Kinact – Kinshasa in Action

Nyege Nyege Tapes / LP/DL/ 2026

Nyege Nyege Tapes / LP/DL/ 2026

Widzisz Nyege Nyege Tapes i wiesz, że łatwo nie będzie – nadchodzi kolejny album, który z premedytacją przekracza granice i testuje cierpliwość słuchacza. Nowe wydawnictwo – Kinshasa in Action jest jednym z nich. Nie dlatego, że próbuje krzyczeć głośniej niż inni, lecz dlatego, że jego język wyrasta z ruchu, z materii ulicy i z ciał ludzi, którzy od lat zamieniają publiczną przestrzeń w teatr, obrzęd i akt sprzeciwu. To zapis kolektywu, który przetapia odpady w kostiumy, narzędzia w instrumenty, GNIEW, rytm. Ten fundamentalny gest przebija się przez każdą sekundę płyty i sprawia, że doświadczasz jej fizycznie.

Nagrania brzmią jak dokument – nie w sensie reporterskim, lecz ontologicznym, mamy tu do czynienia z przeniesieniem rytuału do formy zarejestrowanej, z próbą spętania żywej materii ulicy w ramy płyty. To efekt rezolutnej rezydencji w studiu Nyege Nyege Tapes – przemiany studia w warsztat, warsztatu w pracownię teatralną. W efekcie materiał nie zachowuje się jak album „studyjny” – jest surowy, fizyczny, miejscami nieprzewidywalny, płyta, która działa ciałem i przenosi się wyżej, do ducha.

Album otwarcie buduje napięcie niemal natychmiast  i zaproszenie do uczty – nie ma tu wprowadzenia, jest natychmiastowe wejście w sam środek zdarzenia. W brzmieniu Kinact od razu rozpoznajemy to, co najważniejsze: wiercenia, brzdęk stali, trzaski metalu i plastikowych bębnów splecione z chóralnymi inkantacjami. Te dźwięki mają ciężar, są fizyczne i szorstkie.

W Cercle de Tambour KinAct avec Manza perkusja przejmuje kontrolę – industrialne staccato zderza się z falującymi fletami i zbiorowym krzykiem, tworząc wrażenie miejskiego rytuału uchwyconego w jednym ciągu. Słuchając tego fragmentu, mam poczucie jednoczesnej naturalności i przemocy – rytm organizuje przestrzeń, ale też ją rozsadza. 

W Atelier KinAct i Gaingai siła zostaje przekuta w machinę – wiertła, piły i silniki motocyklowe stają się perkusyjną armią. Te kawałki przypominają mi, dlaczego porównania do wczesnego Einstürzende Neubauten czy Konono No.1 pojawiają się tak często – to podobna estetyka pracy z materią, z hałasem i z ciałem instrumentu. Ważnym jest, żeby zaznaczyć różnicę, tu nie chodzi o rekonstrukcję czy nostalgiczne odniesienie; tu chodzi o działanie tu i teraz – o opowiadanie o mieście, jego skażeniu, przesądach i bolesnych dziedzictwach. Brzmienie jest więc i brukowe, i rytualne zarazem.

To, co w tej płycie najbardziej porusza, to kolektywność – to nie są solowe demonstracje mistrzów, lecz splecione ciała głosów, ruchów i przedmiotów. Każdy z performerów pojawia się tu jak postać z mitologii miasta, od La Femme Électrique po L’Homme Poubelle  i każdy wnosi swoją wizję dźwiękową. Obecność tych personifikacji to wręcz polityczny akt nadania głosu temu, co zwykle jest odrzucane i ukrywane.

Jako słuchacz czuję przy Kinshasa in Action pewien rodzaj egzaminu – płyta nie poddaje się szybkiemu konsumpcyjnemu pożeraniu, po pierwszym odsłuchu byłem zarówno skonsternowany, jak i zaciekawiony. To materiał wymagający uwagi, fizycznego nastawienia i gotowości na konfrontację z brudem i pięknem jednocześnie. Muzyka działa tu jak ciało, pulsuje, łamie się, spiralnie odchodzi i wraca. W dłuższej perspektywie okazuje się, że siła tego albumu nie leży wyłącznie w efektach, twki w gestach, które je wygenerowały: w procesji, w przekształceniu śmieci w insygnia, w rytuale z twarza i rękoma.

Nie wszystko tu musi być „ładne” – i to wielka zaleta tego albumu. Są momenty ostre, niepokojące, wręcz bolesne w odbiorze; są też chwile transu, łączące się w hipnotyczne spirale. Ten balans między agresją a transowością sprawia, że płyta działa na kilku poziomach: jako dokument społeczny, jako instalacja dźwiękowa i jako nocna muzyka taneczna z istnego piekła rodem.

Myśląc o politycznym ładunku tego wydawnictwa, widzę w niej konkretny gest – pokazanie, że kultura ulicy może być formą oporu i pamięci bez wygładzania czegokolwiek. To nie jest estetyzacja biedy ani hałasu, lecz świadome działanie. W tym sensie praca kolektywu prowadzonego przez Eddy Ekete ma wymiar nie tylko artystyczny, ale i obywatelski. To muzyka, która nagle przypomina o tym, że dźwięk może być świadectwem i aktem – że rytm potrafi wskazywać, co w mieście jest ważne, a czego nie wolno przemilczeć.

Nie próbuję tu napisać o „uniwersalnej przystępności” – Kinshasa in Action nie jest płytą, która wtoczy się w nasze uszy łatwo. To raczej dokument, manifest i obrzęd. Album, który pyta o przyszłość Demokratycznej Republiki Konga, o przyszłość afrykańskich miast i o to, jak dźwięk może być narzędziem pamięci i jednocześnie oporu.

Dla mnie to jedna z tych płyt, które zmieniają sposób słuchania przez przestawienie skali, uczą mnie, by traktować hałas jako archiwum, rytm jako narratora, a odpad jako materiał kulturowy. I choć nie każdemu trafi w gusta, to właśnie ten radykalizm – ta gotowość do bycia niewygodnym – czyni Kinshasa in Action jednym z najważniejszych wydawnictw roku.

Data wydania: 27 marca 2026

Artur Mieczkowski