Akuphone / LP/DL / 2026

Od czasu do czasu, niespodziewanie pojawia się nietypowe poczucie niepewności, rodzaj dyskomfortu zarówno psychicznego jak i fizycznego. Odczuwasz: wrażenie czegoś nadchodzącego, wiszącego w powietrzu, jeszcze więcej: męczy cię migrena, łamią kości, system nerwowy odmawia normalnego funkcjonowania. To pora manifestacji, czas kolejnego nadejścia Ak’chamela znanego jako The Givers of Illness czy The Bandylegged Riders of the Ill-Promised Sun lub The Fireblack Breechclouts Hides and Wagonsheets. Każda z tych nazw zawiera się w Ak’chamelu i odwrotnie.
Spiritually Unemployed to raczej transmisja z „nieartykułowanego” lądu czy raczej płaszczyzny znajdującej się na linii brzegowej naszej wyobraźni. Ewentualnie stajesz się uczestnikiem eskapady w nie do końca określone, pomijane miejsca, którą zapewniło Ci biuro podróży prowadzone przez trzech osobników, odzianych w ubrania raczej rzadko spotykane na co dzień. To jak trzej jeźdźcy Apokalipsy, z tą tylko różnicą, że nie zapowiadają koniec końca. Są przewodnikami nomadami po miejscach, krainach niechcianych, wpół zapomnianych, „tam, gdzie diabeł mówi dobranoc”…
Jak i poprzedni Rawskulled, tak i Spiritually Unemployed oferuje nam przejażdżkę, w której zakupiony bilet działa tylko w jedną stronę, pozostawiając trwały ślad w twoim DNA już na zawsze. Wraz z majestatycznym otwarciem przy akompaniamencie Trąb Jerychońskich, zasysających wszystko wraz z wdechem, aby wypluć gdzieś, wraz z wydechem w towarzystwie samotnej karawany przemierzającej nocne, pustynne obrzeża. Powolne tempo dyktowane rytualnym bębnieniem i hipnotyczną grą dwu stroikowych piszczałek jest zaproszeniem dla nocy, aby rozgościła się pomiędzy nami podróżnikami i dała odetchnąć wysuszonym na wiór płucom. Jak wiadomo nie od dziś Ak’chamel podąża swoimi własnymi ścieżkami i posługuje się specyficznymi metodami pracy z soniczną materią i jej rejestracją. Przenośny namiot, który staje się tymczasowym studiem nagrywającym. Instrumenty (oud, hurdy-gurdy, własnej budowy diabelskie skrzypce, bębny) pozostawione na zewnątrz, poddane morderczemu działaniu słońca. Na wpół zużyte akumulatory, zapewniają jedynie niskowoltowe napięcie powodujące załamania podczas nagrywania. Stare wysłużone decki kasetowe nie tylko rejestrowały sesje per se, ale włącznie z mikrofonami, odpowiadały za nagrania terenowe (odgłosy chrzęstu piasku, odległe walki pekari oraz niezamierzone zjawiska Electronic Voice Phenomena).
Podczas podróży nasi przewodnicy nie są zbyt gadatliwi czy skłonni do komunikacji, jeżeli do takowych dochodzi odbywa się to przy pomocy wysokotonowych zaśpiewów, intonacji, dalekodystansowych wokaliz – jest to w pewnym sensie pewna nowinka w ofercie Ak’chamel do tej pory zdominowane przez nisko artykułowane gardłowe wypowiedzi, pomruki bardziej nastawione na ekspresję samą w sobie niż jako komunikatywną opcje.
Ciekawym i odczuwalnym zjawiskiem jest eteryczność samego “sound”, podkręcone szumienie i wietrzność, jakby przestrzenność i zminimalizowanie basowych frekwencji. Dźwiękowy miraż?
Kiedy podróż trwa nadal stajemy się widzami, których percepcja czy postrzeganie poddawana jest różnym „zabiegom”. Stajemy się świadkami, wysokooktanowego performansu wciągającego wręcz w obłąkańczy taniec – zderzenie arabsko-bałkańskich tradycji. Innym razem powolny wężowy zaklinacz wprawia nasz kręgosłup w drżenie. Kolejny cios między oczy sprawia, że uśpione do tej pory trzecie oko obserwuje marokańskie horyzont znad, którego dobiega kaskada piszczałek, z których słynie ten region, podpiętych miarowym bębnieniem.
Zmęczeni odwiecznym podróżowaniem zajeżdżamy do obskurnej karczmy czy tego, co po niej pozostały. Wysokoprocentowe trunki których bazą zapewne jest peyotl doprowadzają do zbiorowej śpiewanej ekstazy, która po kilku godzinach przeradza się w obłąkańczy monologowy skowyt z elementami szkieletowego rytmu. Gdy zmęczeni pomiędzy zachodem, a wschodem słońca próbujemy złapać choć trochę snu, a ogień pilnuje dusz – czas na kołysankę, której nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby usłyszeć. Szepczący, wręcz siedzący w twojej głos i akompaniament pływającej akustycznej gitary doprowadzają do delirium nie jeden raz. Z drugiej strony brak snu wprowadza konsternacje, irytacje, stany halucynacyjne, poszerzone rozumienie. Widma nabierają kształtów, szepczą – słyszałeś kiedyś prawosławnych popów śpiewających w takty pogrzebowego marszu voo doo? Nie? Jesteś pewien? A może potrzebny jest ci czarny blues z bagiennej delty Mississippi – wilgotność, w tym miejscu sięga zenitu, rozkłada wszystko co choć na chwilę przysiądzie i obrasta mchem powodując naturalna korozje.
Data wydania: 4 kwietnia 2026
Marek “Lokis” Nawrot