Threshold House / CD / 1992

Z tą płytą nigdy nie miałem „po drodze” – aczkolwiek zawsze hipnotyzował mnie sam tytuł, jak obietnica odwrócenia czegoś, co wydaje się nienaruszalne: How to Destroy Angels. Angel jako symbol pierwotności, czystości, transcendencji – i przeciwstawna destrukcja, przewrotność. Wreszcie zdecydowałem się po latach dokonać kilkukrotnego odsłuchu tego materiału pod rząd na potrzeby tekstu do Anxious, i oto co się wydarzyło.
Ta płyta z początku wydaje się być dokumentem wirujących energii, intuicji i przewrotu bardziej niż tradycyjnym albumem-kompozycją. Z jednej strony mamy legendę Coila – Johna Balance’a i Petera Christopherson’a – działających w obrębie rytuału, transu, ambientu. Z drugiej – to wydawnictwo, które już w swojej pierwotnej wersji było prowokacją wobec formy: wydane w 1984 roku jako EP (How to Destroy Angels – utwór ok. 16:45, i drugi Absolute Elsewhere blisko 23 minutowy) na winylu dla L.A.Y.L.A.H. Antirecords. Druga strona pierwszego wydania tej pozycji, Absolute Elsewhere, z założenia miała być, pozbawioną rowków taflą (np. pierwsze tłoczenie) stworzoną na podobieństwo czarnego zwierciadła wróżbiarskiego (scrying mirror), które było używane przez elżbietańskiego maga, Johna Dee do komunikacji z aniołami.
EP-ka ta została dedykowana jako akt-ofiara dla Marsa – boga zarówno wiosny, płodności i wegetacji, zanim stał się głównie bogiem wojny. Dźwięki wykonane przy użyciu surowych narzędzi żelaza i stali, jakby ten zestaw miał zaklinać szorstkość materii i konfliktu. Natomiast w kontekście twórczości Coil to jednocześnie moment inauguracji ich działalności jako duetu John Balance/Peter Christopherson i radykalne wyjście poza ramy muzyki industrialnej: EP-ka nie jest „albumem” w tradycyjnym sensie, lecz performansem, zapisem rytuału, eksperymentem z materią dźwięku i strukturą formy. Warto dodać, że w wersji Remixes And Re-Recordings pojawia się również Steven Stapleton znany przede wszystkim z Nurse With Wound.
Już od pierwszych sekund pojawia się uczucie, że to nie jest „zwykły stan słuchania”, wszystko rozwija się jako edycja stanu bycia – intensywność: drony, metaliczne sprzężenia, ryzyko i zawieszenie. Jakby Coil pisali instrukcję działania przeciwko świętości: Jak zniszczyć anioły – albo pozwolić, by one zniszczyły nas. Przez lata unikałem tej płyty właśnie dlatego, że zdawała się zbyt surowa, niedostępna – czym teraz zyskuje na znaczeniu, gdy przyjąłem ją nie jako zbiór utworów, ale jako przestrzeń. W mojej interpretacji staje się ona studnią czasu i materii – dronowe pola, szmery, powolne transformacje, które nie mają linearnej narracji. Wszystko to sprawia, że zmierzamy w inną, nieznaną przestrzeń. Zdziwieni? Tak potrafi niewielu, Coil zdecydowanie przodują w przenoszeniu w ukryte zakamarki.

Można rzec, że jest to wydawnictwo dość radykalne: płyta, która może zawierać niemal totalną ciszę albo chaos – jest wizją artystyczną. W słuchaniu tej płyty pojawia się moment zawieszenia, kiedy dźwięk zdaje się cofać od bycia „muzyką”, staje się tłem, sondą, ciałem wibracji. W moim odbiorze najbardziej zapada w pamięć ten moment, w którym myśl „tu nic się nie dzieje” przekształca się w „tu dzieje się wszystko”. I to jest klucz: niesamowita intensywność w pozornym braku czegokolwiek.
W kontekście historii Coila – od ich industrialnych początków, przez eksperymenty z alchemią dźwięku, po późniejsze albumy – How to Destroy Angels funkcjonuje jak punkt wyjścia i jednocześnie wyrzutnia totalnej eksploracji. Można powiedzieć, że to album, który pcha do przodu w stylistyce, ale który cofa się, redefiniuje fundamenty: czym jest dźwięk, czym jest cisza, co znaczy forma, co znaczy materiał. Moje pierwsze podejście było obarczone oczekiwaniem – że to będzie coś jak „normalna płyta Coila”, z rytmem, z wiodącą ścieżką. Tylko że tu ścieżka jest niewidoczna, a rytm – mikroskopijny lub wewnętrzny.
Moje wrażenia – po odświeżeniu odsłuchów – są takie: ta płyta nie jest kompulsywna, czyni uwagę koniecznością. Staje się zaproszeniem do labiryntu, z którego nie wychodzisz z nagłym „aha”, lecz z poczuciem, że coś w tobie zostało zmienione. Jest trochę jak doświadczenie medytacyjne, albo rytuał, który zaczyna się w świecie hałasu, a kończy w ciszy. W świetle dnia bywa zbyt intensywna, zbyt otwarta, zbyt bolesna.
Warto podkreślić, że tytuł samego albumu oraz jego aura – „jak zniszczyć anioły” – nie jest tylko prowokacją marketingową. To manifest: przeciw kultowi, przeciw formie idealnej, przeciw strukturze oczekiwań. I to w tym jest piękne, że Coil nie oferują odpowiedzi, oferują (od zawsze i na zawsze) pytania. Stwarzają pole, w którym słuchacz sam musi się wpisać.
Czy to jedna z moich ulubionycyh płyt Coil? Raczej nie – ale z pewnością jedna z tych, które zmieniają sposób, w jaki ich słucham i sposób, w jaki odbieram muzykę w ogóle. Z czystym sumieniem można powiedzieć: nie jest to płyta dla wszystkich – ale jeśli szukasz czegoś, co sprawi, że muzyka przestanie być „czymś do odsłuchania”, a stanie się „czymś do przeżycia” – How to Destroy Angels jest tym miejscem. Niech będzie to moment, w którym niszczysz własne uprzedzenia – odrzucasz oczekiwania podziału, kategoryzowanie i przede wszystkim swój komfort. Wchodzisz w dźwięk jak na pole bitwy, pole transformacji, na którym Twoje pojęcie o pięknie, harmonii i strukturze zostają poddane ukrytemu uderzeniu. Znikasz i słuchasz.
Tytuł pochodzi od koncepcji stworzonej przez Briona Gysina – artystę i mistyka, związanego z Beat Generation i eksperymentami z cut-upem. How to Destroy Angels był jego tekstem/ideą: zniszczyć „anioły” jako symbol narzuconych bytów duchowych, które nie są twoje. Coil przejęli tę ideę i rozwinęli: chodzi o zniszczenie cudzych projekcji duchowości i odzyskanie własnego ciała, pragnień i woli.
…a więc nie chodzi o akt bluźnierstwa, lecz o gest ostatecznie wyzwalający – radykalne odklejenie się od form, które kazano nam czcić, by w ruinach narzuconych znaczeń usłyszeć wreszcie własny głos. To duchowość nie wznosząca się ku niebu, lecz zapadająca się w głąb – tam, gdzie anioły przestają być strażnikami porządku, a zaczynają być przeszkodą na drodze do prawdy o sobie.
How to Destroy Angels nie opowiada „o zniszczeniu dobra”, tylko o zniszczeniu iluzji dobra.
Znikasz i słuchasz.
Artur Mieczkowski
