Coil – The Remote Viewer

Threshold House / CD-R/CD/ 2002

Coil – The Remote Viewer

W świecie IT “Remote Viewer” może odnosić się do aplikacji umożliwiającej zdalny dostęp do maszyn wirtualnych – np. Spice viewer w systemach Linux. Nie sądzę jednak by kolektyw Coi wziął to za źródło inspiracji względem tego albumu. Patrząc od ponad 20 lat na okładkę hipnotyzuje mnie i przykazuje wracać do tego momentu, kiedy cała przygoda z ta płytą się zaczęła. Wkładając pierwszy raz CD-R The Remote Viewer do odtwarzacza, kilka sekund później poczułem, że to kolejne (arcy)dzieło kolektywu Coil, które odbiega od pozostałych – jak przystało na Coil w tamtym okresie – to, co się dzieje na tym materiale to swoisty rytuał transmisji, odsłona miejsc pomiędzy światłem a półcieniem. W pierwotnej wersji pojawiła się jako CD-R w nakładzie zaledwie 500 egzemplarzy, dostępnych m.in. na trasie koncertowej zespołu wiosną 2002. Dopiero w 2006 roku Peter Christopherson wypuścił rozszerzoną edycję – dodając dwa nowe utwory i poprawiony mastering Marka Godwina – co pozwoliło większej gromadzie wyznawców zanurzyć się w tej pętli dronów i szmerów generowanych tylko i (aż) wyłącznie przez jedna planetę – Coil.

Album w swej pierwotnej wersji składał się z trzech długich ścieżek: Remote Viewing 1, 2, 3. W wersji reedycji dodane zostały Remote Viewing 4, 5, materiały powstałe z sesji pierwotnych, ale z nowym glitchem, rytmem i deformacją brzmienia. Czy to zmienia postać rzeczy? W moim przypadku nie, bo skupiam się głównie na pierwotnym wydaniu.

Niewątpiliwie jest jest to jedna z tych „pobocznych płyt Coil, które ustępują miejsca Musick to Play in the Dark i innym „przebojowym” płytom Coil. Uruchamiając mechanizm – Remote Viewing 1 uruchamiamy ścianę dronów i szmerów, które z czasem ustępują miejsca melodyjnym elementom – pojawiają się subtelne podziały, interakcje harmoniczne i rezonanse, które budują ogromną przestrzeń. Tu wszystko staje się ścieżką jak przez tunel – zaczyna się w mroku, a potem eksploruje warstwy powoli, by osiągnąć punkt (o)świecenia.

Remote Viewing 2 jest bardziej stonowany i ambientowy – puls i szumy, przepływy napięć, subtelne przesunięcia. Glitch, “program error” w systemie miejskim, by przejść w ceremonię. Tym samym czas na kolejną część, Remote Viewing 3 – to tu pojawia się kontrast – drony i przetworzone sample przeplatają się z fragmentami rytmicznymi, z elementami perkusji i przetworzeń, jakby nagle zwrot w kierunku taneczności, ale nadal zanurzony w hipnotycznym kontinuum.

Coil, znane z rytualnej, mrocznej i często konfrontacyjnej estetyki, na The Remote Viewer ukazuje subtelność – a wręcz nawet specyficzny rodzaj folku – od brzmień archaicznych (hurdy-gurdy, dudy, szkockie tony) po ultrasubtelne manipulacje cyfrowe. Wszystko tu rezonuje, splata się w pejzaż, który nie jest jednowymiarowy, lecz wielowarstwowy. Na tyle, że wielość tych planów zwiedzam przez lata i wciąż poznaję nowe skrawki.

Wspomniałem o folku? W tym kierunku bym szedł, wyjaśniając płytę – nowy, cyfrowy folk skąpany w pradawnej, zapomnianej kulturze. Folk przetworzony, jak gdyby pradawne pieśni przetoczone przez laser i sygnały szumu; folk zapisany w kodzie, zawieszony pomiędzy autentycznością narzędzia klarnetu czy lirze korbowej a bezcielesnością elektroniki. W tej perspektywie album staje się mapą-ogródkiem dla dusz, które szukają zakurzonego rytuału ukrytego w nowoczesnym łączu: oddech instrumentu i puls maszyny splatają się, tworząc folklor-postprojekcję, archeologię przyszłości, w której pamięć kultury tradycyjnej miesza się z hipertekstem cyfrowym. Jakieś pytania? Coil.

The Remote Viewer leży w tym, że zmusza słuchacza do cierpliwości – nie karmi frazami, lecz rytmem i swoistym narastaniem nastroju, wstrząsami, między ciszą a eksplozją. Gdzieś w górach i gdzieś w niznach. Moment, w którym puls drobnego glitchu rezonuje z dronem, powoduje zawieszenie – i to zawieszenie staje się polem doświadczenia. W tym sensie album nie jest wygodny (czy Coil kiedys był wygodny?), ale nie musi być (i nigdy nie był). To kolaż pamięci dźwięku, epifania pomiędzy dronem, percepcją, rytmem i ciszą.

Nie mam wątpliwości, że The Remote Viewer to jedna z tych płyt, które rosną wraz ze słuchaniem. W pierwszym odsłuchu można się zgubić w mgle cyfrowych warstw; ale przy kolejnych wejściach odkrywa się geometryczne rytmy, repetycję, punkty styku – to jak wejście do labiryntu, gdzie echo niesie nowe tropy przy każdym zakręcie.

Dla fanów Coil to pozycja obowiązkowa – mimo, iż mam wrażenie, że jedna z najmniej docenianych – nie dlatego, że pokazuje ich „obce oblicze”, ale dlatego, że pokazuje ich w fazie transformacji: eksploracji, rozpraszania, redefinicji medium. The Remote Viewer nie zamyka, ale otwiera – jest kanałem do stanu brzmienia, w którym dźwięk staje się ciałem całej struktury. Nowy folk, wygenrowany przez Kosmitów dla Kosmitów.

Moim zdaniem jedna z najbardziej pomijanych płyt projektu (The Remote Viewer został stworzony przez: John Balance, Peter Christopherson, Cliff Stapleton, Mike York, Simon Norris), a który jest jednym z najbardziej zaskakujących osiągnięć zespołu. Wielce kłaniam się kozom.

Artur Mieczkowski

PS. Dziś przypada 21. rocznica śmierci Jhon’a Balance’a

Postaw mi kawę na buycoffee.to