Maple Death Records / LP/DL / 2026

Mai Mai Mai nie idzie na kompromisy – jego twórczość to ciągła ewolucja, badawcza podróż przez świadomość i rytuały. Karakoz otwiera nowy, osobisty rozdział tego artystycznego śladu: nagrany głównie w Palestynie (Ramallah i Betlejem) w 2024 roku, w cieniu trwającego konfliktu, album łączy jego tradycyjne, industrialne miasma z lamentem duchowych hymnów, śródziemnomorską hauntologią i bliskowschodnimi pieśniami żałobnymi. Efekt to muzyka, która niesie zarówno rozpacz poszkodowanych społeczności, jak i walczącą nadzieję – z pogranicza ambientu i transowej rozpaczy.
Siłą płyty jest autentyczność procesu – album, nagrany podczas rezydencji artystycznej we współpracy z Radio Alhara i Wonder Cabinet, jest wynikiem sześciotygodniowej rezydencji w Betlejem i Ramallah w okresie od stycznia do maja 2024 roku, podczas której Mai Mai Mai zagłębił się w tradycyjną muzykę Palestyny. Nie była to jedynie studyjna wyprawa, ale też głębokie zanurzenie w palestyńską tradycję muzyczną: spotkaniami z lokalnymi artystami, eksploracją archiwów i nagrywaniem rezonansów tej ziemi. Ta intymna praca terenowa przekłada się na materiał, który brzmi jak tkanka złożona z wielu nici – terenowych field recordings, sesji studyjnych i fragmentów archiwalnych splecionych w jedną spójną narrację.
Na poziomie kompozycyjnym Karakoz balansuje między surowością a subtelnością. Otwarcie – Grief z przejmującym lamentem Mayi Al Khaldi – stawia ton: głos tradycyjnego śpiewu spleciony z warstwami i ciągłą zmiennością. Julmud wnosi do Dawn Of The Cremisan Valley syncopowane rytmy i niepokojące tekstury; yarghul Osamy Abu Alego, perkusje i bouzouq Jihada Shouibiego i Karama Faresa dokładają regionalnej barwy; zaś Echoes of the Harvest z Alabasterem DePlume’em – Buchla i saksofon w elegijnym, oszczędnym ujęciu – oraz filtrowany głos Hajji Badriyi z archiwum Ramallah Popular Art Center wprowadzają momenty niemal sakralnej zadumy. Wszystko to brzmi jak kolaż – miejscami surowy, miejscami przejmująco delikatny.
Moje wrażenie po kilku przesłuchaniach jest takie, że Karakoz działa na dwóch poziomach równocześnie – dokumentalnym i symbolicznym. Z jednej strony słyszymy konkretne źródła dźwięku: instrumenty, pola dźwiękowe, archiwalne głosy – to zapis miejsca i czasu. Z drugiej – Mai Mai Mai potrafi z tych elementów wydobyć uniwersalne emocje: żal, gniew, tandetny spokój chwili, nadzieję, która nie zna łatwych form. To sprawia, że album nie staje się eksotycznym trofeum; pozostaje szczerym kontaktem z realnym doświadczeniem ludzi i krajobrazu, w którym powstawał. W połączeniu z field recordings tworzy to wrażenie warstw czasowych – jakby przeszłość i teraźniejszość rezonowały jednocześnie, a słuchacz stawał się świadkiem ich dialogu. Karakoz jako inscenizacja teatru cieni – miejsce spotkania, gdzie zbiera się społeczność – nabiera tu dodatkowej, niemal scenicznej głębi.
Nie mogę też nie wspomnieć o etycznym wymiarze tej płyty – nagrywanie w miejscu konfliktu i praca z lokalnymi muzykami to nie tylko artystyczne wyzwanie, lecz także odpowiedzialność. W Karakoz ta odpowiedzialność wydaje się być pojęta poważnie: materiał brzmi jak współtworzony, a nie wykorzystany. To ważne i rzadkie – w projektach, które łączą artystę z zewnętrzną tradycją kulturową.
Data wydania: 6 stycznia 2026
Artur Mieczkowski