Boards of Canada – Inferno

Warp Records / LP/CD/DL / 2026

Anxious magazine Boards of Canada – Inferno

Czego nie da się zafałszować

W kwietniu 2026 roku grupka ludzi w Europie i Ameryce otworzyła swoje skrzynki pocztowe i znalazła w nich kasety VHS. Nadawcą był Warp Records, na naklejce widniał heksagonalny sigil Boards of Canada, a w środku – taśma z trzyminutowym fragmentem nieznanej muzyki. Problem polegał na tym, że w 2026 roku nikt już nie ma magnetowidu. Trzeba było szukać na eBayu, kupić jakiegoś Panasonica z poprzedniej epoki, podłączyć go do plazmy i odtworzyć utwór roboczo zatytułowany Tape 05. Niektórzy, słysząc szept w tle, prześwietlali później kasety światłem ultrafioletowym, bo w internetu ktoś sugerował, że są tam ukryte dodatkowe komunikaty.

Nie były. Wystarczyło, że ten rytuał wydarzył się naprawdę.

Marcus Eoin i Michael Sandison milczeli trzynaście lat. To dość, żeby ich estetyka stała się estetyką cudzą – wymiętą w setkach instagramowych filtrów, wypłukaną w kolejnych sezonach Stranger Things, rozsianą po kawiarniach jako bezpieczne tło dla niezdecydowanych. Powrót Boards of Canada musiał być więc karkołomny: jak odzyskać siebie z rąk naśladowców? Początki zespołu to bazowanie na nostalgii – jak zatem nagrać kolejny album Boards of Canada, nie podrabiając samych siebie i nie żerując na nostalgii za samym sobą?

Odpowiedź, której udzielili na Inferno, jest brawurowa, bo idzie w stronę dokładnie odwrotną od oczekiwanej. Zamiast przegrzać taśmę i zatopić dźwięk w nostalgicznej sepii – sięgnęli po brzmienie klarowne, kliniczne, momentami nieznośnie, cyfrowo wyraźne. Tym razem nie ma mgły. Jest reflektor-szperacz przebijający się przez nią. I to nie wygląda na pomyłkę masteringu ani kaprys producenta, lecz na przemyślaną tezę – ale do tego jeszcze wrócę.

Tytuł jest dosłowny, ale wielowarstwowy. Inferno to chrześcijański kosmos Dantego, ale tracklista zdradza coś bardziej ekumenicznego: Naraka to piekło hinduistyczne, buddyjskie i dżinijskie naraz; Age of Capricorn sugeruje, że dawno minęliśmy Erę Wodnika – epokę miłości i oświecenia z musicalu Hair – i weszliśmy w epokę zimniejszą, bardziej materialną, bardziej wyrachowaną; The Process puszcza oko do Process Church of the Final Judgement, sekty z lat sześćdziesiątych, która kultywowała równocześnie Chrystusa, Lucyfera i Szatana. Boards of Canada nigdy nie służyli jednak żadnej teologii. Woleli, żeby każda religia po trochu się u nich kompromitowała.

Drugi utwór, Prophecy at 1420 MHz, otwiera całość proroctwem na bardzo konkretnej częstotliwości: 1420 megaherców to częstotliwość spinu wodoru, naturalna emisja najczęstszego pierwiastka we wszechświecie. Fizycy z Cornell zasugerowali w 1959 roku, że jeśli kiedykolwiek odezwie się do nas obca cywilizacja, zrobi to właśnie na tej częstotliwości – bo wodór jest jedynym językiem, który powinna znać każda technologicznie zaawansowana forma życia. Osiemnaście lat później radioastronom Jerry Ehman odebrał na Big Ear Observatory w Ohio sygnał o nieznanym pochodzeniu, trwający siedemdziesiąt dwie sekundy, narysował kółko na wydruku i napisał obok: “Wow!”. Sygnał nigdy się nie powtórzył. Do dziś nie wiemy, kto albo co go nadało ani czy to był błąd systemu.

Boards of Canada wracają po trzynastu latach milczenia z albumem, który zaczyna się proroctwem na częstotliwości, na której ludzkość raz w historii usłyszała coś, czego nigdy więcej nie usłyszała. Czy są tymi, którzy nadają, czy tymi, którzy nasłuchują? Ich kasety VHS sugerują, że jedno i drugie.

W połowie albumu pojawiają się dwa głosy, które trzeba zestawić obok siebie. W Age of Capricorn, spomiędzy rozmytej pętli chóralnej, wbija się amerykański głos zanurzony w modlitwie ewangelickiej: wyznaje grzechy, mówi o krwi Chrystusa, która go obmyła. Cztery utwory później, w All Reason Departs, inny głos – ochrypły, jakby pokryty rdzą – recytuje fragment z Aleistera Crowleya o wielkiej wojnie, która musi zostać stoczona, o krwawej ofierze jako kulminacyjnym punkcie światowej ceremonii proklamacji Horusa, koronowanego dziecka podboju. Boards of Canada nie komentują tego zestawienia. Ale jest ono okrutne w swojej oczywistości: ewangelista i mag mówią o tym samym. Obaj uświęcają przelaną krew. Obaj wierzą, że historia czeka na ich akt.

I tu zaczyna się ten kawałek diagnozy, którego inni krytycy zachodni nie nazywają wprost, bo nie muszą. Te głosy nie muszą być tłumaczone na polski. Słychać je codziennie w wieczornych dziennikach, w niedzielnych kazaniach, w mowach polityków, którzy bardzo dobrze wiedzą, co oferują wyborcom: konkretną wersję końca świata.

To również moment, w którym Inferno zdradza, dlaczego hauntologia przestała wystarczać. Poprzednie ich albumy straszyły nas widmami przyszłości, która nie nadeszła: edukacyjnymi filmami National Film Board, telewizyjnymi sygnaturami lat siedemdziesiątych, satelitami, których misji nikt już nie pamięta. Inferno nie straszy widmami. Straszy rzeczywistością. To stąd może właśnie ta klarowność albumu – nie ma już sensu chować obrazu apokalipsy pod warstwą szumu, skoro apokalipsa sama właśnie wytwarza najczystsze HDR-y w historii mediów.

Into the Magic Land wraca do shoegaze’owej miłości braci do echa i głębi; pluszcze, jakby ktoś włączył nagranie podziemnej rzeki. Deep Time – wcześniej krążąca jako Tape 05 – mieni się szarpanymi strunami i instrumentami dętymi, które wpadają i wypadają z miksu jak senne myśli. You Retreat in Time and Space pod koniec albumu szepcze melodią tak miękką, że łatwo wziąć ją za zniekształconą kołysankę z dzieciństwa. Dzwoneczki. Odległe trąbki. Świt, który schodzi na pustą równinę. Po wszystkich odmianach piekła ten utwór jest balsamem niemal nieznośnym.

A potem ostatni utwór, I Saw Through Platonia, odwołuje się do koncepcji fizyka Juliana Barboura: matematycznej przestrzeni, w której każda możliwa konfiguracja wszechświata istnieje równocześnie i wiecznie, w której czas jest złudzeniem, a „stawać się” jest tym samym co „być”. Tytuł sugeruje, że Boards of Canada przejrzeli tę przestrzeń na wylot. I co tam zobaczyli? Sądząc po ostatnich minutach albumu – bicie serca. Po prostu nagranie ludzkiego pulsu, niepoddane obróbce, trwające do końca płyty.

Z całego siedemdziesięciominutowego maratonu proroctw, sekt, modlitw, kosmologii i okultyzmu zostaje to jedno: nagranie ludzkiego ciała. Boards of Canada dochodzą do końca i mówią cicho: wszystko inne się skompromitowało, ale my istniejemy jako ludzie. Można dotknąć tętna na własnej szyi. Niczego innego nie da się zafałszować.

Po trzynastu latach Boards of Canada wrócili. Nie jako duet nostalgiczny, którym byli – i którym kazaliśmy im pozostać – ale jako diagności. Inferno nie jest piękne w klasycznym, charakterystycznym dla BoC sensie: nie ma w nim tego mglistego ciepła, dla którego się ich pokochało. Jest precyzyjne, chłodne i okrutnie aktualne. To najlepsza płyta o naszych czasach, jaką nagrał ktoś, kto przez trzynaście lat nie odzywał się słowem.

I jedyne, co zostawili na końcu, to dźwięk, który każdy nosi w sobie.

Data wydania: 29 maja 2026

Karol Mazurek