Meow Carpet – Kotsuage

Zoharum / Hidden Beauty / DIY Koło / CD/DL / 2026

Anxious magazine Meow Carpet – Kotsuage

Nie wiem, z czego to wynika, ale koty i melomani to niemal nierozerwalny duet. To oczywiście tylko moja subiektywna obserwacja, a nie wniosek z badań naukowych, jednak sądząc po dyskusjach na współprowadzonej przeze mnie grupie, mruczki nadzwyczaj często asystują nam w odkrywaniu nowych dźwięków. Zapewne sam zaprosiłbym jakiegoś pod swój dach, gdyby tylko moja alergia nie była silniejsza od sympatii do tych wąsaczy!

Koty bywają świetnymi kompanami muzyków, choć – jak się okazuje – opowieść o ich siedmiu życiach jest jedynie mitem. Chyba że te kolejne wcielenia nie są już postrzegalne dla naszych zmysłów. Odchodzą tak, jak wszystkie inne istoty, a pożegnanie z nimi to proces, który po prostu trzeba przejść.

Zapytacie zapewne: dlaczego o tym piszę? Przecież to ma być recenzja, a nie esej o futrzakach. Spokojnie – wszystko się ze sobą łączy.

Dziś polecam Wam płytę artysty, którego możecie kojarzyć ze zgoła innej stylistyki. Krzysztof Piotrowski to gitarzysta Schröttersburga – jednej z naszych najlepszych formacji łączących zimną falę, post-punk i industrial z głęboką poezją. Meow Carpet to jego solowy projekt, pod którego szyldem ukazał się właśnie debiutancki album zatytułowany Kotsuage.

Warto zacząć od rozszyfrowania tego tytułu. Choć zawiera w sobie polskie słowo „kot”, w rzeczywistości odnosi się do japońskiego rytuału pogrzebowego. Kotsuage to moment, w którym rodzina po kremacji bliskiej osoby delikatnie zbiera kości zmarłego, by umieścić je w urnie. To wyjaśnienie pozwala powiązać wszystkie wątki: płyta jest w całości poświęcona Kicie – kotu Krzysztofa, który odszedł jakiś czas temu. Co więcej, Kita w pewnym sensie współtworzył ten materiał, nie tylko towarzysząc muzykowi, ale i stąpając po klawiszach czy efektach, zostawiając tym samym swój fizyczny ślad w zapisie dźwiękowym.

Czas na muzykę. Jeśli znacie macierzystą formację Piotrowskiego, to… nie szukajcie jej tutaj, przynajmniej nie wprost. To album ambientowy i medytacyjny, wprowadzający słuchacza w stan zawieszenia między jawą a snem. Weźmy pierwszy utwór: zaczyna się od monotonnego drona, który towarzyszy nam przez całe dziesięć minut kompozycji. Z czasem obrastają go dźwięki quasi-środowiskowe: szum strumienia, odgłosy spadających kropli. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że całość przepoczwarzy się w estetykę new-age, ale wtedy wkracza transowy, motoryczny i chłodny rytm. W pewnym momencie pojawia się mikrotonalny, orientalizujący motyw gitary – poczułem wtedy, jakby był to bardzo spowolniony powidok z czasów albumu Om Shanti Om Schröttersburga. To doprawdy fantastyczna kompozycja.

Ta płyta przeprowadza nas przez pierwsze etapy żałoby. Słychać tu mnóstwo smutku i podniosłej nostalgii, przełożonej na język syntezatorów, rozwlekłych akordów i gęstych plam gitarowych efektów. To muzyka do słuchania w skupieniu, najlepiej wieczorem. Co ciekawe, mimo ciężaru tematu, nie jest to materiał depresyjny. W tym pożegnaniu drzemie nuta nadziei i dojrzałej wdzięczności dla wiernego kompana. We mnie te dźwięki wywołały uczucia bliskie tęsknocie, jaka towarzyszy oglądaniu wyblakłych polaroidów: obrazów dzieciństwa, młodości oraz ludzi i krajobrazów, które bezpowrotnie zniknęły z naszego życia.

Z tymi dźwiękami kontrastuje okładka – kolorowa i psychodeliczna. Patrząc na nią, można by spodziewać się eksperymentalnego popu w duchu Mars Audiac Quintet czy Emperor Tomato Ketchup grupy Stereolab. Nie oceniajcie więc tego albumu po opakowaniu!

Kotsuage to pozycja warta niezwykle uważnego poznania. Wy słuchajcie, a ja idę nasypać karmy. Miau!

Data wydania: 8 kwietnia 2026

Karol Mazurek