AKP Recordings / MC/DL / 2025

Ponownie dostąpiłem pełni oślepiającego światła bezpośrednio w moje nieparzyste oko – to, co robi Kirin McElwain z dźwiękiem, jest czystą magią. Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem krótkie, odrealnione Viriditas – spotkanie równe oddechowi przed głębokim zanurzeniem, niedopowiedziane, zostawiające przestrzeń dla wyobraźni. Wtedy też przeprowadziłem z Kirin wywiad, w którym mówiła o instrumentach jak o ciałach. A jednak – oto przybywa z nieznanych zakamarków Youth, płyta, w której czas splata się z pamięcią, a muzyka staje się wykopaliskiem osobistych przeżyć. Ach ta Kirin, jak ona czaruje – hokus pokus, króliczku uciekaj.
Youth brzmi jak katharsis sprzężenia zwrotnego – projekt powstały między Brooklynem a Sztokholmem, tworzony w czasie dwóch lat, ale wykuty na gorąco podczas pięciu dni rezydencji w EMS, gdzie Kirin mierzyła się z halldorophonem – instrumentem podobnym do wiolonczeli, karmiącym sam siebie feedbackiem. Halldorophone w jej rękach to lustro, które odbija traumę nauki, siłę ambicji.
Youth jest jakby pracą wykopaliskową – McElwain wraca do swoich pierwszych lekcji, do percepcji ciała wobec smyczka, do tego momentu, gdy technika staje się klatką i jednocześnie przepustką. Trening klasyczny – studia magisterskie, występy w salach takich jak Carnegie Hall czy praca przy ścieżkach dźwiękowych – to tło, które nadaje powagi. Lecz ta powaga tu się łamie: wiolonczela zostaje rozmontowana, pocięta, przetworzona przez system modularany, przekształcona w odłamki, które zamiast układać się w linię melodii, rozrzucają iskry (ach, jak one cudownie oślepiają) sensu w polu niskich dronów i przesterowanych tekstur.
Kirin – eteryczna, zawieszona – pojawia się jak pamięć, przerywa syntetyczne morze, by znowu zniknąć. Wnosi starożytne odcienie, kontrapunkt do brutalności elektroniki. Czasami dźwięk przechodzi w graniczny szum. Zestawienie eterycznego z ostrym to wynik wprowadzenia różnych części siebie w dialog. Ten dialog jest palpacyjny – słychać, jak klasyczna dłoń uczy się improwizować z chaosem maszyn, jak perfekcja techniki negocjuje swoją wolność z radością zabawy, a zarazem z niepokojem i wstydem.
Kompozycje na płycie dryfują między sub-basowym dronem a hipnotycznymi pasmami dźwięków. To, co mogłoby być tylko eksperymentem, staje się językiem – językiem, który nazywa pożądanie i wstyd bez moralizowania. Słuchając Youth, mam wrażenie, że stoję przy otwartym gruzowisku własnych oczekiwań – i widzę, jak z tych odłamków wyrasta coś nowego: muzyczna tożsamość, która przyjmuje swoje rysy, nie ukrywając blizn.
Są tu momenty brutalnego piękna – uderzenia feedbacku, które wibrują w mostku rozumu; są też chwile niemal liryczne, w których smyczek prowadzi prostą, prawie dziecięcą frazę. W tej sprzeczności leży najważniejsza prawda Youth – nie chodzi o odrzucenie przeszłości, lecz o rozmowę z nią. Kirin nie ucieka od perfekcji, ani nie odrzuca elektroniki – ona je zestawia, każe im się widzieć nawzajem, i w tej konfrontacji pojawia się uważność.
Chciałbym podkreślić coś jeszcze – odwaga płyty i jej z jednej strony tajemnica z drugiej bardzo bezpośrednie docieranie do słuchacza. McElwain mówi wprost o kształtowaniu relacji z instrumentem, o radości, którą przyniosła jej elektronika, o procesie, w którym demonstruje: „jestem wdzięczna, że mogę wyrazić siebie na moim instrumencie, ale praca z elektroniką była źródłem radości i wyzwolenia”. Słychać to w każdym gestie smyczka, w każdym przesunięciu głośności (a te z kolei tworzą napięcie, które tak cenię w muzyce), w akceptacji dźwiękowej niedoskonałości jako elementu prawdy.
Jako słuchacz czuję też w Youth piękne echo – miks klasyki, eksperymentu i improwizacji, które Kirin zna z występów dla MET, telewizyjnych produkcji, czy małych salek koncertowych. Płyta nie zostanie manifestem technokratycznym, jest zaproszeniem – do stanięcia w przestrzeni, gdzie nie trzeba już bronić swojej tożsamości ani perfekcji.
Ta muzyka jest jak strumień świadomości, Youth wymaga takiej formy spotkania. To album wymagający – otwiera portale, wiele portali, w których są kolejne portale, pełne małych portali. I kiedy gasną ostatnie drony, zostaję z ciepłym zimnem w klatce piersiowej. Kirin McElwain otwiera proces – jak odbyta rozmowa z samą sobą, pełna pytań, drobnych zwycięstw i bez złudzeń. I właśnie za to – za tę niełatwą, szczerą pracę nad sobą – chcę jej podziękować, a Wam zostawić przestrzeń, byście weszli tam sami i w niepewności stawiali krok za krokiem.
Po raz kolejny pozostaję pełen szacunku dla talentu Kirin McElwain i idę zanurzyć się w nowych dźwiękach. Bo jeśli muzyka potrafi tak głęboko rozszczelnić ciszę – to może właśnie tam, pomiędzy jej szczelinami, kryje się prawdziwe „ja”?
Data wydania: 10 października 2025
Artur Mieczkowski