Ignatz – I Don’t Know

By the Bluest of Seas / LP/DL / 2026

Anxious magazine Ignatz – I Don't Know

Ignatz to – inspirowany amerykańskim paskiem komiksowym Krazy Kat z lat 10. zeszłego stulecia – pseudonim Brama Devensa, belgijskiego muzyka, znanego głównie z albumu II z 2007 roku, zawierającego eksperymentalną muzykę gitarową. To właśnie gitara stała się znakiem rozpoznawczym Ignatza, który za jej pomocą (a także eterycznymi, sennymi plamami wokalu) kreślił awangardowe, soniczne pejzaże.

Na najnowszej płycie o tytule I Don’t Know zamienia on gitarę na klawisze, zainspirowany rodzinnym spadkiem w postaci pianina. Co prawda słychać, że jest samoukiem, który nie aspiruje do technicznej doskonałości, ale nie przeszkadza to w kierunku, do którego jednoznacznie dąży na płycie. A dąży w prawie każdym utworze do tego samego, nawet jeśli na różne sposoby. 

Otwierający płytę A Dog Enters The Room wydaje się jednym z najbardziej dziarskich utworów płyty. Pomimo atonalnych drone’ów na drugim planie, mamy tutaj w zasadzie duszny od dymu papierosów bar i pianino przywodzące na myśl Toma Waitsa, chociaż w odległym i onirycznie wykrzywionym zwierciadle. W Time Well Spent ścieżka klawiszy zmienia się w maniakalnie oderwane od tonu staccato, które wraz z zawodzącymi, ukrytymi w pogłosie jękami zaczyna przypominać łagodny, ale niezmiennie przerażający senny koszmar. Przy Dual Days wracamy na „ładniejsze” tory i zaczynamy rozumieć stałość cech, które cechują płytę aż do ostatnich dźwięków na All Will Be Saved. To muzyka marzeń, niepewności i atmosfery, która balansuje między tonami ambientowymi i folkowymi.

Świetnie przy tym spełnia swoją funkcję do tego stopnia, że jedyny otwarcie atakujący słuchacza przesterem i ostrymi dźwiękami utwór, czyli właśnie tytułowy I Don’t Know, tak bardzo nie pasuje do reszty. Domyślam się, że w koncepcji utwór miał pokazywać jedną z ekstrem skali pokazania wcześniejszych emocji – przesterowane dźwięki klawiszy przypominają zniekształconą w schizoidalnej psychozie pozytywkę. Osobiście odbieram to jednak jako nie tylko umieszczone w niezgrabnym momencie trwania płyty (o wiele lepiej brzmiałoby to na końcu), ale jest też zwyczajnie mniej dopracowane niż pozostałe utwory.

Utwór ten przypomina jednak przysłowiową kroplę łyżkę dziegciu w beczce miodu. Album jest na tyle dobrze wyprodukowany i przygotowany, że ciężko go nie polecić. Całość wydana jest na winylu w sposób wybitnie estetyczny. Biały karton z płytą obleczony jest w czarny papier, przyozdobiony fenomenalnymi, melancholijnymi zdjęciami autorstwa Beaty Szparagowskiej, o których mój odpowiednik zajmujący się zdjęciami powinien skrobnąć analogiczną recenzję. Fantastyczne.

Data wydania: 6 marca 2026

Adam Lonkwic