Elephant Shrew Editions
Cruel Nature Records / CD/MC/DL / 2026

Nie minął nawet rok od wydania Mote a Avi Engel wraca z kolejnym materiałem. Z albumem bardzo w swoim stylu i jednocześnie albumem jakby finalizującym pewien długi cykl zmiany. Zmiany, która może poniekąd zwieść słuchaczy, bowiem Sanguinarię nagrała jeszcze Clara Engel, wydane rok temu Mote sygnowane było Avi C. Engel, natomiast wychodzący właśnie Seedhead ukazuje się jako dzieło podpisane: Avi Engel, wciąż jednak jest to jedna i ta sama osoba z Kanady. I wciąż to ta sama, niesamowita, oscylująca gdzieś między poezją śpiewaną, neo-folkiem a brzdąkaną awangardą, muzyka. Dodajmy – idąca coraz bardziej w stronę eterycznej zwiewności, rozmycia, może niekoniecznie kojarzonego z ambientem czy tym, co wrzucane jest do szerokiego wora z przywieszką “contemporary music”, mocno jednak stawiająca na klimat, uczucia i emocje.
Kolejnym znakiem czasu jest przejście na pełne DIY. Już nie Fenny Compton czy inni wydawcy. Elephant Shrew Editions to po prostu własne wydawnictwo, autorski imprint, pozwalający na samodzielną produkcję wszystkiego od A do Z. W tym przypadku oznacza to całkiem estetycznie wydany jednołamowy digipak.
No ale najważniejsza jest w tym wszystkim przecież muzyka… A tu jak zwykle – nostalgicznie, romantycznie, spokojnie i niespiesznie. Zniknął gdzieś do końca, wspominany przeze mnie przy poprzednich wydawnictwach „cave‘owski” klimat ale… nawet lepiej, ponieważ zastąpił go klimat stricte „engelowski”. Do tej muzyki idealnie pasuje miękki, delikatny głos, zdecydowanie wyższe rejestry a już naprawdę świetną robotę zrobiło przy rejestracji Seedhead sięgnięcie po mikrofon wstęgowy, dzięki któremu ten niski alt brzmi specyficznie ciepło, aksamitnie i głęboko, inaczej niż w przypadku typowego mikrofonu pojemnościowego. Oszczędne potraktowanie limitera sprawia z kolei, że album wyłamuje się z klasycznej dziś wojny na decybele, stawiając raczej na subtelność dźwięku. Bardzo to wszystko ładnie spina się ze znanym już z poprzednich wydawnictw stylem, klimatem, a przede wszystkim – kierunkiem. O ile Mote był albumem, który określałem jako spokojny, to Seedhead jest wręcz senny i oniryczny. Płynie, przez cały czas płynie. Momentami wjeżdża gdzieś na częstotliwości, które mnie osobiście kojarzą się wręcz z klimatami A Deeper Kind of Slumber Tiamatu (choć to pewnie moje dziwne, specyficzne i trudne do wyjaśnienia osobnicze skojarzenia, których z upływem lat zaczynam mieć coraz więcej…), na pewno zaś trzeba o nim powiedzieć, że jest po prostu wyśmienity. A skoro trzecia po kolei płyta bije poprzednią (niczego poprzedniczce nie ujmując), to najlepszy dowód na rozwój i nieustanne parcie artysty do przodu.
Czy muszę dodawać jak bardzo czekam na kolejną płytę?
Data wydania: 14 sierpnia 2026
Piotr Wójcik