Wydanie własne / DL / 2024

Nie tak dawno mieliśmy na anxiousowym tapecie Caught in Joy (kwietniowa recenzja styczniowych Marbles i E7-E5), a już minęły dwa, trzy miesiące i Karol zdążył nagrać (uff…) osiem materiałów (w tym seta live). Jeden z nich (Thank You, Ocean) doczekał się nawet edycji fizycznej na estetycznie przygotowanych płytach CDR, ale to nie o nim dziś będzie. Jak zwykle bowiem, materiały Caught in Joy ukazują się w takim tempie, że kolejny, nowszy, wygryza z recenzenckiej kolejki zasiedzianego w niej poprzednika… W końcu padło jednak na Mars. Głównie dlatego, że to kolejny z albumów Caught in Joy, który zdecydowanie wybija się z całej reszty.
O tym, że Karol lubuje się w szkole berlińskiej wiadomo nie od dziś. O tym, że kocha konkretny sposób wykorzystywania arpeggiatora – nie od wczoraj. Jeśli ktoś bardziej interesuje się tym projektem, wie pewnie, że sporo czasu przed tym, zanim powstało Caught in Joy Karol grał w zupełnie innym zespole. Tyle, że na gitarze. I o ile pierwsze płyty (sporo tych, tak to ujmijmy, „pierwszych płyt”) Caught in Joy to ewidentnie skutek fascynacji syntezatorami i efektami, o tyle od jakiegoś czasu do głosu powraca w jakiejś części jego miłość do gitary. Najpierw zaczęła się przejawiać na kolejnych płytach dość nieśmiało, jednak z czasem – coraz odważniej. Aż do osiągnięcia prawie swoistego zbalansowania, wypychającego twórczość Caught in Joy w klimaty nieco krautowe, ewokujące elektronicznego rocka, pierwsze elektro-krautrockowe albumy z lat siedemdziesiątych właśnie.
Mars to płyta dość długa, bo i ostatnio wszystkie rzeczy sygnowane nazwą Caught in Joy są dość długie, wciąż jednak mieszcząca się w magicznych 74 minutach, dających szansę na wydanie tego kiedyś na jednym CD. Dziesięć (w zasadzie dziewięć, bo na koniec płyty mamy wariację typu “long version”) utworów zaczyna się dość spokojnie, krótkim A galaxy far, far away, bardzo elektronicznym, space ambientowym wręcz, tyle że nie na modłę vangelisowską, raczej niemiecką rzekłbym. Później robi się nieco bardziej typowo dla Caught in Joy – arpeggia, pady, coraz częściej dochodząca do głosu perkusja oraz… trochę sampli (w końcu Mars, więc wszelkie odgłosy komunikacji radiowej jak najbardziej na miejscu). Gitara może nie jest tu instrumentem równorzędnym (a już na pewno nie dominującym) jednak solówki takie jak ta w Isidis Basin robią naprawdę potężny klimat, spychając Caught in Joy z właściwej trajektorii w kierunku kosmicznego progrocka. Wszystko to miesza się z momentami, w których eksploracja klasyki wywołuje nostalgiczne ukłucie w sercu każdego fana muzyki elektronicznej (Milky Way spokojnie mogłoby znaleźć się na jednej ze słynnych składanek Synthétiseur vol. Ileś-tam…).
Ze wszystkich nagranych w tym roku (Boże, jak to brzmi, zwłaszcza że mamy dopiero połowę lipca…) płyt Caught in Joy Mars jest dla mnie zdecydowanie numerem jeden. Najbardziej zbilansowany, choć różnorodny, dojrzały i – przede wszystkim – klimatyczny i nostalgiczny zarazem. Co ciekawe materiał ten powstał całkowicie z pominięciem DAW, a został nagrany ślad po śladzie, symulując nieco live session. Taki zabieg na pewno mu nie zaszkodził, choć podejrzewam, że jakiejś ogromnej różnicy w stosunku do typowej pracy studyjnej pewnie nie ma. Jeżeli jednak miało to wpływ na komfort pracy, luz i natchnienie, to czemu nie… W końcu każda droga, która prowadzi do celu, jest tą właściwą…
Data wydania: 31 maja 2024
Piotr Wójcik