Threshold House, Dais Records / LP/CD/DL / 2004, 2006, 2025

Black Antlers – dzieło, które powstało na styku rytuału i technologii. Coil wchodzi tu w późny etap swojej twórczości bez obaw i bez sentymentu, korzystając z laptopów, DAW-ów i live-samplingów, i zamiast zrezygnować z mroku i ich znaku rozpoznawczego – intuicji, przekształcają te narzędzia w nowe medium rytuału. To płyta, która brzmi jak dokumentacja performansu, nie zawsze dopracowana w sensie studyjnego wygładzenia, często surowa, momentami glitchowa, ale za to nieprzewidywalna.
Pierwsze utwory wprowadzają w hipnotyczny trans – The Gimp (Sometimes) zaczyna się jak wezwanie zza kurtyny świadomości, pełne dronów i przetworzonych wokali, które sprawiają, że słuchacz czuje się jednocześnie obserwatorem i uczestnikiem. Ten początek jest intencjonalny, chodzi o stworzenie przestrzeni, w której dźwięk ma moc transformacji. Ciekawostką, którą warto pamiętać, jest to, że album pierwotnie ukazał się w formie limitowanego CD-R sprzedawanego na trasie koncertowej. Black Antlers od początku miał status artefaktu, materiału roboczego, rytualnego zapisu wydarzeń, nie zaś klasycznej płyty studyjnej. To fakt, który nadaje mu dodatkowy ładunek autentyczności, muzyka, która powstała i funkcjonowała w relacji z publicznością, z miejscem i czasem.
Coil bawi się kontrastami, co oczywiście w ich przypadku nie jest żadną nowością. Sex With Sun Ra (Part One – Saturnalia) to quasi-dialog z mitem – aluzja do kosmicznego mistycyzmu Sun Ra przyjmowana jest tu przez pryzmat glitchu i rytmów, które są zarówno mechaniczne, jak i archaiczne. Ich instrumentarium na tym albumie jest zaskakująco różnorodne: marimba, lira korbowa, instrumenty dęte przypominające brzmienia Bliskiego Wschodu, obok tego syntezatory i manipulacje komputerowe. Dzięki temu muzyka brzmi jednocześnie „rzeczywiście”, jak i sztucznie – jakby dźwięki miały własne, niezależne życie. Dla mnie ten miks organicznego i syntetycznego jest kluczowy; Coil pokazuje tu, że technologia nie musi zabijać ducha, może go natomiast rozprzestrzenić i zintensyfikować. Warto też wspomnieć, że część materiału została dokończona po śmierci Jhonna Balance’a. Peter Christopherson i Danny Hyde dopracowali później wydanie, co dodaje płycie warstwy melancholii i „testamentowego charakteru”. Black Antlers jest jednym z ostatnich dokumentów ich współpracy i w tej perspektywie staje się zapisem końca pewnej epoki.
Oczywiście trzeba się zatrzymać przy All The Pretty Little Horses (tradycyjna kołysanka, znana m.in. z interpretacji Current 93, co dodatkowo osadza ją w kręgu neofolkowych i postindustrialnych reinterpretacji tradycji – więcej na ten temat znajdziecie na końcu tego tekstu*), działa jak lustro, które odbija całą dotychczasową aurę i potrafi zmienić punkt widzenia. Przyjęcie formy tradycyjnej kołysanki i poddanie jej mrocznej reinterpretacji to zabieg, który u Coil zawsze działa podwójnie: z jednej strony kołysanka wciąż ma swoją funkcję uspokajania, z drugiej staje się bramą do jeszcze głębszego niepokoju. Balance śpiewa półszeptem, a efekt jest wstrząsający – to nie jest kołysanka dla dzieci, to kołysanka dla dorosłych, która odsłania szlak pamięci i traum, jakby próbowała oswoić lęk, a jednocześnie go potęgować. To właśnie te momenty kontrastu – między delikatnością a brutalnością dźwięku – sprawiają, że album nie pozwala o sobie zapomnieć.
Teenage Lightning (10th Birthday Version) odgrywa rolę echa przeszłości, reinterpretacji własnego repertuaru przez filtr nowych doświadczeń i narzędzi. Ta wersja rezonuje inaczej niż oryginał, jest cięższa, bardziej nasączona elektroniką, ale też pełna nostalgii. W moim odczuciu to fragment, w którym Coil mierzy się z własnym dziedzictwem, pokazując, że nawet znane motywy zyskują nową moc, jeśli zostaną poddane rearanżacji z odpowiednią intencją. Późniejsze fragmenty płyty przesuwają się ku bardziej mechaniczno-glitchowym pejzażom – Sex With Sun Ra (Part Two – Sigillaricia) i końcowe Departed czy Things We Never Had to już często podróż przez post-industrialne krajobrazy, gdzie rytm miesza się z cyfrową dekompozycją i odbudową. To brzmienie miejscami przypomina maszynę snów, momentami czujesz chłód maszyny, ale rzadko brak w tym intentionalności artystycznej – wszystko jest precyzyjnie ustawione, nawet jeśli pozornie chaotyczne.
Dla mnie Black Antlers jest również fascynujący jako obiekt kulturowy. Tytuł albumu miał według anegdot ironiczne źródło – rzekomo pochodzi od wymyślonych tytułów filmów porno – i to przymrużenie oka, prowokacja, typowa dla Coil, dodaje płycie warstwy ironii. Z kolei fakt, że oryginalne wydanie było limitowane, sprawił, że album zyskał niemal legendarny status wśród fanów; reedycje, w tym oficjalne wznowienie z remasterem, potwierdzają, że materiał zyskał swoje miejsce w kanonie grupy. Można powiedzieć, że album ma w sobie „kinematograficzność” i intensywność emocjonalną, a także to, że jest to płyta bardzo osobista mimo braku tradycyjnych melodii.
Pisząc o Black Antlers, trudno nie myśleć o pytaniach, które album stawia: co to znaczy być w transie w epoce cyfrowej? Czy technologia zubaża, czy wzbogaca rytuał? Coil odpowiada tu w sposób praktyczny i pokazuje, że można przenieść pradawne praktyki we współczesną formę, nie tracąc ich siły oddziaływania. Muzyka na tej płycie jest wymagająca, chwilami trudna, ale to właśnie trudność czyni ją wartościową, bo zmusza do aktywnego słuchania, do refleksji, do zanurzenia. Po wielu przesłuchaniach pojawiają się warstwy, które wcześniej umykały: drobne sample, rytmiczne tło, przetworzone szepty, które okazują się kluczowe dla nastroju utworów.
Warto zatrzymać się jeszcze na samym tytule albumu, bo Black Antlers jest dla mnie jak zaszyfrowany mit (pomimo wcześniej wspomnianej anegdoty o rzekomych filmach dla dorosłych), którego sens promieniuje na muzykę, estetykę i emocjonalny krajobraz tego wydawnictwa. Poroże w tradycjach wielu kultur jest znakiem inicjacji, odnowy, zdobytej siły, ale też walki o przetrwanie – struktury wyrastającej z czaszki niczym naturalna korona. Czarne poroże, coś, co w naturze właściwie nie występuje, brzmi jednak jak zaprzeczenie tej biologicznej logiki, jak symbol, który został odwrócony, zabarwiony mrokiem, poddany mutacji. Black Antlers może być czytane jako znak zdeformowanej przemiany. Równie dobrze może odsyłać do rogatego boga z mitologii celtyckiej i okultystycznych wizji, które tak często inspirowały Johna Balance’a – figury stojącej na styku życia i śmierci, cielesności i dzikości, erosa i destrukcji. Poroże bywa także emblematem seksualnej energii, dominacji, statusu, siły, co w kontekście Coil nabiera bardzo cielesnego, intymnego wymiaru: „totem późnego Coil”, hybrydowy herb formacji, która w ostatnich latach coraz głębiej zapuszczała się w rejony transu, wizji, rozpadania się tożsamości. A jeśli zestawić to z narastającym chaosem w życiu Balance’a, z jego psychicznymi i emocjonalnymi zmaganiami, Black Antlers może otworzyć się jeszcze inaczej – jako znak nadkruszenia, obumierania, ciemnienia struktury, która kiedyś była symbolem siły. Jeleń w mitach bywa przewodnikiem do innego świata, ale tutaj jakby prowadził nas nie do świetlistego lasu, lecz do wnętrza samego siebie, w rejony, które są jednocześnie pociągające i przerażające. Może właśnie dlatego ten tytuł działa tak intensywnie, niesie w sobie cały wachlarz znaczeń – od mitologii, przez erotykę, osobisty cień twórców i odbiorców – a album, z jego drżącym, niespokojnym pulsem, staje się dźwiękową emanacją tego ciemnego, rozgałęzionego symbolu, który wyrasta z mgły i powoli kieruje nas w stronę świata, gdzie rzeczy piękne i niepokojące nie istnieją już jako przeciwieństwa, ale stapiają się w jedno.
Artur Mieczkowski
*All the Pretty Little Horses to tradycyjna amerykańska kołysanka, znana także jako Hush-a-bye, której pochodzenie sięga tradycji ustnej na południu Stanów Zjednoczonych. Najczęściej uważa się, że ma afroamerykańskie korzenie – w XIX wieku i w czasach przedwojennych była śpiewana przez czarnoskóre kobiety (często niewolnice) opiekujące się dziećmi właścicieli plantacji, podczas gdy one same nie mogły zajmować się własnymi, często oddzielonymi rodzinami.
Najstarsze wersje pieśni zostały zanotowane w pierwszej połowie XX wieku w badaniach folklorystycznych (np. w 1925 r. w książce On the Trail of Negro Folk-Songs Dorothy Scarborough), ale melodia i teksty istniały prawdopodobnie znacznie wcześniej jako część ustnego folkloru.
W swojej klasycznej formie tekst jest prosty i powtarzalny, obiecując dziecku „wszystkie ładne małe koniki” (o różnych barwach), gdy tylko zaśnie, co ma działać uspokajająco i kojąco.
Jedną z najbardziej znanych adaptacji w kręgu muzyki eksperymentalnej i post-industrialnej jest wersja nagrana przez Current 93, która ukazała się w połowie lat 90. i doczekała się także wersji z wokalem Nicka Cave’a.
