Ośrodek Rozdroża / LP/CD/DL / 2026

Kiedy wpadł mi w ręce (czy raczej do skrzynki pocztowej) promocyjny pakiet Trzcin Karabachu i zobaczyłem, że album ten oparty będzie, czy wręcz skoncentrowany na duduku, z miejsca byłem kupiony. A gdy jeszcze przesłuchałem pierwszy utwór… wszystko stało się oczywiste. Zwłaszcza, że raczej nie ma w naszym kraju, czy nawet szerzej, w tej części Europy, projektów, które jednoznacznie opierałyby się na brzmieniu tego instrumentu. Instrumentu, na którym sam cholernie chciałbym nauczyć się grać (walcząc póki co z całym zestawem sampli i zaawansowanym aerofonem Rolanda), instrumentu, który poznałem słuchając mniej-więcej w tym samym czasie armeńskiego Blood Covenant z brawurowym udziałem Vahe Ayvazyana na duduku właśnie, oraz petersburskiej Kayatmy, która zrobiła na mnie totalnie niesamowite wrażenie grając koncert z Argishtym. Zwłaszcza Tiamat kołacze mi się w pamięci do dziś… Instrumentu, który jak żaden inny jest na wskroś ludowy, folkowy, do tego romantyczny i charakterystyczny (uff, ale powiało kiczowatym porównaniem, w dodatku opartym na rymie częstochowskim). W każdym razie, sama obecność duduka, jak i awizowanych muzyków, sprawiła, że obiecywałem sobie po tej płycie wiele. Bardzo wiele.
Czy wiele dostałem? W zasadzie tak. Już pierwszy Ghamish – The Place wprowadza nas w górski klimat dalekiej Armenii, zachwyca brzmieniem duduka, nastraja niesamowicie nostalgicznie, powiewa tytułowymi trzcinami. Kolejne utwory… są dość nietypowe jak na ten instrument i prawdę powiedziawszy musiałem się z tą płytą skonfrontować ładnych kilka razy, zanim do mnie dotarły. Może to kwestia przyzwyczajenia, tego że wcześniej słuchałem duduka jako instrumentu głównie takiego quasi-romantycznego, tu zaś potraktowany został jako doskonały aerofon, narzędzie służące do absolutnej zabawy dźwiękiem, z jednej strony dekonstrukcyjnej, z drugiej do bólu ludowej… w każdym razie dopiero po kilku przesłuchaniach odkryłem prawdziwe piękno tej płyty. Piękno kryjące się za szorstkim, ludycznym wręcz potraktowaniem gry na tym wyjątkowym instrumencie. Piękno płynące z albumu, który nie epatuje romantycznymi tematami, ale raczej skupia się na wydobyciu z duduka swego rodzaju dramatyzmu, którego żaden inny instrument nie odda, bo zwyczajnie nie ma jak. Piękno, które dźwiękiem przypomina tytułową trzcinę. Trzcinę, z której nota-bene robione są ustniki do duduków… Trzcinę, która po ostatnich zawirowaniach wojenno-politycznych będzie droga, bardzo droga… Zbyt droga – zwłaszcza dla miejscowych artystów.
Canes of Karabakh to album absolutnie nie dla każdego. Nie będę wyrokować komu się spodoba, a komu nie, nie pozjadałem wszystkich rozumów. Ja jedynie czuję podskórnie, że ta płyta jest tak cholernie trudna, że nie tylko „kariery w mainstreamie to raczej nie zrobi”, ale zwyczajnie trudno jej będzie znaleźć odbiorcę, który w pełni się z nią zidentyfikuje, doceni, pokocha… Jednocześnie – przynajmniej dla mnie – jest ona tak niesamowicie piękna, że będę do niej wracał regularnie zapewne przez okrągły rok. Zwłaszcza że – co specjalnie mnie nie zdziwi – nie spodziewam się wielu innych płyt z tym konkretnym instrumentem w roli głównej…
Data wydania: 25 stycznia 2026
Piotr Wójcik