dalej to już jazda bez trzymanki. Wykorzystując przeróżne instrumentarium, jak: organy, taśmy, ręczne perkusjonalia, gitary, flety, tube i zróżnicowane techniki procesowania, motowania. Aby otrzymać tak radioaktywny wywar Amultamento nie tylko wykorzystują: organy, taśmy, ręczne perkusjonalia, elektronikę, flety, tube, gitary i inne przeróżne, dźwiękowe cudeńka.
Dochodzi do tego sprytne przetwarzanie, precyzyjne edytowanie, które w przypadku obu panów zawsze są integralną częścią procesu tworzenia, w celu otrzymania finalnego rezultatu. Mówiąc krótko: wysokooktanowe, przyspieszone pętle perkusyjne, ozdobione powykręcanymi, zniekształconymi głosami. Sprężynowe rozładowania strun, maniakalne zagrywki klawiszy. Zacięcia, cut up’y wprowadzające na pierwszy rzut czysty chaos doprowadzają do szalonego wręcz tantrycznego amoku, w którym pędzimy przed siebie w niewiadomym kierunku, przeskakując z jednego wymiaru w drugi. Po drodze starasz się zachować jakąkolwiek logikę, rozeznanie, kontrolę nad zmysłami. Pytanie: tylko po co? Po prostu oddaj się bezgranicznie tej lubieżnej wyprawie, póki trwa. Wtedy uzmysłowisz sobie, ile można doświadczyć w ciągu 10 minut.
Nick Mott – data wydania: czerwiec 2026
Amultamento – data wydania: 28 lipiec 2026
Marek “Lokis” Nawrot