Jim O’Rourke & Jos Smolders – Albumin

Moving Furniture Records / LP/DL / 2026

Anxious magazine Jim O’Rourke & Jos Smolders – Albumin

I tym razem, z wielką przyjemnością i ponownie zapraszam do przeczytania felietonu z serii „Starcia Tytanów”, w której swobodnie debatuje, koncentrując się na współpracy pomiędzy minimum dwoma lub więcej artystami. Jednak warunek jest jeden: muszą to być nazwiska, pseudonimy po usłyszeniu których, odzywa się Wielki Dzwon Kanionu Muzycznego, przynajmniej dla mnie. 

Nie chciałbym, jak w takich przypadkach często bywa, poświęcić połowy czy większości pisania na przedstawienie obu bohaterów Albumin. Po pierwsze: nierzadko prowadzi to do, tu dobrze nadaje się słowo nadużywane w terminologii filmowej: spojler. Pewnego, odgórnego nastawienia, uprzedzenia się jeszcze przed samym, personalnym zapoznaniem się z tematem. Zapewne, natychmiast pojawią się głosy: czy sama recenzja nie jest spojlerem samym w sobie? Odpowiedzcie sobie sami. Po drugie: czasem dobrze jest ruszyć zadek i poszperać, poszukać informacji na własną rękę, zresztą których na temat zarówno i Jima i Josa jest dosłownie masa. Zarówno jako słowo pisane czy też w formie audio. Jednym zdaniem zamknę ten temat. Obaj muzycy odcisnęli, i nadal to robią, trwały ślad w tej niczym nieograniczonej domenie, jaką jest dźwięk: zarówno jako twórcy, muzycy,  odpowiedzialni za miksy, mastering, remastering czy też audio renowacje / restaurowanie.

Albumin to już drugi owoc tego duetu, w ramach którego zostajemy zaproszeni na dwie ponad osiemnasto minutowe wyprawy / eksploracje w świat dźwięku. Ponownie ich działania odbywają się w ramach muzyki konkretnej i kompozycji elektroakustycznej. Chociaż osobiście nie jestem zwolennikiem zbyt akademickiego podejścia do muzyki, to personalnie efekt końcowy płyty zdecydowanie przekroczył oczekiwania, przeskakując poziom wyżej niż wspomniany debiut Additive Inverse. Wykorzystanie Kyma System przez O’Rourke i syntezy granularnej przez Smoldersa wprowadza nas w spektralny audio świat pełen abstrakcji, ale i nie do końca. Tutaj, ta abstrakcja nabiera bardziej rozbudowanego pojęcia, nabierając posmaku metafizyki. I chociaż wciąż jest to artystyczne badanie anatomii dźwięku samego w sobie, jego możliwości widmowych i akustycznych to element “ludzki” dodaje biologicznego charakteru całości.         

Otwierające minuty (HP-HP) przynoszą wrażenia rezydowania, nie tyle w chmurze muzyki spektralnej, co też w algorytmie przestrzennego rozmieszczenia dźwięku, zwanego “Sidereal sound”, propagowanego przez Coil. Ten charakterystyczny posmak przyciemnionej, niezidentyfikowanej materii oscylującej w przestrzeni robi wrażenie, rozrastając się w sferę rozdrobnionych mikro brzmień. Wielkim atutem nie tylko tego utworu, ale i całości albumu jest jego wieczna kontynuacja, niekończąca się narracja. Poszczególne segmenty współgrają ze sobą, chociaż formalnie nie stanowią całości. Ruchome struktury, pozbawione rytmu, objawiają się samoczynnie w przestrzeni. Nieznane są mi źródła dźwięku, częściowo zgaduje, ale wypływają echa preparowanych strun, katarynki czy kropel wody, bardziej przypominających rozcieranie niż kapanie. Jedyne co mogę rozpoznać na 100% to głos ludzki pojawiający się w 10 minucie tej wyprawy w autonomię tembru. 

Istotą Albuminu jest adoracja dźwięku, badanie jego możliwości, struktury, gdzie liczy się proces tworzenia. Synteza ziarnista staje się tu narzędziem wykonawczym zapewniając rozciąganie w  czasie, zmianę częstotliwości i praktycznie nieograniczoną manipulacje domeny audio. W tak doświadczonych rękach wszystko jest możliwe. Budowane napięcie narracyjne raz narasta, aby znów przycichnąć z dźwiękami à la preparowane shakuhachi, ewoluując w zapętlenie ruchomej struktury słyszanej na początku utworu.

R(OP-OP), druga odsłona albumu, rysuje mobilne elementy, które dzięki procesowaniu czy manipulacji spektralnej w czasie rzeczywistym, nabierają życia, frywolnej egzystencji w wymyślonym świecie i przestrzeni. W pewien sposób oddaje to, co Asmus Tietchens proponował nam w środkowej części swojej kariery. Ciekawe jest też brzmienie oscylujące w większości w średnich i wysokich rejestrach bez wbijania szpilki w ucho. W ten sposób z rzadka pojawiające się niskie podwaliny basowe, stanowią idealny kontrast dla całości, otwierając strefy, które często odczuwany pod naszymi nogami, stąpając po niepewnym gruncie. Jak wspomniałem powyżej muzyka podlega ciągłym przemianom, brak tu zastoju. 

Jest to rodzaj pracy organicznej barwą dźwięku, rezonansem i zależnościami harmonicznymi. Jeżeli panowie zbijają czy raczej łączą całość w jeden monolit, to brakuje mu cech typowego dronu. Staje się raczej masywną tkanką nieustannie zmieniającą swój bieg czy rodzaj kierunku. Tylko dokąd, w jakim celu? Mam nadzieję, że tego dowiemy się przy kolejnej współpracy Jima i Josa.

Data wydania: 5 czerwca 2026

Marek “Lokis” Nawrot