Wydanie własne / DL / 2026

Obserwowanie rozwoju niektórych projektów jest czasami bardziej niż fascynujące. Zwłaszcza, gdy ma się taką możliwość absolutnie od samego początku. Wtedy człowiek może nie tylko poukładać sobie całość twórczości danego artysty zgodnie z chronologią (w tempie 1:1) ale i powracać do starszych nagrań z perspektywy upływającego czasu. A bywa, że taka analiza jest naprawdę pasjonująca i pouczająca. Jak choćby w przypadku polsko-niemieckiego projektu DRMōōN. Projektu który śledzę od trzech krótkich materiałów wydanych jeszcze niecałe cztery lata temu, poprzez wydany półtora roku temu album Delusional, aż po rzecz najnowszą, rzecz sprzed kilku tygodni – Terra Tertia.
DRMōōN zawsze kluczył gdzieś pomiędzy elektroniką, zamiłowaniem do basu (i to zarówno tego posiadającego struny, jak i tego syntetycznego), a subtelnymi jazzowymi, momentami wręcz darkjazzowymi inklinacjami. Całość, czasami doprawiana jeszcze neoklasyką, skutkowała nieodmiennie swoistą eklektyczną, choć jednocześnie spójną mieszanką, która powoli, acz konsekwentnie, budowała swoje własne soniczne uniwersum i swój wyrazisty charakter identyfikacyjny. Początkowo trochę pozlepiany, z czasem coraz bardziej przekonujący, konsekwentnie jednak pilnujący basowej podstawy i syntezatorowego mięcha.
I nawet jeśli DRMōōN oddalił się na poprzednim albumie na moment od swoich mocniejszych jazzowych inklinacji, to o nich nie zapomniał, czego subtelne przypomnienie znajdziemy teraz na Terra Tertia. Dodajmy jednak – naprawdę subtelne. Najnowszy album księżycowego doktora przechodzi bowiem w klimaty przede wszystkim lekko psychodelicznej elektroniki, czerpiącej jednocześnie z naprawdę wielu źródeł. Cholernie wielu. I tylko sam DRMōōN wie, jak udaje mu się łączyć tyle różnych wpływów w spójną i homogeniczną całość. Terra Tertia nie tylko raczy nas zamiłowaniem autora do elektronicznych perkusji (jak na Delusional), basu, sampli, lekkich jazzowych wtrętów czy neoklasycznych wycieczek, ale dodaje też pewnego rodzaju typową elektroniczną onirię, taki najbardziej zapalony i uduchowiony new romantic lat osiemdziesiątych. Rzecz jasna, nie ten z czołowych stacji radiowych, czy kojarzony z przebojami które katowała swego czasu MTV. Raczej z gatunku tych ambitnych, chowanych przez tuzów tamtych lat nieco wstydliwie na stronach B singli, bo może niektóre kawałki były i przeambitne, ale nie były przecież materiałami na radiowe hiciory… Na szczęście dziś nikt, a już zwłaszcza niszowy twórca, takimi rzeczami głowy zaprzątać sobie nie musi. W efekcie dostajemy naprawdę fantastyczną płytę, łączącą wszystko to, co zdążyłem już entuzjastycznie wymienić. Nie wiem, czy autor miał takie intencje, a jeśli nie, to czy zgodzi się ze mną, czy może raczej w myślach mnie ukrzyżuje, ale osobiście słyszę tu nawet pewną zbieżność (pokrewieństwo dusz) z najambitniejszymi czasami pewnego brytyjskiego tercetu/kwartetu, którego szczytem twórczości był album z przepiękną krwiście czerwoną różą na okładce. Tak czy siak, taka Impotenza na spokojnie znalazłaby swoje miejsce, gdzieś między Blue Dress a Clean albo może gdzieś między To have and to hold a Agent Orange.
Osobiście, mając w pamięci poprzednie wydawnictwa i rozwój projektu, spodziewałem się po trzecim albumie DRMōōNa i liczyłem na wiele, muszę jednak z zadowoleniem przyznać, że jest nawet jeszcze lepiej, niż oczekiwałem. Zwłaszcza ostatnie trzy utwory robią świetne, klimatyczne wrażenie. Jeśli ten projekt dalej pójdzie w tym kierunku, to…
Data wydania: 14 czerwca 2026
Piotr Wójcik