ELpH vs Coil – Worship The Glitch

Eskaton, Dais Records / LP/CD/DL / 1995, 2018

Anxious magazine ELpH vs Coil – Worship The Glitch

Album Worship The Glitch (pierwotnie wydany w 1995 roku w wytwórni Eskaton, później wznowiony przez Dais Records) to jedno z najbardziej kultowych i nieoczywistych nagrań w dyskografii Coil. Jego tytuł nie jest przypadkowy – “glitch” odnosi się tu do błędu, ale nie jako defektu, lecz jako źródła kreatywnej mocy. Celebruja przypadku, radykalne przekraczanie granicy kontroli i zanurza nas w niepokoju, w anxiousowej atmosferze.

Klucz do zrozumienia tej płyty leży w znaczeniu aliasu ELpH. W trakcie sesji nagraniowych muzycy Coil zauważyli niezamierzone, losowe kompozycje pochodzące z ich sprzętu – ich syntezatorów, maszyn modularnych, oprogramowania. Te „wypadki” nazwali ELpH: konceptualna istota, półsprzęt fizyczny, półbyt niebiański, trickster, który miesza się w ich metody i wpływa na przebieg sesji. To „sobowtór”, który celowo miesza metodologię Coila, „rzucając klucz w tryby” ich procesu twórczego. John Balance sugerował, że ich sprzęt był „kanałem” jakiejś pozaziemskiej lub astralnej transmisji: „to, co przechodziło przez nas, nie wydawało się być całkowicie naszymi myślami”. W wywiadach Coil mówili, że przez tydzień czuli, że dochodzi do ciągłej transmisji, jakby „coś” nad nimi się otworzyło – a potem ta transmisja nagle ustała.

Z czasem Coil nie tylko zaakceptował te zakłócenia, ale zaczął je świadomie wykorzystywać, przekształcając „błąd” w swoich nagraniach jako coś zamierzonego. To właśnie filozofia projekcji ELpH leży u podstaw Worship The Glitch – a tytuł albumu jest hołdem dla tego procesu.

Historycznie Worship The Glitch stanowi ważny punkt w karierze Coil. To ich pierwsza pełnoprawna płyta o koncepcyjnym charakterze, w której przypadek (chance) – który tak pokochałem – nie jest wyrzucony na margines, lecz stał się fundamentem tworzenia. Wydana nakładem Eskaton – wytwórni założonej przez Johna Balance’a i Petera Christophersona – płyta stanowi kolejny etap w ewolucji Coil: od bardziej konwencjonalnej elektroniki ku eksperymentalnym, nieprzewidywalnym kompozycjom.

Album otwiera utwór Dark Start, co samo w sobie stanowi zapowiedź wejścia w głębinę ciemnej niepewności. Słychać puls analogowych oscylatorów, delikatne przerwania, które przywodzą na myśl moment, gdy maszyna właśnie się budzi – ale nie do końca wiadomo, czy do życia, czy do wstępnego chaosu. To wprowadzenie jest rytualne – jak wezwanie istoty, którą Coil później nazwie ELpH.

Opium Hum to jeden z najbardziej znaczących fragmentów płyty. W jego brzmieniu słychać buforowanie, jakby pewien efekt cyfrowy zawodził: dźwięk się zacina, łapie pętlę, zniekształca. W kontekście opisu sesji nagraniowych, gdzie pojawiały się „losowe kompozycje” z ich sprzętu.

The Halliwell Hammers / The Halliwell Hammers (2) / The Halliwell Hammers (3). Cykl trzech wariantów tego utworu tworzy ciekawą strukturę narracyjną. Pierwsza część jest bardziej surowa, składa się z mechanicznych pulsacji i „tanecznego” rytmu, który zdaje się być prowadzony przez los. W drugiej wersji słyszymy większą deformację, jakby struktury muzyczne zostały zbudowane z fragmentów poprzednich podejść i przefragmentowane przez glitch. Trzecia odsłona to rodzaj echo-rewizji: przypomnienie motywu, ale w nowej, zdeformowanej przestrzeni sonic­znej – symboliczny cykl narodzin, chaosu i przemiany w jeszcze bardziej nieznane.

We Have Always Been Here – jeden z dłuższych i minimalistycznych, „medytacyjnych”, długo rozwijający się momentów płyty. Tytuł sugeruje wieczność, obecność bytowego „trickstera” ELpH. W muzyce słychać spowolnione pulsacje, tła, które przywodzą na myśl modlitwę lub kontemplację. To poniekąd centralny moment albumu – świadectwo zgody Coila na bycie współtwórcą ze swoim „wewnętrznym chaosem”.

Manunkind – krótki, ale jakże wymowny utwór. Tytuł może być może grą słów: „man / unkind” – człowiek / nieludzki. Brzmieniowo zdaje się być delikatny, fragmentaryczny, jak nagranie, które zostało przerwane, albo jak maszyna, która zapomina, co miała grać. To może symbolicznie odnosić się do odczłowieczenia, jakie pojawia się, gdy technologie same generują dźwięk. Coil w tej materii ustanowił w tej materii odhumanizowane mistrzostwo, którego nikomu nie udało się przekroczyć. Być może nawet i im samym. 

Hysteron Proteron Jewel – nazwa utworu przywodzi na myśl paradoks (“hysteron proteron” to figura retoryczna polegająca na odwróceniu kolejności logicznej, z greckiego ὕστερον hýsteron – „późniejszy” i πρότερον próteron – „wcześniejszy”), co zdaje się być metaforą samej płyty: błędy stają się wartością, przypadek tworzy strukturę. W tej kompozycji słyszymy nieregularne impulsy, momenty ciszy oraz przebłyski harmonii – jak perła wyłaniająca się z chaosu.

Mono to jedna z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji – w rzeczywistości mocno przetworzona wersja gitary solowej, oparta na melodii Nancy Sinatry z piosenki Bang Bang (My Baby Shot Me Down). Ten fragment pokazuje, jak Coil potrafią przekształcić znane motywy w całkowicie obce pejzaże poprzez glitchową obróbkę – oryginalność rodzi się z dekonstrukcji. Dekonstrukcja swobodnie dryfuje po Wszechświecie. 

Końcowe, Ended to jak cicha modlitwa lub zamknięcie obrzędu. Trwa nieco ponad minutę i brzmi jak echo odległego wyciszenia – jak ostatni oddech maszyny. To zakończenie, które przypomina, że glitch, przypadek i ELpH nie znikną; pozostają częścią procesu.

Słuchając utworów takich jak Opium Hum, Caged Birds czy Mono, mam wrażenie, że trafiam do świata, gdzie świat dźwięku rozpada się na mikroskopijne kawałki. Ścieżki płyną bez jasno zarysowanych punktów orientacyjnych; są raczej kolażem, mozaiką glitchy, szumów i delikatnych harmonii. Każdy fragment brzmi jak (nie)uchwycony moment – część kaskady zakłóceń, która mogła być przypadkiem, ale staje się celowym aktem artystycznym.

To, co czyni tę płytę tak przejmującą, to napięcie między kontrolą a chaosem. Coil nie odrzuca swoich narzędzi, dopuszcza je do głosu, pozwala im „błądzić” i pozostawić ślad. W efekcie powstaje muzyka intymna i zarazem obca jak słuchanie maszyn snujących opowieści we śnie.

Nie jest to płyta łatwa to raczej obrzęd dźwiękowy, ceremonia błędu, w której ELpH jako byt-trickster zaprasza nas do wspólnej praktyki. Słuchając jej po latach, zyskuję jeszcze większy szacunek do tej ścieżki: wizji, w której technologia jest współtwórcą, partnerem w akcie kreacji.

Dla współczesnego słuchacza Worship The Glitch pozostaje inspiracją: w czasach, gdy glitch stał się niemalże nadużywanym gatunkiem, Coil był już tam, badając zakrzepy nieporządku i tworząc z nich piękno. Album, który nie tylko broni się jako artefakt historyczny, ale wciąż pulsuje „nową” energią, zachwyca subtelnością i prowokuje pytaniami o naturę błędu, twórczości i granicy między człowiekiem a maszyną.

Na osobną uwagę zasługuje okładka, nad którą spędziłem wiele godzin przemierzając z pozoru proste kształty, w które zostały wplecione niesamowite historie.

Zaproszenie ELpH’ów we własne progi ma swoją cenę. Pamiętaj o tym.

Artur Mieczkowski