Coil – Love’s Secret Domain

Anxious Coil Love’s Secret Domain

Love’s Secret Domain ukazało się w marcu 1991 roku, choć prace nad nim trwały od stycznia 1988 aż do października 1990. To moment, w którym z chaosu rozpadającej się estetyki Coil próbuje się zrodzić jako nowa mitologia dźwięku – narkotyczna, zmysłowa, pełna ambiwalencji. W czasach, gdy house, techno i acid eksplodowały w klubowych podziemiach, wiele projektów pchało rytm na przód, na front sceny. Coil poszli inną ścieżką. W wywiadach Balance powtarzał: „My nie robimy muzyki tanecznej, używamy rytmów jako tekstury” – beat jest tu składnikiem krajobrazu, nie przewodnikiem narracji.

Tytuł Love’s Secret Domain w skrócie (LSD) nie jest przypadkowy – Coil od lat flirtowali z chemiczną transgresją jako sposobem rozszerzania percepcji. Christopherson i Balance otwarcie mówili, że ich celem jest „muzyka psychoaktywna” – która rezonuje jednocześnie w głowie, sercu i ciele. Słuchając LSD, mamy wrażenie patrzenia na labirynty świadomości – pogłębiane przez beaty i sample, kontrastowane ciszą i ambientowymi przestrzeniami. Narracja mechaniczna, opowieść z dźwięku, która przemienia słuchacza; rytm staje się mrokiem, melodia – światłem, a cisza – fragmentem ukrytej mapy.

Album otwiera Disco Hospital – pozornie krótki, glitchowy, wykrzywiony kolaż dźwięków, który wprowadza w stan niepokoju i jest doskonałym prelydium co nas czeka na tym albumie. Moment, w którym uświadamiamy sobie: „to nie będzie płyta taneczna, z tych tańców jakie znamy” to będzie podróż do wnętrza. Teenage Lightning 1 wprowadza pierwsze pulsacje, nagłe przeskoki, zderzenia syntetycznych plam i fragmentów wokalnych, jakby Coil testowali granice zagubionych sekwencji rytmicznych. Przez Things Happen z udziałem Annie Anxiety (jej narracyjny głos nadaje wrećz kronikarski ton) album zyskuje lokalny punkt ciężkości – moment, w którym tekst i aura wikłają się ze sobą.

Następnie w to wszystko wpływa The Snow – jeden z bardziej przystępnych numerów (który odsłuchiwałem na walkmanie – tak , na kasecie magnetofonowej – podczas obserwacji procesji katolickiego bożego ciała), – i co słyszysz? Harmoniczne filtry wokalu, subtelne przesunięcia akordów, warstwy modulacji, które sprawiają, że linia melodyczna tonie, by wypłynąć ponownie. Śnieg latem? Czemu nie. Uwolnij się i zatańcz. Witaj w świecie Coil! Z kolei w Dark River Coil ukazują swoją zdolność do budowania przestrzeni: pustka, echo, delikatne ścieżki, które snują się w tle, pozostawiając miejsce na własne myśli słuchacza.

W Where Even the Darkness Is Something to See pojawia się didgeridoo, co dodaje egzotyki, a potem powrót do Teenage Lightning II, tym razem bardziej rozbudowanego – gitarowe akordy, sample, przesunięcia rytmiczne, wszystko splecione jak pajęczyna myśli w transie. Windowpane to jeden z punktów kulminacyjnych: beat house’owy, ale nie taneczny w klasycznym sensie — tekst Balanca pełen symboliki (“If you want to touch the sky / Just put a window in your eye” / „Jeśli chcesz dotknąć nieba, po prostu umieść okno w swoim oku”.) wydaje się mówić o otwarciu percepcji, ale też o kruchości tego otwarcia.

Further Back and Faster pogłębia ten dualizm: rytm już nie jest tłem poddanym modulacjom, przesunięciom, glitchom. Titan Arch z udziałem Marca Almonda wnosi moment ekstrawagancji wokalnej – moment, w którym gość z zewnątrz przechwytuje język Coil, ale pod ich własnym znakiem. Chaostrophy to eksploracja napięcia między chaosem a harmonią – coś, co wiecznie będzie trwać i oznajmiać, że Coil nie obawia się nieokreśloności. Lorca Not Orca wprowadza atmosferę lekkiego oddechu przed finałem, a sam Love’s Secret Domain zamyka – cytaty z Blake’a (m.in. “O rose, thou art sick”) i fragmenty z Roy’a Orbison’a (“In dreams …”) miesząją się z transową powtarzalnością, kończąc podróż w zawieszeniu między światłem a ciemnością.

Dla mnie ta płyta jest jak rytuał do setek powtórzeń: budowanie napięcia, erupcje emocji, momenty cichej introspekcji, powroty do rytmu tak, jakby rytm był oddechem świata. Słychać tu, że Balance i Christopherson pracowali na granicy wytrzymałości – konflikty w studiu, brak snu, używki – wszystko to osadza się w surowym brzmieniu, które mimo pozornej „sieczki” osiągnęło apogeum nieprzekraczalności dla słuchacza. Danny Hyde, współproducent, mówił potem, że gdy usłyszał efekt końcowy, pomyślał: „Co my, kurwa, zrobiliśmy?”. Czego ja kurwa słucham od tylu lat i nie mogę ochłonąć?

Okładka Love’s Secret Domain to dzieło Maestro Steven’a Stapleton’a (znany z wielbionego Nurse With Wound), który stworzył malowidło na panelu zwyklego tzw. wychodka – kompozycję barwną, enigmatyczną, pełną symboli i esencji psychodelii. W wywiadzie z Dannym Hyde’em Stapleton przyznaje: „If we had released ‘Love’s Secret Domain’ 30th edition, and we used other artwork… then to me that isn’t it.” (Gdybyśmy wydali teraźniejszą, 30 letnią edycję Love’s Secret Domain i użyli innych grafik… to dla mnie nie byłoby to samo.). Obraz zawiera elementy-znaki: skrzydła, pentagramy, wirujące linie – jakby egzotyczna heraldyka dla konstrukcji dźwięku końca świata i początku ekstazy. Sama warstwa wizualna to integralna część przekazu, most pomiędzy dźwiękiem a obrazem. Wyobraźnią a wielce kosmicznym lotem w nieznane.

Love’s Secret Domain jest próbą muzycznego transmutowania sprzeczności: taneczne motywy wpisane w mrok, ekstaza tkana w ciszę, erotyka, niepokój, duchowość splatana z cielesnością. To album, do którego wracam nie po to, by go rozumieć (Chcesz to zrozumieć?), ale by ponownie odczuwać – aby poddać się jego grawitacji, by znów tracić orientację, potem ją odzyskiwać, by w końcu odkryć, że każde kolejne powtórzenie otwiera inne drzwi, za którymi stoję jak osłupiały, wypełniony LSD po brzegi zmysłów. Spójrzcie na moje uszy, tego nie da się unieść.

Artur Mieczkowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to