Hyper Gal – Our Hyper

SKiN GRAFT Records / LP/CD/DL / 2026

Anxious magazine Hyper Gal – Our Hyper

Our Hyper to płyta, na którą czekałem z dużym zaciekawieniem – pamiętam swoje zaskoczenie i natychmiastową fascynację po odsłuchu poprzedniej płyty, After Image. Tamten materiał działał jak coś niespodziewanego, trudnego do uchwycenia, a jednocześnie dziwnie wciągającego od pierwszych minut. Od tamtej pory byłem ciekaw, w którą stronę Hyper Gal pójdą dalej – czy utrzymają ten balans między hipnozą a nieprzewidywalnością, czy może spróbują go rozbić. Our Hyper jest odpowiedzią.

Po Pure i After Image duet z Kansai nie brzmi już jak obiecujące, osobliwe zjawisko z obrzeży sceny, tylko jak zespół świadomy własnej formuły i umiejący ją stale zdeformatować. Właśnie to najbardziej mnie tu interesuje – nie sam fakt, że Hyper Gal są trudne do zaszufladkowania, ale to, że z albumu na album coraz lepiej wiedzą, jak wykorzystać tę trudność jako siłę, a nie ozdobnik.

Na Our Hyper jeszcze wyraźniej słychać, że ograniczony skład wcale nie oznacza tu żadnego uproszczenia czy emocjonalnej oszczędności. Wręcz przeciwnie – w tej muzyce wszystko wydaje się podane w stanie dużego skupienia, jakby każdy dźwięk był ustawiony, pomysł za pomysłem, ale bez utraty spontaniczności. Koharu Ishida i Kurumi Kadoya nie próbują udowadniać, że dwie osoby mogą zabrzmieć jak cały zespół od wszystkiego. One robią coś ciekawszego, w swoim duecie budują zamknięty, pulsujący organizm, w którym rytm, wokal i powtórzenia nawzajem się napędzają, ale też podkopują. Ta muzyka idzie w głąb, a im dłużej trwa, tym mocniej zaczyna działać jej napięcie, to drobne przesunięcie akcentu, urwany gest, pozornie niewielka zmiana, która nagle potrafi całkowicie przestawić odbiór.

Najciekawsze jest to, że nowa płyta brzmi ciężej, ciemniej i bardziej zdecydowanie, ale nie traci przy tym swojego hipnotycznego rdzenia. W After Image fascynowało mnie poczucie ruchu, ciągłego przesuwania się między formami. Tutaj ten ruch dalej trwa, tylko staje się bardziej nerwowy, bardziej zwarty, czasem wręcz niepokojący. Długo myślałem, że w przypadku Hyper Gal największą siłą jest ich rytmiczna nieprzewidywalność, ale na Our Hyper ważniejsze wydaje mi się coś innego – sposób, w jaki zespół kontroluje napięcie bez jego rozładowywania. To muzyka, która zamiast eksplodować, coraz mocniej zaciska pętlę. I robią to bezlitośnie, także jest zalecany rozsądek w dawkowaniu. 

Duże wrażenie robi też wokal. Na wcześniejszych materiałach hipnotyzująca powtarzalność była jednym z najważniejszych atutów Hyper Gal, natomiast tutaj ten element dostaje więcej odcieni. Pojawia się coś bardziej melodyjnego, miejscami niemal popowego, ale bez utraty dziwności. To właśnie lubię w tej płycie najbardziej – nie porzuca swojego eksperymentalnego charakteru, tylko pozwala mu wejść w relację z czymś bardziej przystępnym, a przez to jeszcze bardziej niepokojącym. Melodia zaczyna wyłaniać się z chaosu, efekt nie jest tym samym łagodzący, tylko intensyfikujący.

Our Hyper brzmi więc jak kolejny krok, ale nie krok „w stronę większej dojrzałości” rozumianej banalnie. Bardziej jak konsekwentne pogłębianie własnego języka. Ich ewolucja polega na tym, że coraz precyzyjniej wydobywają z własnego brzmienia jego ciemne jądro. I właśnie dlatego ta płyta działa tak mocno – bo czuć w niej zespół, który nie próbuje uciekać od własnej tożsamości, tylko coraz odważniej ją rozcina i przepuszcza przez nowe napięcia.

Jeśli After Image było obrazem w ruchu, to Our Hyper jest już tym ruchem wpisanym w ciało. Bardziej nerwowym, bardziej zwartym, bardziej świadomym. I chyba właśnie dlatego tak przekonującym. 

Dookreślenie „szufladkami” Hyper Gal jest bardzo problematyczne (ale i zarazem jest to zaletą), jako że tu każdy gatunek trochę pasuje i trochę nie, ale gdybym miał to sensownie opisać, to poszedłbym w takie zestawienie: avant-pop – przez sposób pracy z wokalem i momenty bardziej melodyjne, minimal wave / minimalism – za repetycję i oszczędne środki, noise / harsh noise (wpływy) – w fakturach, drone / hypnotic minimal – przez transowość i zapętlenia, albo po prostu Wielkie BOOM. Pozwólmy wylać się emocjom, tych tu nie brakuje.

Data wydania: 10 kwietnia 2026

Artur Mieczkowski