Ataraxia – Centaurea

The Circle Music / LP/CD/DL / 2024

Ataraxia – Centaurea

Ataraxia zawsze chadzała swoimi ścieżkami, jej muzyka zawsze była nawet nie tyle specyficzna, co po prostu w pewien sposób unikatowa. Niewiele w sumie jest zespołów, które przez lata dopracowały się własnego, charakterystycznego stylu, charakterystycznego na tyle, że odpalasz nową płytę i w ciemno mówisz kto to, czyje to. Ataraxia, mimo jakiejś stopniowej ewolucji, którą przechodziła przez lata jej muzyka, co jest przecież i tak zjawiskiem nieuchronnym, którego przeciwieństwem jest stagnacja i skazanie na los bycia zapomnianym po trzeciej czy czwartej płycie wałkowania wciąż w kółko tego samego, od lat gra coś jedynego w swoim rodzaju i niepowtarzalnego. Niepodrabialnego. Lekko zmieniającego się w czasie, w tempie wspomnianej właśnie wyżej ewolucji – bez żadnych rewolucyjnych, gwałtownych skoków, czy to w jednym kierunku, czy (tak jak niejeden dobry zespół, który się na tym wycertolił, bo nie każdy może być Ulverem) z kwiatka na kwiatek.

Oczywiście, jeśli zestawimy kilka najnowszych albumów, ograniczając się na przykład tylko do bieżącej dekady i porównamy je z wczesną twórczością Włochów z początku lat dziewięćdziesiątych, różnice będą widoczne jak na dłoni. Ale choćby nawet zabrzmiały komuś rewolucyjnie, to będzie to raczej tylko obraz, pewien zapis tego, jak stopniowa ewolucja rozkładała się w czasie. Przy czym pewne elementy charakterystyczne dla Ataraxii pozostają i tak niezmienne. Czy to na początku, czy później, choćby w dziesięć lat temu (Historiae), Ataraxię zawsze ściągało w kierunku umiejętnego wplatania w swoje dzieła muzyki dawnej. Ciągnęło ich też w eteryczne klimaty, czasami wręcz mocno w stylu 4AD, czasami w stylu zupełnie własnym i oryginalnym. Dość często dawało się to (zwłaszcza owe inklinacje do muzyki dawnej) pogodzić z całkiem żwawą rytmiką i generalnie takim sznytem, który pozwalał im sprawnie wyrywać się ze stricte ambientowych okowów. Przecież nawet na nagranej sześć lat temu Synchronicity Embraced czy nagranym cztery lata temu Quasar pojawia się jeszcze całkiem sporo perkusyjnych rytmów, zaś na wspomnianej wcześniej Historiae też odnajdziemy żywcem wziętą z muzyki dawnej sekcję rytmiczną. Do muzyki dawnej Ataraxię ciągnie zresztą non stop, czego dowodem jest wydany dwa lata temu, przedostatni Concerto N.6 a baroque plaisanterie (oficjalnie jako video, ale na streamingach dostępny jako album).

Mamy rok 2024 i zgodnie z działającym od roku 2016, zapewne przypadkowym, prawem serii (tylko lata parzyste), pojawia się nowy album. Centaurea, bo o niej mowa, nieco zaskakuje. Choćby pojawiającymi się w pierwszym utworze dudami, grającymi jednak nad wyraz subtelnie, zwłaszcza jak na ten instrument. Zaskakuje też powrotem (czy może raczej powinienem napisać: przeniesieniem środka ciężkości) do swoistej ataraxiowej eteryczności. Cały album jest dość zwiewny, lekki, choć oczywiście jak zawsze bardzo w stylu Francesci et consortes. Słyszałem chyba wszystkie ich dokonania, ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek aż tak głęboko weszli klimatem w neo-klasykę z jednej strony i ambient ze strony drugiej, wciąż bezbłędnie zachowując swój jedyny, wyrazisty i niepodrabialny charakter. Oczywiście nawet na tej płycie dochodzi w końcu do głosu perkusja (Ignis Pater, Coelestis), ale generalnie płyta ta jest bardzo delikatna w przekazie, nastawiona na klimat jeszcze bardziej niż chyba wszystkie poprzednie. W pewnym sensie można by powiedzieć, że jest ultradojrzała. Przede wszystkim jest jednak po prostu subtelna. W pewien sposób wręcz wyciszona. Wewnętrznie rzecz jasna, nie podczas post-produkcji. Od początku do końca bije z niej swego rodzaju spokój, który mocno kontrastuje z wieloma wcześniejszymi dokonaniami tego projektu. Niby bardzo podobna nuta, niby ten sam charakterystyczny styl, ale jednak kilka naprawdę drobnych detali może zaważyć czy mamy do czynienia z dziełem na wskroś refleksyjnym, czy zawadiackim, czasami (jak to na niektórych starszych płytach bywało), przywołującym na myśl średniowiecznych wagantów.

Im dłużej słucham Centaurei tym bardziej zaskakuje mnie to właśnie odkrycie, że czasami wystarczy zmienić naprawdę niewiele, by zmieniło się sporo, a do tego wszystkiego wciąż można pozostać do bólu charakterystycznym i niepodrabialnym. Bo chyba 99,9% słuchaczy dotychczasowych dzieł Ataraxii bezbłędnie rozpozna, kto nagrał tę płytę, nawet gdyby włożyć im ją w ciemno w odtwarzacz lub puścić ze streamingu bez informacji o tym, kogo zaraz będą słuchać. Ostatnim zaskoczeniem, kto wie, czy może nie najbardziej pozytywnym, jest to, że można wchodzić w czwartą dekadę działalności muzycznej i wciąż trzymać poziom, a nawet osiągać kolejne wyżyny. Bez słabych płyt po drodze, bez odcinania kuponów, bez kopiowania samych siebie, bez schodzenia na psy. Ileż zespołów, początkowo nawet znakomitych, poległo na tym, że nie wyczuli momentu, kiedy ze sceny zejść… Albo spróbować coś zmienić. W przypadku Ataraxii wszystko wskazuje na to, że tego momentu póki co nie widać nawet za zakrętem i jeszcze długo cieszyć się będziemy charakterystycznym głosem Francesci i muzyką Vittorio i Giovanniego. Ataraxio, trwaj!

Data wydania: 22 maja 2024

Piotr Wójcik