S7 Records / CD/DL / 2026

Bazgrołki są pięcioosobowym zespołem rockowym tworzącym obecnie na pograniczu klimatów psychodelicznych, post-rockowych i noiserockowych. Przełamując fale to ich druga płyta, po zeszłorocznym Brudnopisie. Podczas gdy ich pierwszy album przypominał bardziej alternatywny rock, mogący kojarzyć się z nagraniami Bielizny połączonej z wczesnym Tiltem, tak tutaj mamy do czynienia z transowym, tripowym rozmarzeniem, budzącym prędzej skojarzenia z późną Ewą Braun niż hiciorami z chwytliwą melodią.
Zacznę od największego plusa tej płyty, przez który ciężko jest w ogóle do niej negatywnie podejść – kompozycje są fantastycznie dopracowane. Już od pierwszego kawałka, o wdzięcznym tytule Meduzy raczeni jesteśmy szczątkowymi słowami, ekspresyjnymi plamami skojarzeń, które tylko pogłębiają poczucie głębi sonicznej toni, za którą odpowiada nie tylko morska estetyka w okładce, myślach przewodnich i tytułach utworów. Za to poczucie odpowiada również głęboki, psychodelicznie wciągający bas, zagrany jednak z noiserockowym zacięciem, post-punkowe gitarowe plamy, które imponują atonalnością rodem z This Heat, połączoną z praktycznie funkowym wyczuciem. Utwory czasami mogłyby być jeszcze dłuższe, ale muzycy – ze zdumiewającą dojrzałością kompozycyjną – wiedzą jak nie polegać na zbędnych dźwiękach, ograniczając nawet wieńczące album hałaśliwe crescendo w Śnieniu do podstawowego szkieletu muzycznego. Wielkim atutem jest również delikatny, melodyjny wokal Michała Białkowskiego, który w zaskakująco udany sposób kontrastruje z hałaśliwym charakterem brzmienia.
Jeśli o brzmieniu mowa, przejdę jednak do jedynego rozczarowującego aspektu tego albumu. Moim zdaniem produkcja nie oddaje potencjału tej muzyki. Album jest wyprodukowany wyjątkowo „grzecznie” i selektywnie. Pozwala to, co prawda, w precyzyjny sposób usłyszeć poziom dopracowania utworów, ale nie sprawdza się całościowo, zwłaszcza w bardziej hałaśliwych momentach. Sam zespół opisuje swoją muzykę częściowo jako “shoegaze”, a doświadczenia koncertowe słuchaczy jako „ściany dźwięku”, co mocno pasowałoby do tych kawałków. Niestety, dopóki nie zobaczę ich na żywo, pozostaje mi wierzyć na słowo. Nawet podczas bardziej hałaśliwych momentów na pierwszy plan wychodzi post-rockowa melodyka kosztem transowego ciężaru mocniejszej sekcji rytmicznej, która zagrana jest przecież fenomenalnie. Przełamując fale pozostawia pod tym kątem niedosyt, bo ciężko nie wyobrażać sobie większego przesteru, basu wyżej w miksie czy shoegazowych ścian hałasu, które dopełniłyby doświadczenia tej przytłaczającej i hipnotyzującej muzyki podczas słuchania takich utworów jak świetny, instrumentalny Bezmiar.
Pomimo wyłącznie „poprawnej” produkcji to dalej płyta, której praktycznie nie da się negatywnie odebrać. Kunszt i jakość zagranej muzyki zdaje się przesłaniać wady brzmieniowe i nastraja pozytywnie do kolejnego odsłuchu. I kolejnego. I kolejnego. Chociażby po to, by przygotować się na ich nadchodzące koncerty, na których te utwory mogą naprawdę zabłyszczeć.
Data wydania: 20 marca 2026
Adam Lonkwic
