Threshold House / LP/CD / 1987

Nie jest to płyta, do której wracam najczęściej – jednak wydaje mi się ona znacząca w zrozumieniu Coil. Wydana w 1987 roku, w okresie bardzo twórczym i eksperymentalnym grupy, stanowi nieśmiały rodzaj pomostu między stylistyką albumu Horse Rotorvator (1986) a późniejszym, bardziej „narkotyczno-tanecznym” Love’s Secret Domain (1991).
Ta „przestrzeń pomiędzy” (jak sami muzycy określili), to nie było tylko i wyłącznie zawieszenie – to świadome wstrzymanie oddechu przed wyruszeniem w dalszą podróż. Z jednej strony mamy echa coilowego charakteru; balansujące na krawędzi pożądania, śmierci, transformacji; z drugiej – już zawiązki przyszłych rytmów, sampli, doświadczeń klubowych, które w pełni ujawnią się w Love’s Secret Domain. Gold Is The Metal – staje się momentem, w którym Coil przetrawiają własną przeszłość (sesje z Scatology, Horse Rotorvator czy nawet zamysł na ścieżkę Hellraiser) i jednocześnie wyciągają rękę ku wizjonierskiej przyszłości.
Sam album to mieszanka: utwory, które powstały jako out-take’y, demówki lub wariacje nad materiałem z sesji do Scatology, Horse Rotorvator i soundtracku do filmu Hellraiser. Wchodzimy bez butów do warsztatu twórczego Balance’a i Christophersona – słychać, jak dźwięki się formują, rozpadają i są składane na nowo. Taka forma sklejania rzeczywistości od zawsze i na zawsze będzie towarzyszyć tym Wizjonerom.
Gold Is the Metal… to trochę jak obserwowanie laboratorium alchemicznego: dźwięki zmieniają formę, osadzają się w przestrzeni, rozmywają, by znów zyskać skrawki struktury. Otwierający The Last Rites of Spring – to nagłe uderzenie, moment przymierzenia rękawicy: niemal 2-minutowa hałaśliwa przystawka zwiastuje coś, co ma być niepodlegające prostym definicjom. Przemierzamy przez Paradisiac, Thump, For Us They Will – każdy utwór zdaje się być fragmentem większego, nieukończonego ritualu.
John Balance w jednym z wywiadów mówił o tym albumie w kategoriach transformacji: “We quite often feel that when we’ve put a lot of time and effort and angst into producing an album, three months later we suddenly think of different ways we…” („Często zdarza się, że po włożeniu mnóstwa czasu, wysiłku i emocji w produkcję albumu, trzy miesiące później nagle przychodzą nam do głowy różne pomysły, jak mogliśmy to zrobić inaczej…”)* – co trafnie oddaje sam charakter wydania: proces, a nie przypadek. Prowokacja? Umówmy się, w przypadku Coil to jest retoryczne stwierdzenie. Oczywiście, że prowokacja, odkrywanie i zamykanie.
Osobiście czuję w tym albumie niepokój i melancholię, które są mniej widoczne na innych wydawnictwach Coil – ukazują się w postaci szkiców, niedopowiedzeń, niedokończonych dźwięków. Utwór Cardinal Points z orkiestracją Billy’ego McGee’a brzmi jak ścieżka dźwiękowa opuszczonej katastrofy: smyczki wiją się wokół ciszy, a konstrukcja ciągle się rozpada. W kontraście Boy in a Suitcase – relikt wczesnych sesji, krótki, ale intensywny – pokazuje jak w krótkim czasie Coil potrafią zmieścić cały klimat zagubienia i absurdu.
Album Gold Is the Metal (With the Broadest Shoulders) nie jest łatwy (a czy w przypadku Coil kiedykolwiek było to proste?) – jego siła polega na tym, że zmusza słuchacza do bycia czujnym, uważnym. Można by go uznać za „album dla entuzjastów”, ale moim zdaniem to także jedno z istotnych wczesnych wydawnictw zespołu: pokazuje, że Coil nie bali się ujawnić procesu swoich eksperymentów – wraz z całym bałaganem, które finalnie nabiera sensu. Wypływa on ostatecznie niczym złoto alchemika.
Słuchając tego materiału – czuję, że nie ma tu jednej linii narracyjnej, ale wielość linii, które przeplatają się, pękają i znów splatają. Co znaczy przebaczyć? Co znaczy zniszczyć skrypt? Co pozostaje, gdy wszystko zostanie rozbite? W The First Five Minutes After Violent Death ostatnia minuta brzmi jak wydech zmęczonego świata – jakby szeptał w ciemności: „to nie jest koniec”. W warstwie emocjonalnej Gold Is the Metal… działa jak lustro, które odbija nie tylko zewnętrzną estetykę Coil – industrial, eksperyment, transgresję – ale też ich relację z materiałem: z odpadami, z destrukcją, która staje się twórcza. Te „niedoskonałości” czynią ten album miejscem autentycznej alchemii – gdzie „złoto” nie jest produktem końcowym, lecz stanem ciągłego przejścia.
Oddech, eksperyment, przypomnienie, że w muzyce Coil to ciągłe stawianie pytań i otwieranie drzwi do miejsc, które znikają. I może właśnie dlatego, choć nie słucham jej najczęściej, wracam do niej – by znów się w tej przestrzeni znaleźć, by znów poczuć, że nie wszystko musi być zrozumiałe, by znów odczuć, że złoto jest metalem, z którego wykłuto najlepsze miecze.
Artur Mieczkowski
*1997, Jon Whitney, Brainwashed