Coil – Musick to Play in the Dark Vol. 1

Chalice, Dais Records / LP/CD/DL / 1999, 2022

Coil – Musick to Play in the Dark Vol. 1

Trudno jest mierzyć się z taką legendą, o której powiedziano już niemal wszystko – a mimo to wciąż zbyt mało. Dźwięk jest ważniejszy niż jakiekolwiek słowo. Musick to Play in the Dark Vol. 1 to brama do sonicznego, nieskończonego labiryntu, przepełnionego alchemią. Brama, która prowadzi w przestrzeń nieznaną, w której stary porządek dźwięków przestaje mieć znaczenie, a wszystko co do tej pory uznawaliśmy za „muzykę” zostaje rozmyte jak cienka mgła. To płyta, która w momencie premiery (wrzesień 1999) oznaczała dla Coil przełom i wejście w nową fazę, nazwaną przez nich “moon musick”.

Musick to Play to czuwanie w półmroku, drzwi otwierające uroki najciemniejszych nocy. Coil zapraszają do ceremonii cienia, do zanurzenia w horyzoncie, gdzie cisza zasługuje na największą uwagę, a każdy szept rezonuje jak bicie serca. Peter Christopherson i John Balance z udziałem Thighpaulsandry i Drew McDowall’a budują świat, który przemieszcza się między ambientem, glitchem, kosmische i czymś pierwotnym, nieokreślonym – jak gdyby odkurzali zapomniane duchowe rejestry muzyki.

Już od pierwszych chwil – kiedy dźwięki zaczynają się sączyć spod warstwy szumów i trzasków – staje się jasne, że nadchodzi nowe, niewyjaśnione. Dźwięk rośnie powoli, niespiesznie, jakby podnosił się kurz ze starożytnej świątyni. W tych pulsujących falach słyszysz ślady zepsutych taśm, trzaski, oddechy, odległe echa – wszystko zatopione w mroku, który zdaje się pochłaniać granice pomiędzy tym, co realne, a tym, co wyobrażone. Do tego głos John Balance recytujący:

This is moon musick, in the light of the moon

To zdanie jest jak inkantacja, jak klucz. Kiedy John je wypowiada, przestajesz być odbiorcą – stajesz się uczestnikiem rytuału. I nagle wszystko, co znałeś jako strukturę, rytm, muzykę – traci sens, a w zamian pojawia się przestrzeń: przestrzeń cienia, podświadomości, snu.

Are You Shivering? wciąga. To jakbyś uchylał drzwi do ciemnej nory – poddasza nawiedzonego przez echo, drżenie powietrza, subtelne trzaski i szumy, które niosą ciężar milczących historii i nieświadomych lęków. Już od pierwszych sekund czujesz sie obserwowany: nie przez oczy, ale przez przestrzeń – przez dźwięk i to, co on niesie. Organowe dźwięki, ciche trzaski, szelest niczym oddech ścian i powoli narastający głos; wszystko to miesza się z twoim własnym biciem serca.

W tej nocy-ścieżce dźwiękowej czas rozciąga się, rozmywa, zlewa w jedną, ciężką falę. Puls planety zaczyna bić w twoich żyłach, w twojej głowie; jakbyś stawał się częścią czegoś starszego, ciemniejszego, pierwotnego. Ten impuls – subtelny, ledwo słyszalny, pełzający – działa jak transfuzja: wprowadza w stan, w którym codzienne pojęcia: bezpieczna przestrzeń, stabilność, normalność – tracą sens.

Głos John Balance jest tu jak przewodnik śniących, prowadzący przez mgłę nieświadomości. Gdy pyta “Are you shivering?” – odnosi się do tripów MDMA, w których brał udział z przyjaciółmi, gdzie „pytali się nawzajem, czy drżą, ponieważ czyste dawki mogą sprawić, że zęby szczękają, a wzrok wibruje”. “Are you shivering? Are you cold?” – zwraca się do twojej duszy, twojej psychiki – do tej części, którą zwykle ukrywasz. Obietnica przemiany: przez zimno, przez drżenie, przez niepokój. Rzeka srebra, którą opisuje – “silver river” – staje się symbolem przejścia, zanurzenia, wyrwania się z dotychczasowej skorupy. W tej płynnej geometrii dźwięku i słów, każdy trzask, każdy szum, każdy oddech jest jak kropla odpuszczonej kontury: granica pomiędzy tym, co realne, a tym, co ukryte, rozmywa się.

Pełne zanurzenie. I to nie w wodę, ale w stan istnienia, który rozpuszcza granice między ciałem a przestrzenią, między tobą a nocą, między słowem a ciszą. I kiedy myślisz, że wiesz, co to znaczy – chwilę później zdajesz sobie sprawę, że nic nie wiesz. Jesteś jak świadectwo zawieszenia, otwartości, niepokoju – utwór, który z pełną świadomością pozostawia Cię sam na sam z własnym cieniem.

Kiedy w Red Birds Will Fly Out of the East and Destroy Paris in a Night wkraczają pierwsze syntezatory, od razu czuć, że przekraczamy próg kosmicznej, szeroko rozpostartej przestrzeni dźwiękowej, w której ambient spotyka się z elektroniką i z duchem “kosmische”. Pulsujące, analogowe tekstury, leniwe arpeggia i wirujące fale syntezatorów rozlewają się niczym łuna księżycowego światła nad opuszczonym miastem, prowadząc słuchacza w rejony niepewne, hipnotyczne, ledwie zaznaczone na mapie świadomości. W tej powierzchni – chłodnej, ale jednocześnie dziwnie miękkiej – czas przestaje być linearny. Rozciąga się, zwalnia, kurczy, a każda minuta wydaje się składać z tysięcy półsekund zanurzonych w pulsie prądów analogowych.

Nie ma tu sterylnej precyzji ani przewidywalnego rytmu. McDowall i Thighpaulsandra wnoszą do albumu materię glitchu, minimalnej elektroniki, subtelnych zniekształceń, które jak echo rozbijają gładką powierzchnię dźwięku. Dzięki nim nie ma tu chłodnego monolitu, wszystko zdaje się być żywym organizmem: warunkującym i żyjącym w przestrzeni, z własnym oddechem. Z jednej strony mamy ten szeroki kosmiczny horyzont syntezatorów – z drugiej: nieregularne trzaski, echo, dźwięk jakby pochodzący z innej rzeczywistości, który składa się na atmosferę niepokoju, transu i nieograniczonej głębi.

Dla mnie Red Birds… jest jak nocna podróż przez pustkę międzygwiezdną – bez przewodnika, z mapą rozmytą światłem odległych gwiazd. To utwór-metafora transformacji: z chaotycznej, surowej rzeczywistości w coś bardziej pierwotnego, trudnego do ogarnięcia – drgający wir energii, w którym materia dźwięku sama zaczyna opowiadać swoją historię. Jego surowa siła, przefiltrowana przez księżycowy blask, przez mgłę, przez echo kosmosu – zyskuje nową, mroczną moc.

Red Queen – zatrzymałem się w centrum Kosmosu – światło dnia zostało przyćmione przez półmrok, w którym zaczyna rosnąć paranoja, niepewność i powolna utrata zaufania. Gra Thighpaulsandry, wygładzone brzmienie, unoszący się w tle drone – wszystko to buduje aurę niepokoju, elegancji i subtelnej alienacji. Red Queen odsłania drugie, ciemne oblicze “moon musick”; mistyczna błogość, psychoakustyczna konfrontacja.

Zestaw pytań, które balansują na granicy wyzwania i oskarżenia:

Now you’ve absorbed it into your system… Now that you’ve been photographed, recorded — What are you gonna do if they don’t believe you?

Te wersy brzmią jak manifest cynizmu wobec mediów, manipulacji, stereotypów, narzucanych narracji. Red Queen to hymn rozpaczy jednostki mierzącej się z obcym spojrzeniem – a jednocześnie próba odzyskania siebie: “made it safe, made it yours”. To opowieść o tym, jak to, co zarejestrowane, może cię śledzić, osądzać, deformować. Tekst rzuca zwątpienie w fundamentalne doświadczenia: prawdę, intymność, autentyczność. I pyta: co wtedy, gdy uwierzyli inni, ale ty sam w siebie nie wierzysz? Co wtedy, gdy zapisane ślady stają się więzieniem?

Red Queen penetruje psychikę jak echo stalowej igły. To jazzowy szelest w kopule grobowej, w której ciepłe pianino miesza się z chłodem oszustwa. To przestrzeń, gdzie każdy oddech, każdy szept i cisza stają się podejrzane. W tej utopijnej, noir-scenie Coil obnażają lęk przed byciem widzianym – i przed byciem niewysłuchanym.

Ale Red Queen to też opowieść o dziwnym rodzaju wolności. Bo pytania, które rzuca, to jednocześnie wezwanie: do obrony własnego wnętrza, do oporu wobec deformacji, do autentycznego posiadania siebie – nawet jeśli świat i tak zamyka twoją tożsamość w klatce lustrzanego odbicia. To pieśń o tym, jak przejąć z powrotem coś utraconego: oddech, obecność, ciszę, prawo do bycia.

Dla mnie Red Queen to jeden z najważniejszych utworów w dyskografii Coil – pokazuje, że ich “moon musick” nie jest tylko melancholijnym śnieniem, ale bronią, lustrem. To kawałek, który miesza ciszę z krzykiem, intymność z okrucieństwem – i pozostawia Cię sam na sam z pytaniem, które boli, ale i zmusza do myślenia: co robisz, kiedy patrzą, słyszą, zapisują – i czy po tym wszystkim potrafisz nadal być sobą?

Broccoli dotyczy zielonych warzyw i kultu przodków, jak objawiono mi to poprzez rozmowę duchów z Austinem Spare’em i moim dziadkiem (zmarłym)

J. Balance

W Broccoli Coil osiągają moment wręcz rytualnej intymności – surowy minimalizm muzyczny spotyka się tu z ciężarem tekstu i wokalem Petera Christophersona, który zmusza do refleksji nad życiem, śmiercią i pamięcią. Muzyka jest prawie ascetyczna: głęboki bas, ciche kliknięcia, (cudowne) trzaski, statyczne szumy, migotliwe echo – wszystko umieszczone w ciemnej, przestrzennej aurze, jakby słyszanej z dna studni. 

Na tym surowym tle dominuje tekst – niby prosty, niby dziecięcy w swojej powtarzalności, ale nasycony znaczeniami:

Wise words from the departing / Eat your greens, especially broccoli / By working the soil we cultivate the sky / We embrace vegetable kingdom.

Wyrzeczenie, prosta instrukcja – i jednocześnie mantra osadzona w metafizyce ciała, roli pokoleń, upływu czasu. „Śmierć matki, śmierć ojca – to coś, na co przygotowujesz się całe życie” – słowa brzmią jak testament, jak przekaz od odchodzących przodków. (“The death of your father, the death of your mother / Is something you prepare for all your life.”). To pieśń o pokorze i korzeniach. Praca w glebie zostaje przemieniona w akt sakralny: (mój ukochany fragment) “By working the soil we cultivate the sky” – to metafora łączności z ziemią, z naturą, z tym, co prastare i stałe. Afirmacja cyklu: uprawy, śmierci, odrodzenia. Dzięki temu w Broccoli codzienność – ziemia, warzywa, proste gesty – stają się świętością. Wojowniczość tej ciszy, tej prostoty jest poruszająca. Coil pokazują, że niepotrzebne są epickie aranżacje, by muzyka poruszała; wystarczy minimalizm, czułość i ciężar słów. To chwila zadumy nad korzeniami, śmiercią, wdzięcznością. I przypomnienie, że czasem to, co proste i przyziemne – ziemia, warzywo, gest „dziękuję” – jest najbardziej docenione i święte.

Bądźcie mili dla swoich warzyw

The Golden Age of Bloodsports
The Golden Age of Bloodsports – Jhonn Balance

One day your eggs are going to hatch and some very strange birds are going to emerge


Strange Birds, oparte na znalezionym cytacie, przywołuje moment, w którym Jhonn „cofnął się do ptasiego umysłu i przez trzy niepokojące dni potrafił jedynie skrzeczeć i ćwierkać”.

W Strange Birds Coil zabierają nas w podróż, która przypomina wejście do lasu rozświetlonego tylko światłem księżyca – z dźwiękami jak echo wśród drzew, które drżą od wiatru albo jakby ktoś gdzieś w głębi puszczy przesuwał gałęzie. Kliknięcia, trzaski (ach, ten rytm z nich stworzony), pogłosy: wszystko to unosi się na tle głębokiej, niskotonowej podstawy, jak gdyby ziemia pod tobą drżała. Dźwiękowy pejzaż nie jest bezpieczny ani przyjazny – to raczej zaproszenie do strefy niepokoju, tajemnicy, wejścia w coś nieznanego.

Utwór ten to zejście pod powierzchnię – do dźwiękowego cienia, gdzie cisza i szum mieszają się, a każdy wariant pogłosu przypomina bicie serca lasu albo oddech dawno zapomnianej istoty. To moment, w którym muzyka staje się przestrzenią, w której czas gubi swoje znaczenie, a rzeczywistość zostaje zmięta i wrzucona w niezbadaną przestrzeń. Strange Birds to jak echolokacja umysłu – dźwięki odbijają się od czarnych ścian podświadomości i wracają, by wzbudzić trwogę, nostalgię i coś między tym, co znane, a co obce. Cudowne odgłosy, cudowne rytmy, cudowna opowieść w odrealnionym lesie rozprzestrzenionym w Kosmosie.

The Dreamer Is Still Asleep kończy album jak zmęczony oddech po nocy pełnej snów i lęków, wędrówce po zaczarowanym, nocnym lesie. Smugi i miękkie klawisze unoszą się jak mgła nad poranną łąką, równocześnie otulając i zawieszając – to jawi się niczym kołysanka, która nie prowadzi do ukojenia, lecz do głębokiej refleksji. Echo głosu John Balance’a, ciepłego i odległego, brzmi tu jak modlitwa skierowana do ciszy: “Hush; may I ask you all for silence? The dreamer is still asleep”. W tej prośbie zawiera się zarówno troska, jak i tajemnica – to wezwanie, by odwrócić się od codzienności, by zanurzyć w to, co nieuświadomione, nieoznaczone, senne.

Tekst utworu stawia przed nami lustro: podsuwa obrazy krajobrazów wyobrażonych w “magnetic fields”, prób ucieczki, cięcia kręgów (“crop circles”) jako metafory odmiany, poszukiwania wyjścia z labiryntu pamięci i traumy. Ostrzega przed czasem i ulotnością: “Not much time left for these escape attempts”, pyta „Who’ll care? Who’ll even remember?” – pytania, które rezonują głęboko: o sens, o przemijanie, o tożsamość.

W tej końcowej miniaturze wszystko, co poprzednie – chaos dronów, glitch, duszne emocje – zostaje zamknięte w ciszy i pięknej smudze dźwięku. Nie ma tu triumfu ani katharsis. Jest raczej poczucie zawieszenia: że podróż się skończyła, echo trwa. Co zostaje, gdy sen (lub rzeczywistość) się kończy? Czego dotąd nie zobaczyliśmy, bo kłamstwo wygasło? Coil (nigdy) nie daje odpowiedzi – daje przestrzeń: do zadumy, do bólu, do milczenia. I to milczenie nie jest pustką. Jest szeptem, pamięcią, stanem zawieszenia – stanem, w którym odkrywamy, że to, co wewnętrzne, jest często potężniejsze niż to, co namacalne.

Dlaczego Musick to Play in the Dark jest trudny do opisania? Bo to płyta, której znaczenie zmienia się za każdym odsłuchem. Często wychodzę z niej inaczej jak wszedłem – zmieniony, przesunięty, uwrażliwiony. To muzyka, która wymaga od słuchacza cierpliwości, gotowości na poddanie się i otwartości na zmianę. To nie jest komfortowa podróż, to ceremonia cienia, tego, co archaiczne i tajemnicze. Nieopisywalne. Uśpione w nas.

Dźwięki zmieniają się subtelnie, detale, które kiedyś ignorowaliśmy, nagle stają się ważne, wypływają na pierwszy plan. To staje się jak rozmowa z nieznaną wersją samego siebie, odkrywanie warstw, które kiedyś zasypał czas lub obojętność. Lustro samo się zmienia, a Ty wraz z nim.

 Artur Mieczkowski

To jest Księżycowa Muzyka. COIL tworzą muzykę księżycowej świadomości na dającą się przewidzieć przyszłość. Jest ona sprzeczna z wcześniejszymi nurtami magicznymi, które przywoływaliśmy. Wpuszczamy teraz to, co wcześniej pozostawało na zewnątrz. Pierwiastek kobiecy. Pływowy. Cykliczny.

Z MIŁOŚCIĄ,
John Balance
Edge Of Avalon, 7.7.99 ev

The Golden Age of Bloodsports – Jhonn Balance