kIRk – K.

Requiem Records / CD / DL / 2022

kIRk K. recenzja Anxious Magazine

kIRk to płocka grupa muzyczna z naprawdę długim stażem na polskiej scenie undergroundowej, która tworzy muzyką z pogranicza eksperymentalnego jazzu, illbientu, a także instrumentalnego hip-hopu. Trzon składu tworzy natomiast Olgierd Dokalski i Paweł Bartnik. Pracując nad najnowszym materiałem, zostali oni zasileni przez Stanisława Matysa, który gra na duduku. Aktualnie prezentują nam swój najnowszy album. Ale po kolei…

Tak się składa, że 11 lat temu, kiedy dopiero zaczynałem się interesować niecodzienną i nie najpopularniejszą muzyką, kIRk prezentował światu swój pierwszy długogrający album pod tytułem „Msza Święta w Brąswałdzie”. Cieszę się niezmiernie, że dane było mi przeżyć i doświadczyć tego momentu w czasie rzeczywistym, kiedy płytę tę odsłuchiwałem zaledwie parę dni po jej premierze. Płytę, która zarekomendowana mi była zresztą przez akolitów „Niezalu Codziennego”, co samo w sobie wydaje się być dobrym uzupełnieniem tej historii i egzemplifikacją faktu, jakie rejony reprezentował zespół i jakich miał wówczas słuchaczy. Dodam jeszcze, że materiał ten cieszył się wtedy niebywałą estymą, a zespół darzony był wielkimi rewerencjami wśród odbiorców podziemnej sceny.

Ale po co właściwie cały ten wstęp? Ano po to, żeby podkreślić fakt, iż kIRk jest nazwą, która mi – i jak sądzę wielu innym, podobnym – utrwaliła się w pamięci, jako projekt w pełni świeży, niecodzienny i ekstrawagancki. Tworzący przy tym muzykę na światowym poziomie, choć czerpiący ochoczo i bez wstydu z „polskości”. O uznaniu i marce niechaj zaświadczy fakt, że zespół wystąpił na najważniejszych polskich festiwalach, czyli: na Open’erze, na OFF Festivalu, jak również na Tauronie. Ich muzyka znajdowała uznanie wśród takich osobistości, jak Jerzy Mazzol czy Michael Gira z legendarnej grupy Swans.

O tym, że kIRk jest tworem niezwykle wyszukanym i oryginalnym już wiemy. Ciężko zresztą, aby było inaczej, skoro autorzy ci swoją ewolucję twórczą charakteryzują w następujących słowach – „kIRk przechodził od techno tria grającego w Tresorze, przez wieloosobowy kolektyw flirtujący z wieloma nurtami tzw. miejskiej muzyki, aż po elektro-akustyczny, rozimprowizowany żywioł”. Nie tylko jednak rozwój muzycznej ścieżki i mapa przeobrażeń kIRka stanowi o jego niezwykłej osobliwości. Stoi za tym również fakt, że twór ten ma charakter niezwykle koncepcyjny, a przekonać się o tym mogliśmy wszyscy równo 11 lat temu, kiedy światło dzienne ujrzała „Msza…”. Ale i nie tylko.

Przed nami oto ukazuje się krążek o tajemniczym tytule „K.”. Najnowszy, i jednocześnie piąty długogrający album tego składu. Zanim jednak poświęcimy kilka zdań samej muzyce, warto wziąć pod lupę background i ideę, jaka stoi za tym enigmatycznym materiałem. Nie od parady zresztą wspomniałem kilka zdań wcześniej o koncepcyjności, którą klasyfikuję jako silny walor płockiego składu. Olgierd Dokalski, który odpowiada w zespole za sekcje dętą, jest także autorem opowieści skleconej na potrzebę powstania „K.”. A może odwrotnie, to prezentowana ścieżka dźwiękowa tejże płyty powstała jako uzupełnienie napisanej przez Olgierda historii? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że autor ten napisał i wyreżyserował krótki film, który towarzyszy temu albumowi. Opowiada on o uczuciu, jakie pojawia się pomiędzy dwojgiem emigrantów. Akcja rozgrywa się na warszawskim bazarze azjatyckim. Jest szary i chłodny listopad. Wspomniany wyżej bazar symbolizuje natomiast przykrą i nużącą codzienność, która – w obliczu natchnionych, ale jakże zwyczajnych okoliczności – staje się jaśniejsza i pogodniejsza. Sielankowa szarość. A może raczej szara sielanka.

Ścieżką dźwiękową do siedmiominutowej produkcji jest otwierająca kompozycja (“Alyona”) z najnowszej płyty o tytule. Zabieg ten staje się więc sugestią dla słuchacza, że koncepcje stojące za obrazem i dźwiękiem wyraźnie się zazębiają. Gdy spojrzymy zresztą na tracklistę albumu, powinien przykuć naszą uwagę fakt, że tytuły utworów reprezentowane są przez obcobrzmiące imiona o pochodzeniu: semickim, arabskim, rosyjskim, czeskim, litewskim, a także greckim. Czy więc kIRk na tym materiale próbuje dotknąć tematu obcokrajowców wywodzących się z najróżniejszych kręgów kulturowych, którzy dzień w dzień muszą stawiać czoła sromotnej rzeczywistości naszego kraju? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale z pomocą może przyjść nam treść płyty „K.”. Mamy tu bowiem kinematyczny, budujący powoli napięcie, ambient, który wprawić potrafi słuchacza w stan zadumy, ale i również niepokoju. Ambient zbudowany skądinąd głównie za pomocą sekcji dętych. Muzyka na tej płycie zdaje się być właśnie soundtrackiem do anturażu prezentowanego w filmie Dokalskiego. Zbudowana jest na zasadzie przenikających się kontrastów. Miejscami pretenduje ona do roli ukajającego minimalizmu, wydaje się być wtedy ciepła i odprężająca, lecz chwilę później potrafi wywołać u słuchacza uczucie grozy.

Nowy kIRk to materiał nawet nie tyle, że niejednorodny, co trudny do jednoznacznego odbioru. Zaproponowana przez muzyków koncepcja jest wprawdzie fascynująca, lecz nie dane jest nam pełne poznanie losów jej bohaterów. Ale może właśnie to jest w tym wszystkim najlepsze. To, że historia ta jest pełna niedopowiedzeń i nie ma swojej pointy. A może poszukać powinniśmy jej w naszym otoczeniu, wokół nas, w środku naszej codzienności? Nie wiem. Choć jednego jestem całkowicie pewien, że kIRk spełnił znów swoją rolę wzorowo, gdyż – podobnie jak w przypadku poprzednich materiałów – stworzył dzieło wciągające i pozostawiające przenikliwe wrażenie na granicy ukojenia i dyskomfortu.

Janusz Jurga

Premiera: 3 grudnia 2022
Olgierd Dokalski – trumpet
Stanisław Matys – duduk
Paweł Bartnik – electronics