Koty bez oczu, psy bez nóg – Koty bez

Requiem Records  / CD/DL / 2026

Anxious magazine Koty bez oczu, psy bez nóg – Koty bez

Anatomia nieobecności. 

Gdyby cisza miała swój ciężar właściwy, nowa płyta duetu Koty bez oczu, psy bez nóg ważyłaby tonę. Wydany nakładem Requiem Records album Koty bez to nie tylko zbiór kompozycji – to seans spirytystyczny, w którym medium staje się taśma magnetofonowa, a duchy przybierają twarze naszych własnych, skrzętnie ukrywanych lęków.

Już sama nazwa projektu działa jak filtr: odstrasza poszukiwaczy łatwej rozrywki, przyciągając tych, którzy w sztuce szukają prawdy nieociosanej i niepokojącej. Rozalia Grabowska i Tymon Kolubiński nie kłaniają się konwenansom. Ich najnowsze dzieło to radykalny manifest minimalizmu, który paradoksalnie wypełnia przestrzeń szczelniej niż ściana dźwięku shoegaze’owych formacji.

Muzycznie poruszamy się w rejonach, które najłatwiej byłoby zaszufladkować jako dark folk, awangarda, ambient lub minimalizm sakralny, ale te wszystkie rozstrzelone etykiety zdają się tu wciąż zbyt ciasne. Kolubiński operuje brzmieniem niczym konserwator zabytków – z pietyzmem wydobywa chropowatość fortepianu, elektryczny oddech organów Harmona i organiczny szum analogowych nośników. To nie są sterylne, cyfrowe sample; to dźwięki o konkretnej fakturze i ciężarze gatunkowym. Organy Harmona – instrument dziś niemal zapomniany – staje się tu centrum grawitacyjnym całego wydawnictwa: spaja kompozycje, dociąża je, kotwiczy w rzeczywistości.

Na tym fundamencie wyrasta głos Rozalii Grabowskiej. Jest w nim coś z ludowej zawodzicielki, ale i chłodna, niemal kliniczna precyzja. Gdy śpiewa teksty własne lub te autorstwa Zbigniewa Godlewskiego, nie tyle je interpretuje, co uobecnia. W piosenkowych miniaturach pokroju „Oczu” czy w rozległej suicie „Koty Bez”, wokal staje się instrumentem liturgicznym, wprowadzającym słuchacza w stan specyficznego odrętwienia.

Nie sposób uciec od porównań do legendarnej grupy Księżyc (nie bez powodu Koty bez oczu, psy bez nóg dzieliły scenę z tą formacją!) czy estetyki oficyny OBUH Records. Jednak o ile tamci artyści częściej dryfowali w stronę oniryzmu i baśniowości, o tyle Koty bez osadzone są w twardszej, bardziej doczesnej ziemi. To muzyka o bezbronności; o tym, co zostaje z człowieka – i ze zwierzęcia – gdy odejmie mu się atrybuty siły. Tytułowa „brakowość” staje się tu metaforą czystego, fizycznego odczuwania, pozbawionego ochronnego pancerza wzroku i ruchu.

Płyta jest gęsta i wymagająca – blisko godzina materiału, w którym każda sekunda wydaje się rygorystycznie zaplanowana, nawet jeśli jest efektem improwizacji. Najmocniej uderza „Kiedyś przyjdzie ten sam rok” – dwuczęściowa kompozycja rozciągnięta do granic wytrzymałości słuchacza, tak intymna, że czujemy się niemal jak intruz podsłuchujący cudzą spowiedź. To tutaj najwyraźniej słychać, czym ten album jest w istocie: osobistym doświadczeniem, które twórcy oddają nam bez znieczulenia. Po wybrzmieniu ostatniego akordu powrót do radiowych playlist wydaje się wręcz niemożliwy.

Koty bez to pozycja dla odważnych. Dla tych, którzy potrafią usiąść w ciemności i przez blisko godzinę po prostu słuchać, rezygnując z jakiejkolwiek innej aktywności. Ten album nie prosi o uwagę – on ją wymusza swoją ascezą. Requiem Records po raz kolejny udowadnia, że jest przystanią dla artystów, którzy zamiast tworzyć produkt, wolą kreować osobne światy. Koty bez oczu, psy bez nóg powołały do życia uniwersum, w którym mrok nie służy do straszenia, lecz do tego, by wreszcie dostrzec to, co istotne.

Data wydania: 27 marca 2026

Karol Mazurek