Coil – Constant Shallowness Leads To Evil

Eskaton, Dais Records / LP/CD/DL / 2000, 2022

Coli – Constant Shallowness Leads To Evil

Tego nie da się słuchać.

W to trzeba wejść wszystkim znanymi i niezbadanymi zmysłami. Jesteśmy molekułami. 

I nagle wszystko zaczyna się sklejać – lepka materia, dźwięk jak ślina, jak pot, jak coś wypluwanego i zaraz wciąganego z powrotem do środka. Nie ma tu żadnego „odbioru”. Jest raczej bycie w środku układu trawiennego tej płyty. Ona mieli wszystko wokół, bezlitośnie, bezdusznie. Constant Shallowness Leads to Evil nie pyta, czy chcesz w tym uczestniczyć. Ona się dzieje, jakby ktoś odkręcił kosmiczny kran i zamiast wody poleciał strumień świadomości – zanieczyszczony, przeciążony, przestymulowany. Wszystko wszędzie i naraz. Kolor, dźwięk, obrzydzenie. Efektowny kolor, dźwięk, zapomnienie. I nie wiadomo, czy to jeszcze z zewnątrz, czy już z nas.

To nie jest nawet strumień – to raczej przeciek w membranie rzeczywistości. Coś kapie, ale każda kropla jest gęsta od informacji, od resztek obrazów, od głosów, które nie mają już właścicieli. Jakby ktoś zostawił otwarte wszystkie kanały jednocześnie i zapomniał, gdzie jest zawór. Dźwięk zaczyna się zachowywać jak ciecz – rozlewa się po neuronach, wnika w szczeliny między myślami, omija logikę i trafia prosto w instynkty.

W pewnym momencie przestaje się rozróżniać bodźce. Kolor brzmi, dźwięk ma temperaturę, a obrzydzenie zaczyna mieć bliską pierwotnej naturze strukturę – jakby można ją było dotknąć, rozetrzeć między palcami. Wchodząc w to  tracisz orientację, każdy punkt odniesienia rozpada się szybciej, niż zdążysz go nazwać. Dźwięk się rozlewa, tylko coś w nas zaczyna puszczać. Jakby ten „kran” był podłączony do środka, tylko ktoś wcześniej zakręcił go zbyt mocno. Teraz ciśnienie wraca. Wszystko wypływa – nagromadzone obrazy, języki, wstyd, grzech, nadmiar. Nie ma już dystansu. Nie ma „słuchania”. Jest zalew, jest podróż.


We’re swimming in a sea of occidental vomit

I Am the Green Child brzmi jak deklaracja organizmu, który dopiero co się uformował i już chce się zemścić. Jakby coś wyłoniło się z wilgotnej, ciemnej materii – nie do końca ludzkie, nie do końca nazwane. Zielone dziecko z dawnych opowieści, znalezione gdzieś na skraju pola, mówiące w niezrozumiałym języku, przyniesione z innego porządku. Nie przynależy, ono pamięta coś, czego nie powinno pamiętać. Bo pamięć jest tu jak uszkodzony zapis – powraca, zapętla się, rozmywa, jakby próbowała odtworzyć moment powstania, ale za każdym razem trafiała na zakłócenie. Coś się próbuje przypomnieć samo sobie, coś, co nie chce już być produktem ani funkcją, maszyną. I właśnie z tego napięcia rodzi się odruch – nie tyle wzniosły, co cielesny. Odruch odrzucenia. Jak próba pozbycia się całego tego ciężaru, który został wtłoczony do środka przez olbrzymią maszynę.

The machine started to flow into a vein
Electrocuted by hallucinatory equipment

Coil nie próbuje tu budować sensu – tylko go rozszczelniać. Każdy motyw, każda repetycja brzmi jakby miała się zaraz ustabilizować, jakby za chwilę wszystko miało wskoczyć na swoje miejsce, ale zamiast tego zaczyna się rozkładać od środka i spiralą zmierzać jeszcze głębiej. Wszystko się rozwarstwia, jakby istniało kilka ukrytych warstw czasowych naraz, zapętla się jak zaklęcie rzucone bez kontroli, i zaczyna krążyć – przechodzi z jednego ciała do drugiego, jakby był czymś, co można złapać albo czym można zostać zainfekowanym. Obcowanie, igranie z opętaniem. Puste miejsce po czymś, co już dawno uciekło, a jednak zostawiło po sobie mechanizm, który dalej działa. Nie ma centrum, jest tylko ciągłe odklejanie się od niego, jakby ktoś bez przerwy wyciągał spod nas podłogę.

I w pewnym momencie zaczyna się podejrzenie, że to nie utwory się rozpadają, tylko coś w nas nie wytrzymuje tej próby utrzymania spójności. Jakby ktoś zdjął warstwę ochronną z rzeczywistości i pokazał, że pod spodem nie ma żadnej stabilnej konstrukcji – tylko drganie, przesunięcie, ciągłe stawanie się i rozpad jednocześnie.

The river gone, so why go on?

Wkraczając w blisko półgodzinny Tunnel of Goats czuję zmęczenie. Takie prawdziwe, fizyczne. Jakby wejście w ten utwór było wejściem w tunel, który nie prowadzi „gdzieś”, tylko w dół – w głąb jakiejś podziemnej, skrytej, tajemnej logiki, gdzie czas się rozciąga, wszystko odbija się echem w kilku kierunkach naraz. Rytuał przechodzenia. Ten tunel nie jest przestrzenią, jest organem. Czymś żywym. Jak w starych alchemicznych wyobrażeniach, gdzie jaskinie i szyby kopalniane były wnętrzem ziemi, miejscem, w którym materia dojrzewa, gnije i przemienia się w coś innego. Schodzisz w dół jak w ciało, jak w macicę świata, gdzie wszystko jest jeszcze w trakcie stawania się, niedokończone, fermentujące.

A Kozy wloką za sobą całe to stare znaczenie – zwierzę przejścia, zwierzę ofiarne, ale też figura odwrócenia porządku, coś pomiędzy płodnością a bluźnierstwem, pomiędzy życiem a jego wypaczeniem. Spinają przeciwieństwa – góra i dół, duch i materia, światło i rozkład. Jakby prowadziły przez tunel, ale jednocześnie były tym tunelem. Przewodnik i brama naraz.

Tunel staje się przestrzenią – jest kanałem alchemicznej przemiany, ale takiej, która wymknęła się spod kontroli. Coś się tu rozpuszcza, coś się przeplata, ale nie wiadomo w co. Jakby ktoś rozpoczął proces i porzucił go w połowie, zostawiając wszystko w stanie wiecznego przejścia. Ciała, głosy, znaczenia – wszystko przeciska się przez to gardło Ziemi.

All hummingbirds must die

Wyrok, przypomnienie, że nie ma niewinnych w tej podróży. Nawet to, co lekkie, co zawieszone w powietrzu, musi zejść pod ziemię, wejść w ten proces, dać się rozłożyć i przetworzyć. Wszystko zostaje sprowadzone do jednej trajektorii – w dół, w głąb, w ciemność, która zaczyna działać jak magnes. I w pewnym momencie przestajesz mieć pewność, czy to ty schodzisz, czy coś cię wciąga. Jakby tunel miał własną wolę. Jakby cały ten ruch był już wcześniej zapisany – w ciele, w dźwięku, w czymś starszym niż jedno życie. Lecimy w dół, oddajemy się, jesteśmy prowadzeni.

I want to go among them

W stronę zwierząt? W stronę czegoś przedludzkiego? Zaklęcie – próba rozszczelnienia granicy, która i tak już ledwo się trzyma. Nie chodzi o powrót do natury, tylko o rozpad formy „człowieka” jako czegoś stabilnego. Rozwarstwić się tak bardzo, aż przestaje to mieć znaczenie, gdzie się kończysz – i czy w ogóle się kończysz. Być jednocześnie ciałem i środowiskiem. Nosicielem i pasożytem. Jakby to „wśród nich” nie oznaczało wejścia między zwierzęta, tylko wejście w stan, w którym podział na gatunki przestaje działać. Coś wspólnego, jakaś niższa częstotliwość istnienia, do której wszystko można dostroić.

Maszyna się uruchomiła? Raczej coś, co działa na styku impulsów i mięsa, jak alchemiczny aparat bez ścian – przetwarzający nie substancje, tylko stany. Dźwięki zaczynają krążyć jak wirus, w spiralnym kierunku, nie infekują od razu – raczej czekają, aż coś w tobie pęknie. A kiedy pęka, zaczynają się rozlewać. 

I will step across an ocean, a lagoon of fish
Fly with suicidal birds
I’m so tired of the seasons and the breeze and the river

Głos Balance’a wywołuje, zmienia temperaturę, rozpuszcza, nie brzmi jak coś skierowanego „do nas”. Jest transmisją, która przechodzi przez ciało tylko dlatego, że musi mieć jakieś medium. Rezonuje w powietrzu, w kablach, w gardle. Moment nawiedzenia, w którym język przestaje być narzędziem komunikacji, a zaczyna być narzędziem inicjacji. Każde słowo jest tu trochę za ciężkie, trochę za wolne, jakby było wyciągane z miejsca, gdzie nie powinno być dotykane. Czasem mam wrażenie, że to nie jest głos człowieka, tylko coś, co nauczyło się naśladować ludzki głos na tyle dobrze, żeby przejść niezauważone przez pierwsze kilka sekund. A potem zaczyna się rozjeżdżać – intonacja, oddech, akcenty,  obecność czegoś, co nie ma jednego źródła. Medium bez kontroli. Jakby stał na granicy między tym, co organiczne i tym, co już całkowicie obce, i tylko na chwilę udało mu się utrzymać formę, zanim wszystko znowu zacznie się rozlewać.

And the sun dissolves like an octopus

I wtedy widać szwy. Rzeczywistość stała się zszytym naprędce materiałem, który zaczyna się pruć. Coś się rozchyla. Coś przecieka. 

Czy lubię tą niewątpliwe jedną z najbardziej szalonych sesji John’a Balance’a, Peter’a Christopherson’a, Thighpaulsandry? To nie jest właściwe pytanie. Kiedy „tam” wracam, to nie po muzykę. Tylko po ten moment, w którym wszystko zaczyna się rozpuszczać i tworzyć lepką materię w całym jestestwie Wszechświata. 

Po chwili ciszy zostaje tylko śmiech.

Zatem czego można się spodziewać? Hałasu – gęstego, ciągłego, niemal fizycznego. Glitchu, zapętleń, przeciążonych syntezatorów i modulacji, które cały czas się przesuwają i nigdy nie stabilizują. To jeden z najbardziej bezkompromisowych materiałów Coil – surowy, przesterowany, oparty bardziej na przepływie i intensywności niż na jakiejkolwiek formie czy strukturze.

Nie słuchaj tego.

Artur Mieczkowski