Threshold House / CD / 1992

Słuchając Stolen & Contaminated Songs, wchodzimy w przestrzeń, w której Coil otwiera drzwi do udziału w akcie kreacji – w stanie surowym, nieocenzurowanym, fragmentarycznym. Ten album – nagrany i wydany w 1992 roku – jest zbiorem out-take’ów, alternatywnych wersji i sesyjnych eksperymentów, powstałych podczas prac nad poprzednim krążkiem Love’s Secret Domain (1991). Co jednak istotne – nie sprawia wrażenia zestawu odrzuconych kawałków, które nie przeszły selekcji, lecz jako całość jawi się jako autonomiczne dzieło: posiada własną logikę, własny klimat, własny rytm. To nie „materiał B-side”, to raczej odrębna ścieżka, w którą zespół wszedł świadomie – świadomie oddając fragmentaryzację, dekonstruując kompozycję, pozwalając dźwiękowi na bycie w stanie narastającego stanu, zarysowując przestrzeń, w której echo powstaje przed pełnią, a formy ukazują się jako półprzezroczyste szkielety.
Od pierwszego fragmentu – utworu Futhur (pierwotnie zatytułowanego Further), pojawia się sygnał, że to nie będzie konwencjonalna podróż. Już sam tytuł – z prowokacyjnym przekręceniem litery – sugeruje wariację, dekonstrukcję, odbicie w lustrze: kontynuację, ale nie poddaną klasycznym regułom. W miarę jak album się rozwija, napotykamy na kolejne warstwy dźwięków: glitchowe zakłócenia i ściany dronów, ambientowe pola rozciągające się w czasie, jazzowe improwizacje subtelnie wplecione w tło, industrialne sprzężenia wynikające z analogowego momentu, fragmenty filmowych dialogów (Omlagus Garfungiloops zawiera fragmenty z filmu The Reflecting Skin). W tej strukturalnej mozaice nic nie jest dokładnie tym, czym się wydaje – rytm może być iluzją, melodia może być zniekształcona, tło może przemówić silniej niż solówka. To album-przejście, w którym słuchacz nie tylko słyszy, ale doświadcza przetwarzania: dźwięk jako materia, architektura, duchowy ślad pomiędzy i pomimo.
Miałem zawsze problem z tym albumem, myślę jednak, że już doszedłem z nim do porozumienia. Aktualnie w moim odbiorze jednak najważniejsze jest to: album działa nie tylko jako zbiór dźwięków, ale jako środowisko. W środku tego albumu czuję, że to wszystko staje się otwartą przestrzenią – nie tylko dla emocji, lecz również dla refleksji nad czasem, pamięcią, stratą. W Who’ll Fall? balans pomiędzy pięknem a cierpieniem jest niemal namacalny – nagranie głosu o samobójstwie przyjaciela nakłada niezwykłą wagę na brzmienie: muzyka tu nie jest tłem, muzyka jest świadkiem.
Jednocześnie album unika punktowej dramatyzacji; nie serwuje epickich gestów, lecz raczej sutą, ale gęstą atmosferę – tekstury narastają powoli, cisza punktuje, dron przedziera się przez pękające rytmy i płynne przepływy. W tej jakości Stolen & Contaminated Songs jawi się jako esencjonalny dokument przemiany: zespół, który był znany z rytualności, mroku, dekadencji, decyduje się na rozproszenie formy, na pozostawienie wielu punktów zawieszenia.
Brzmieniowo album zachowuje balans między analogową „materią” – winylowy trzask, sprzężenia, ludzkie nagrania – a cyfrową manipulacją, ambientową przestrzennością i eksperymentem. To, co mnie szczególnie porusza, to świadomość, że każda warstwa tu zdaje się mieć „historię”: przesłuchane sample, przekształcona fraza, powtarzający się motyw – a my jako słuchacze stajemy się archeologami dźwięku, odkrywającymi jego kolejne poziomy.
Moje osobiste doświadczenie z tą płytą jest cechowane stopniowym zanurzeniem się w głębinie: na początku może wydawać się ona chaotyczna – zbyt rozproszona, bez centralnego punktu. Ale przy kolejnych odsłuchach zaczynają się pojawiać linie łączące fragmenty: subtelne rytmy, punktowe pojawienia się instrumentów, echo dawnych form. W pewnym momencie poczułem, że to labirynt – w którym echo zawsze prowadzi w głąb, a nie na zewnątrz. I tam, w tej „głębi”, słyszę najgłębszy sens: dźwięk jako ciało, przestrzeń i transformacja.
W kontekście historii Coila – od industrialnych korzeni, przez eksperymenty w Love’s Secret Domain, po eksplorację rytuału i ezoteryki – Stolen & Contaminated Songs wydaje się momentem refleksji i przejścia. Projekt zmierza nie tyle ku kolejnej konwencji, co ku redefinicji medium: dźwięku nie jako medium rozrywki, lecz jako przestrzeni doświadczenia. W tym sensie, pomimo statusu „out-take’ów”, album nie zostaje w tyle – może nawet wyprzedza wiele późniejszych prac.
Dla mnie to jedna z tych płyt, które nie tylko słucha się, trochę przechodzi bokiem, ale z którymi się zdobywa nowe doświadczenia: zostaje się w ich atmosferze, powraca się do niej, słyszy się nowe warstwy. Nie jest wygodna, nie jest oczywista – ale właśnie dlatego zostaje. Materia i metafizyka odbija się od siebie i tworzą nowe obrazy na wyświetlaczu.
PS. Powyższa okładka pochodzi z wydania numerowanego THIS IS STOLEN AND CONTAMINATED SONGS BY COIL LOCI CD 4 1992 e.v. CD NO. xxxx
Artur Mieczkowski
